Czułem się dziwnie, ta całe sytuacja nieco mnie nurtowała.
Nie jestem gejem ale ktoś taki jak Cheolsun jest mi potrzebny, przez co to wszystko kompletnie traci sens...
Przekręciłem się kolejny raz na łóżku czarnowłosego odpuszczając sobie dzisiaj zajęcia lekcyjne.
Ostatni raz...
Zmęczony samym porankiem wróciłem do swojego pokoju dalej zastanawiając się czy to wszystko na pewno wyjdzie mi na dobre.
Dlaczego ten chłopak poprosił mnie?
Nie mógł sobie wziąć jakiejś dziewczyny?
Fuknąłem przybity swoimi myślami biorąc kolejny łyk gorącej, mocnej kawy.
Chyba najlepiej byłoby przeczekać, bo przecież i tak po skończeniu projektu, skończy się ten nasz cały "układ" czy jakkolwiek to nazwać.
Przesiedziałem tak cały dzień, bazgroląc na kartce długopisem słowa, które po czterogodzinnej pracy nabrały jakiegoś ładu i sensu...
Chwilę po skończeniu swojego jakże artystycznego dzieła do moich drzwi zawitał wyższy, czarnowłosy Azjata, witając mnie uśmiechem i opowieściami z całego dzisiejszego dnia.
- A Ciebie, czemu Cię dziś nie było? - spytał nagle, uświadamiając mi, że tak naprawdę cały czas go ignorowałem. Rozejrzałem się nieco nerwowo po pokoju, jak gdybym to właśnie w nim miał znaleźć odpowiedź, której w gruncie rzeczy nie udzieliłem.
- Wstawaj, mamy mało czasu i jeszcze więcej pracy. Chcę to skończyć - mruknąłem cicho, podnosząc się z krzesła z takim impetem, że to poleciało do tyłu i z hukiem uderzyło o szafkę obok mnie.
- Cholera jasna - warknąłem do siebie, podnosząc przedmiot mojej wściekłości.
- Jesteś zły? - spytał Cheolsun, jednak w jego głosie słyszałem wyraźny strach, wyrzuty sumienia szybko mnie ogarnęły przez co poczułem się jeszcze gorzej niż wcześniej. Nie chciałem... Sprawiać mu przykrości.
- Mam dziś jakiś ciężki dzień, przejdzie mi, przepraszam- okazałem skruchę próbując uśmiechnąć się do chłopaka, jednak sądząc po jego reakcji, wyszedł z tego raczej krzywy grymas. Chłopak zignorował moją skruchę i odwracając się ode mnie tyłem po prostu zgarnął ubrania, nad którymi aktualnie pracowaliśmy i udał się do łazienki, w wiadomych celach.
Zawsze gdy z niej wychodził, w sensie w stroju w jakim wychodził wyglądał jakoś... Doroślej?
Nie wiem, ciężko to ubrać w słowa.
Przechodząc przez mój pokój nadepnął na parę kartek z pierwszymi próbami projektów, jednak wchodząc tutaj nie dało się tego nie zrobić. Były one wszędzie, dosłownie wszędzie, a ja nadal jak głupi wierzyłem, że kiedyś to posprzątam.
Godziny pracy mijały w ogólnym milczeniu i dłużyły się w nieskończoność. Żadne z nas nie umiało znaleźć odpowiedniego tematu do rozmowy przez co atmosfera stawała się jeszcze cięższa, towarzyszący mi chłopak nie wydawał się jednak zbyt nią przejęty, nucąc po cichu piosenkę, którą raczej słyszałem pierwszy jak do tej pory raz.
- Ładnie śpiewasz - stwierdziłem z uśmiechem, wywołując przy tym zamierzone rumieńce na twarzy chłopaka. - Dobra, skończone i na dzisiaj wystarczy - rzuciłem się po tych słowach na łóżko obserwując jak chłopak powtarza czynność z początku naszej pracy i tym razem wraca w swoich ubraniach. - Zaraz do Ciebie przyjdę, muszę coś załatwić - mruknąłem i gdy chłopak rzucił głośne "pa" z końca pokoju, chwyciłem za telefon wybierając numer Allana, chłopaka, który dzisiejszej nocy mógłby być mi bardzo potrzebny. Po dłuższej chwili dość zaciętej dyskusji mruknąłem ciche "do północy" i rozłączyłem rozmowę. Zgarniając ze sobą grubą, szarą bluzę i spodnie od dresu zamknąłem na klucz drzwi do swojego pokoju i pobiegłem na koniec korytarza by stanąć przed takimi samymi jak moje, jednak nieco inaczej ozdobionymi drzwiami, z małą plakietką "Cheolsun Lee" przyczepioną na ścianie tuż obok nich.
Ignorując zasady kulturalne i moralne, bez pukania wparowałem do środka widząc czarnowłosego intensywnie pracującego nad czymś przy biurku. Zbliżyłem się do chłopaka, pochylając się nad jego kartką, jednak musiałem obejść się smakiem, bo nie była ona w naszym języku, a tego przed sobą nawet nie kojarzyłem, więc z zadowoleniem na twarzy czarnowłosy wypiął mi język, chowając zapisany papier do biurka.
- Jak taki jesteś to ja idę spać - wkopałem się pod kołdrę chłopaka i przytuliłem do ściany, po czym zgasiłem małą nocną, stojącą za mną lampkę. Nie musiałem długo czekać by chude i chłodne ręce oplotły mnie w pasie, przez co gula w moim gardle stała się jeszcze większa.
- Dobranoc - szepnął cichym głosem, a ja zaciskając powieki udałem, że śpię by chłopak nie usłyszał jak bardzo drży mi głos.
***
Równo o północy uchyliłem okropnie zmęczone oczy i podnosząc się z zajmowanego miejsca w kompletnej ciszy opuściłem pokój.
Szatyn spał spokojnie, wyglądając przy tym dość dziecinnie. Najdelikatniej jak się dało zamknąłem drzwi i jako, że zegarek wskazywał godzinę 23:45 puściłem się biegiem przez korytarze skrzydła mieszkalnego, pewien, że o tej godzinie nie spotkam już żadnego nauczyciela.
Wydostanie się ze szkoły o tak późnej godzinie, nie należało do najtrudniejszych czynności bo nie była ona strzeżona. Wystarczyło przeskoczyć przez niezbyt wysoki mur okalający jej teren i nagle znajdowałem się w tętniącym nocnym życiem mieście.
Jako, że czasu było mało, ignorowałem wszelkie kłopoty, lub to, że ktoś mógłby za mną iść, z tego względu, że Allan nie należał do najcierpliwszych osób.
Wbiegłem w jedną z "biedniejszych" dzielnic miasta i szukając odpowiedniego skrótu do ulicy, na której miałem się znaleźć dotarłem do ślepego zaułka, w której wcześniej zauważyłem znajomą sylwetkę. Umięśniony, średniego wzrostu o dość długich blond włosach chłopak, machnął mi ręka na powitanie zachęcając bym podszedł bliżej. Ku mojemu zaskoczeniu zauważyłem, że poza naszą dwójką nie ma tu ciągle towarzyszących Allanowi dwóch chłopaków, którzy prawda podobnie mieli wymierzyć mi w razie czego karę.
- Na tyle mi ufasz? - zaśmiałem się, oglądając na boki, czy ktoś przypadkiem nie czeka na mnie w krzakach.
- Mam nadzieję, że psów na mnie nie sprowadzisz - mruknął sięgając do kieszeni swojej kurtki w ciemnym odcieniu moro. Wyjął z niej małych rozmiarów torebeczkę i zachowując mimo wszystko nie potrzebną dyskrecję wsunął ją w moją dłoń.
- Dzięki - mruknąłem szukając po kieszeniach odpowiednich ilości pieniędzy.
- Jak nie masz kasy to możesz mi odd... - zaczął ale nie dane mu było skończyć bo z rogu budynku, obok, którego sam przechodziłem chwilę temu wyłoniła się jeszcze jedna postać.
Bardzo dobrze znana mi postać.
- Co on tu robi... - warknąłem do Allana, czując jak krew w moich żyłach zaczyna płynąć szybciej niż powinna.
- Ivan? - mruknął czarnowłosy Azjata, podchodząc do nas bliżej przy czym lustrował wzrokiem blondyna stojącego po mojej prawej stronie.
- Kurwa mać! Cheolsun co Ty tu robisz? - złapałem chłopaka za ramię gotów wyprowadzić go za zaułek bez zbędnych sensacji, gdy do naszych uszu dobiegł dźwięk syreny, który na moment zatrzymał bicie naszych serc.
Jedynym co zdążyłem zrobić było złapanie chłopaka za rękaw i pociągnięcie w stronę jedynej możliwej ucieczki. Allan zrobił to samo.
Wybiegając za marmurowy budynek usłyszeliśmy głos zdeformowany megafonem, który ostrzegał nas, że jeśli nie zwolnimy, zaczął strzelać. Nikt jednak nie zawracał sobie tym głowy, dopóki znad naszych głów naprawdę nie rozległ się huk wystrzałów.
- Skręcajcie! - krzyknąłem do pozostałej dwójki uciekinierów, wbiegając w kolejny ślepy zaułek zakończony łatwą do pokonania siatką. Odetchnąłem z ulgą gdy po dotarciu na miejsce i szybkim ocenie stanu Azjaty zobaczyłem, że jest cały. Cała nasza trójka w pośpiechu wdrapała się na stojący blisko naszego ratunku śmietnik, pomogłem szatynowi wdrapać się na niego jak i przejść przez najgorszą przeszkodę i po pokonaniu jeszcze paruset metrów cała nasza trójka znalazła się na pustym, ogromnym polu w kompletnej ciszy. Dopiero głośny szum drzew uświadomił nas jak bliscy byliśmy ogromnych kłopotów, lub nawet oddania życia. Łapałem gwałtowne oddechy, próbując przerwać drżenie rąk, gdy do Cheolsuna, który wpatrywał się we mnie tępo ze łzami w oczach zbliżył się wyraźnie wściekły Allan.
Szał w oczach blondyna natychmiast zdradził mi jego zamiary, których ciemnooki nie odczytał od razu.
- Ty mały, pierdolony, pojebie! - wydarł się unosząc prawą rękę, nad ciało chudego chłopaka, którą złapałem w ostatniej chwili, odciągając osiłka od swojej ofiary.
- Nie dotykaj go - wysyczałem przez zaciśnięte zęby. Z jednej strony chciałem by mu przyłożył, pogruchotał kości tak by nie mógł chodzić i nigdy więcej nie mieszał się w nie swoje sprawy, z drugiej wiedziałem, że nie mogę na to pozwolić.
Nim się jednak obejrzałem, chłopak zmienił cel swojego ataku i uderzył mnie z pięści w nos. Zatoczyłem się lekko do tyłu i po złapaniu równowagi, oddałem chłopakowi cios przez co doszło do ostrej bójki.
Oczywiście jak dobrze bym sobie nie radził, chłopak miał dużą przewagę w masie i sile, więc po ostatnim zadanym ciosie w brzuch padłem na ziemię powstrzymując chęć zwrócenia wszystkiego co zjadłem przez ostatni tydzień.
- Zniszczę was za to! - wykrzyczał na końcu, znikając w lesistej gęstwinie. Poczułem jak Cheol podchodzi do mnie i chcąc coś powiedzieć spróbował pomóc mi wstać.
- Zostaw mnie - warknąłem odpychając jego zimne i rozdygotane dłonie.
- Ivan ja... - zaczął ale nie dałem mu skończyć, podnosząc się ledwo o własnych siłach.
- Cheolsun co Ty?! - podniosłem głos do krzyku - Przeprosisz mnie, że za mną poszedłeś chociaż miałeś tego nie robić?! - Azjata zrobił krok w moją stronę na co natychmiast go odepchnąłem. Nienawiść jaką teraz żywiłem wobec chłopaka, kompletnie przejęła nade mną kontrolę. - Wiesz w ogóle w co się wpakowałeś?! Wiesz na co mnie naraziłeś?! I przez to, że musiałem ratować Twoją wścibską dupę teraz mam przejebane! Przez Ciebie! Więc wracaj do swojej zasranej akademii i nigdy więcej się do mnie nie zbliżaj! - krzyczałem na chłopaka, ignorując strach i skruchę w jego oczach. - Żałuję, że wtedy poprosiłem Cię o pomoc, żałuję, że w ogóle Cię poznałem. Przecież prosiłem Cię! Prosiłem Cię o tak prostą rzecz ale Ty musiałeś zrobić to po swojemu i ściągać na mnie policję?! - ostatnie zdanie wypowiedziałem już nieco ciszej, bo gardło zdążyło mnie rozboleć od suchości wymieszanej z zimnym, jesiennym powietrzem.
Kończąc tak, zostawiłem chłopaka samego, nie myśląc o tym czy w ogóle wie jak wrócić do pokoju. Odszedłem od niego niesiony własnymi emocjami, które odebrały mi racjonalne myślenie.
Nie wiedziałem gdzie idę, w tym momencie chciałem być tylko z dala od ciemnowłosego, wiecznie wystraszonego Azjaty imieniem Cheolsun...
Cheolsun?
Trochę nie tak chciałam, no ale miłego pisania ^^
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz