Zabicie pistoletem? To by było marnotrawstwo dobrej energii człowieka, a tym bardziej jeszcze jego mocy. Nigdy nie żywiłem się człowiekiem z mocą - chyba - więc jestem teraz ciekawe, czy będą tego jakieś skutki... Ale w to wątpiłem. Patrzyłam tylko jak dziewczyna idzie w stronę pomostu mrucząc coś pod nosem. Nie ruszyłem się z miejsca. Musiałem się zastanowić, jak to wszystko odkręcić. Jeśli będę musiał ich wszystkich zabić, pojawią się kolejni i wyjdzie na to, że ja będę musiał zabić całą ich rasę, co jest w sumie niemożliwe. Z ludźmi było by łatwiej, ale nie z Luksjanami. Oni także są wyszkolonymi mordercami, ale my mamy lepsze umiejętności. Co mam ku*wa teraz zrobić?! Gdyby nie ona, bym się martwił tylko o siebie! dalej byłem zdenerwowany i nie wiedziałem co począć. W końcu jednak przypomniałem sobie o Luc'u. To nie jest Arumianim, ani Luksjan. Nie jest także człowiekiem. Nikt nie wie czym jest, ale tak się chłopak ustawił, że można go porównać do Boga. Cóż... Wisiał mi przysługę. Teraz czas ją spłacić.
Gdy w końcu wymyśliłem jak się tym wszystkim zająć, ruszyłem w stronę dziewczyny. Patrzyła na wodę, wychylając się delikatnie za barierkę. Oczy dalej miała mokre od łez, jak i poliki. Stanęłam obok niej.
- Już wiem co zrobimy - powiadomiłem ją. Była tak załamana tym wszystkim, że nie spojrzała na mnie, ale wiedziałem, że mnie słuchała. - Pójdziemy do mojego... kolegi. Wisi mi przysługę. Wszystko załatwi, jeśli dobrze to rozegramy - wytłumaczyłem. Kayline chwilę milczała, aż w końcu się odezwała.
- My? Przecież ja wszystko niszczę! - chciała to wykrzyczeć, ale zamiast tego usłyszałem cichy pisk.
- Gdy robisz coś bez planu i beze mnie, to na pewno - fuknąłem. - Wsiadaj na motor, wracamy. Tutaj jest większe ryzyko, że nas znajdą - odparłem. Bez żadnego sprzeciwu dziewczyna podeszła do maszyny tak jak i ja. Pociągnęła nosem i wytarła oczy o rękaw. Nałożyła na głowę kask, po czym siadła z tyłu mnie. - Trzymaj się. Pojedziemy szybciej - odparłem. Czułem jak kiwa głową.
Odpaliłem motor, po czym użyłem mocy zamiany w cień. Obydwoje przestaliśmy być widzialni dla kogokolwiek, ponieważ pędziliśmy szybciej niż dźwięk. Dlatego też tylko parę chwil, sekund nam zajęło dotarcie do akademika. Zostawiłem maszynę za budynkiem i przykryłem ją płachtą, zabierając przed tym kluczyki i schowałem je do kieszeni.
- Dzielisz z kimś pokój? - zapytałem w drodze do środka.
- Mieszkam sama... - jej głos już się tak nie łamał, wręcz przeciwnie. Nabierał pewności siebie.
- Póki tego nie załatwimy, wprowadzam się do ciebie - przystanęła, a ja dalej szedłem po schodach. Kayline widocznie to nie pasowało.
- Co?! Ale... - nie dałem jej dokończyć. Stanąłem i się odwróciłem w jej stronę.
- Co "ale"?! - starałem się nie wydrzeć na całe gardło. - Posłuchaj mnie - warknąłem, a moja wściekłość wróciła. - Nie wiem kiedy uda nam się dostać do niego, a przez ten czas w środku nocy z łatwością wejdą do twojego pokoju. Nic nie będę wiedział, a ty zginiesz od razu! - warknąłem i odwróciłem się na pięcie, kontynuując wędrówkę do twojego pokoju po jakieś rzeczy. Do siebie jej nie mogłem przyjąć, chociaż mój pokój był dwuosobowy. Miałem współlokatorkę i jej nie chciałbym mieszać w takie sprawy.
<Kayline?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz