Każdy dzień kończy się zachodem słońca jak i życie uwieńcza śmierć. Każda noc pokazuje nam, że po dniu jest coś więcej niż pustka. Tak może i po śmierci nie skazani jesteśmy na czarną, niekończącą się otchłań..
Takimi myślami raczę się oglądając wspaniałe zjawisko pełni księżyca, a robię to bynajmniej do czasu, nim z domu nie dochodzi mnie krzyk. Biegiem ruszam w tamtą stronę, wydłużając kroki jak najbardziej się dało. Niemalże upadam na schodach twarzą wprost na ostrą krawędź, co nieco burzy mój rytm. Na miejscu pojawiam się jednak nie dość wcześnie jak i nie za późno. Pierwsze co zauważam w kompletnej ciemności to Ivy podciągająca kolana jak najbardziej pod brodę, siedzącą na łóżku. Po włączeniu lampki oślepia nas na chwilę jasne światło żarówki. Zdaje się, że dopiero wtedy dziewczyna mnie zauważa. W świetle lepiej mogę się przyjrzeć jej bladej twarzy oraz rozbieganemu wzrokowi. Przysiadam obok niej, przy okazji spostrzegając niewielkie zasinienie wyłaniające się spod jej koszulki. Zbliżam dłoń w celu wybadania sprawy, na co ta odsuwa się. Morduję dziewczynę wzrokiem do czasu aż ta ustępuje i odwraca wzrok.
- Nie patrz na to - prosi zrezygnowanym głosem, samemu nie wierząc w powodzenie swoich słów. Ja też w nie nie wierzyłem i zajrzałem. Zasinienie było samym czubkiem góry lodowej. Rana była poważna i bez dłuższego zastanowienia przyrzekłem sobie, że zabiorę ją do tego cholernego szpitala choćby nie wiem co. Na razie jednak odwiedziłem kuchnię, gdzie przygotowałem kilka okładów na ranę oraz zaparzyłem dziewczynie herbaty. Wracając na górę z całym tym zaopatrzeniem zastałem ją drzemiącą. Ranę przykryła ręką, spod której wyłaniała się biała para, przyjemnie zimna. Włada więc lodem, albo czymś powiązanym. Wystarczyło ruszyć się o milimetr, aby Ivy obudziła się i wróciła do tego okropnego świata. Bez słów założyłem jej opatrunek, po czym podsunąłem jej pod nos ciepły napar. Zgodziła się go wypić, pod warunkiem że będzie chłodniejszy. Zatem musiałem przypilnować jej, aby nie zasnęła.
- Czemu krzyczałaś? - zadałem pytanie prosto z mostu. Ciekawość nie dała za wygraną, pytanie nieuniknione.
- Spadłam - wymamrotała wymijająco, co oczywiście było kłamstwem.
- Nie trzeba być Sherlockiem Holmsem żeby widzieć że kłamiesz - westchnienie. Czy tak bardzo bała się prawdy? Może to coś głupiego, może się czegoś wstydzi albo.. w zasadzie nie ma żadnych innych "albo". Mówi albo nie, prosta sprawa.
- Po prostu zły sen, ok? - ot tak po prostu? Zły sen? Ciężki temat, odpuścić na jakiś czas i kiedyś do tego wrócić, to była dobra taktyka. Potwierdziłem to jeszcze krótkim "okay", co wyraźnie sprawiło ulgę dziewczynie. Tego samego nie mogłem stwierdzić o okładach własnej roboty. Na szczęście usypianie tej małej kaleki nie trwało długo. Uśpiła się sama, kolejny raz łamiąc zasadę nr. 1.
Przyznaję, coraz mniej mi to przeszkadza. Oprócz tego, że człowiek nie należy do lekkiej kupki mięsa.
W końcu i mi udało się trochę zdrzemnąć. Cały czas oczywiście będąc przypartym do łóżka przez Ivy. Kompletnie bez możliwości ruchu.
***
Pobudka nie należy do jednego z moich ulubionych momentów. To niemiłe uczucie wyrwania z czegoś co było ci tak potrzebne i upragnione, odebrane jakby siłą. No i oczywiście najgorsza myśl ze wszystkich możliwych: zaraz muszę wstać. Opuścić moją kołdrę. Będzie mi jej brakować. Dlatego tak bardzo nie lubię spać. Po prostu jestem bardzo związany ze swoją kołdrą, tyle. W zasadzie teraz nie tylko z kołdrą, ale i z pół żywym ciałem dziewczyny, konkretniej Ivy. Tyle szczęścia w tym nieszczęściu, że nie wierciła się tak bardzo przez te trzy godziny i czterdzieści minut, kiedy to łaskawie oczekiwałem, aż pani wstanie. Kiedy to już nastąpiło wystarczyło poczekać następne pół godziny nim zostanę uwolniony. Czy ona robiła to specjalnie? Nie mam pojęcia, ale i nie chcę wiedzieć. Pierwsze kroki skierowałem do prysznica oraz lodówki. Dojadłem wczorajszą kolację, przypominając sobie też o grillu. Ten, biedny, pozostawiony sam na całą noc na dworze zdążył dawno ugasić żar w węgielkach i samoistnie ostudzić się. Odprowadziłem przedmiot do garażu, ogólnie posprzątałem dom i wybrałem się do czterokopytnych. Nie można w końcu zapominać o istotach żyjących, to nie zabawki. Dostarczyłem zwierzętom siana, wyczyściłem je i przyprowadziłem pod dom. Idealne zgranie czasu z wyjściem dziewczyny na dwór - nie mógł to być czysty przypadek. Nie wierzę w przypadki. Tak oto rozpoczęła się kilkugodzinna wyprawa w teren by: Devon i Ivy. Błądziliśmy po lesie, rozmawialiśmy i przekomarzaliśmy się - jak gdyby czas zupełnie stanął w miejscu. Dopiero w środku lasu, pomiędzy drzewem a drzewem uświadomiłem sobie, że dziś jest poniedziałek. Kolejne wagary, to nie ma prawa się dobrze skończyć. Nie myślałem jednak o tym. Miała być dobra zabawia i była.
Po południu zatrzymaliśmy się przy mniejszym zbiorniku wodnym od tego za naszą chatką. Spożywaliśmy prowiant przygotowany przez część piękną tej wyprawy i wpatrywaliśmy się w błękitne niebo. Ptaki emigrujące stąd na zimę ostatni raz tańczyły w powietrzu swoje układy, tak samo jak i słońce ostatni raz tej jesieni zaświeciło tak mocno, aby oświetlić każdy, nawet najmniejszy zakamarek puszczy za i przed nami. Zielony mech na którym sadowiliśmy się przyozdobiony był jeszcze niedawno poranną rosą, która niedługo zmieni się jak i wszystko inne. Zmęczone konie stały obok siebie spokojnie, skubiąc się nawzajem. Wszystko było tak idealne, dopóki Ivy nie zadała tego pytania. Jednocześnie odważnego, jak i wielce krępującego.. mnie. Ułożenie sensownej odpowiedzi zajęło mi chwilę, ale w końcu dziewczyna dostała to, na co niewątpliwie tak długo już czekała.
Ivy? Cóż to mogło być, hmm?
Takimi myślami raczę się oglądając wspaniałe zjawisko pełni księżyca, a robię to bynajmniej do czasu, nim z domu nie dochodzi mnie krzyk. Biegiem ruszam w tamtą stronę, wydłużając kroki jak najbardziej się dało. Niemalże upadam na schodach twarzą wprost na ostrą krawędź, co nieco burzy mój rytm. Na miejscu pojawiam się jednak nie dość wcześnie jak i nie za późno. Pierwsze co zauważam w kompletnej ciemności to Ivy podciągająca kolana jak najbardziej pod brodę, siedzącą na łóżku. Po włączeniu lampki oślepia nas na chwilę jasne światło żarówki. Zdaje się, że dopiero wtedy dziewczyna mnie zauważa. W świetle lepiej mogę się przyjrzeć jej bladej twarzy oraz rozbieganemu wzrokowi. Przysiadam obok niej, przy okazji spostrzegając niewielkie zasinienie wyłaniające się spod jej koszulki. Zbliżam dłoń w celu wybadania sprawy, na co ta odsuwa się. Morduję dziewczynę wzrokiem do czasu aż ta ustępuje i odwraca wzrok.
- Nie patrz na to - prosi zrezygnowanym głosem, samemu nie wierząc w powodzenie swoich słów. Ja też w nie nie wierzyłem i zajrzałem. Zasinienie było samym czubkiem góry lodowej. Rana była poważna i bez dłuższego zastanowienia przyrzekłem sobie, że zabiorę ją do tego cholernego szpitala choćby nie wiem co. Na razie jednak odwiedziłem kuchnię, gdzie przygotowałem kilka okładów na ranę oraz zaparzyłem dziewczynie herbaty. Wracając na górę z całym tym zaopatrzeniem zastałem ją drzemiącą. Ranę przykryła ręką, spod której wyłaniała się biała para, przyjemnie zimna. Włada więc lodem, albo czymś powiązanym. Wystarczyło ruszyć się o milimetr, aby Ivy obudziła się i wróciła do tego okropnego świata. Bez słów założyłem jej opatrunek, po czym podsunąłem jej pod nos ciepły napar. Zgodziła się go wypić, pod warunkiem że będzie chłodniejszy. Zatem musiałem przypilnować jej, aby nie zasnęła.
- Czemu krzyczałaś? - zadałem pytanie prosto z mostu. Ciekawość nie dała za wygraną, pytanie nieuniknione.
- Spadłam - wymamrotała wymijająco, co oczywiście było kłamstwem.
- Nie trzeba być Sherlockiem Holmsem żeby widzieć że kłamiesz - westchnienie. Czy tak bardzo bała się prawdy? Może to coś głupiego, może się czegoś wstydzi albo.. w zasadzie nie ma żadnych innych "albo". Mówi albo nie, prosta sprawa.
- Po prostu zły sen, ok? - ot tak po prostu? Zły sen? Ciężki temat, odpuścić na jakiś czas i kiedyś do tego wrócić, to była dobra taktyka. Potwierdziłem to jeszcze krótkim "okay", co wyraźnie sprawiło ulgę dziewczynie. Tego samego nie mogłem stwierdzić o okładach własnej roboty. Na szczęście usypianie tej małej kaleki nie trwało długo. Uśpiła się sama, kolejny raz łamiąc zasadę nr. 1.
Przyznaję, coraz mniej mi to przeszkadza. Oprócz tego, że człowiek nie należy do lekkiej kupki mięsa.
W końcu i mi udało się trochę zdrzemnąć. Cały czas oczywiście będąc przypartym do łóżka przez Ivy. Kompletnie bez możliwości ruchu.
***
Pobudka nie należy do jednego z moich ulubionych momentów. To niemiłe uczucie wyrwania z czegoś co było ci tak potrzebne i upragnione, odebrane jakby siłą. No i oczywiście najgorsza myśl ze wszystkich możliwych: zaraz muszę wstać. Opuścić moją kołdrę. Będzie mi jej brakować. Dlatego tak bardzo nie lubię spać. Po prostu jestem bardzo związany ze swoją kołdrą, tyle. W zasadzie teraz nie tylko z kołdrą, ale i z pół żywym ciałem dziewczyny, konkretniej Ivy. Tyle szczęścia w tym nieszczęściu, że nie wierciła się tak bardzo przez te trzy godziny i czterdzieści minut, kiedy to łaskawie oczekiwałem, aż pani wstanie. Kiedy to już nastąpiło wystarczyło poczekać następne pół godziny nim zostanę uwolniony. Czy ona robiła to specjalnie? Nie mam pojęcia, ale i nie chcę wiedzieć. Pierwsze kroki skierowałem do prysznica oraz lodówki. Dojadłem wczorajszą kolację, przypominając sobie też o grillu. Ten, biedny, pozostawiony sam na całą noc na dworze zdążył dawno ugasić żar w węgielkach i samoistnie ostudzić się. Odprowadziłem przedmiot do garażu, ogólnie posprzątałem dom i wybrałem się do czterokopytnych. Nie można w końcu zapominać o istotach żyjących, to nie zabawki. Dostarczyłem zwierzętom siana, wyczyściłem je i przyprowadziłem pod dom. Idealne zgranie czasu z wyjściem dziewczyny na dwór - nie mógł to być czysty przypadek. Nie wierzę w przypadki. Tak oto rozpoczęła się kilkugodzinna wyprawa w teren by: Devon i Ivy. Błądziliśmy po lesie, rozmawialiśmy i przekomarzaliśmy się - jak gdyby czas zupełnie stanął w miejscu. Dopiero w środku lasu, pomiędzy drzewem a drzewem uświadomiłem sobie, że dziś jest poniedziałek. Kolejne wagary, to nie ma prawa się dobrze skończyć. Nie myślałem jednak o tym. Miała być dobra zabawia i była.
Po południu zatrzymaliśmy się przy mniejszym zbiorniku wodnym od tego za naszą chatką. Spożywaliśmy prowiant przygotowany przez część piękną tej wyprawy i wpatrywaliśmy się w błękitne niebo. Ptaki emigrujące stąd na zimę ostatni raz tańczyły w powietrzu swoje układy, tak samo jak i słońce ostatni raz tej jesieni zaświeciło tak mocno, aby oświetlić każdy, nawet najmniejszy zakamarek puszczy za i przed nami. Zielony mech na którym sadowiliśmy się przyozdobiony był jeszcze niedawno poranną rosą, która niedługo zmieni się jak i wszystko inne. Zmęczone konie stały obok siebie spokojnie, skubiąc się nawzajem. Wszystko było tak idealne, dopóki Ivy nie zadała tego pytania. Jednocześnie odważnego, jak i wielce krępującego.. mnie. Ułożenie sensownej odpowiedzi zajęło mi chwilę, ale w końcu dziewczyna dostała to, na co niewątpliwie tak długo już czekała.
Ivy? Cóż to mogło być, hmm?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz