czwartek, 3 listopada 2016

Od Ivan'a C.D Cheolsun'a

Dzisiejszy poranek należał do najtrudniejszych w moim życiu... Praca do czwartej nad ranem nad projektami kostiumów była tragiczna w skutkach dla mojego organizmu.
Dzięki Bogu, dyrektor ze względu na moją ciężką pracę dał mi dzisiaj wolne, spokojnie więc mogłem dalej niszczyć swoje dłonie szpilkami, po których wyglądały jak mrowisko.
Słońce świeciło już pełnym blaskiem gdy moje sflaczałe ciało budziło się do życia. Godzina dwunasta na zegarku, zapach wczorajszej kawy, rozwalone materiały na podłodze, mówiące o tym jak wiele pracy mnie dzisiaj czeka powodowały, że na mojej twarzy rozkwitał szeroki uśmiech.
Lubiłem to... Te momenty zadumy, gdzie wszyć odpowiedni pasek, użycie tych kolorów, których połączenia inni by potępiali, to swego rodzaju ryzyko, możliwość spotkania się z ogromną krytyką.
Ma to ten swój odważny charakter...
Moje myśli ulotniły się gdzieś w otchłani nieprzemierzonego umysłu, gdy ktoś postanowił naruszyć mój spokój. Więc nie przejmując się zbytnio tym, że za chwilę stanę przed swoim rozmówcą w samych bokserkach i cienkiej, bawełnianej koszulce, z uśmiechem na ustach uchyliłem drzwi.
- Ja od dyrektora Emereta. Chodzi o projekty na bal kostiumowy - zestresowany głos dobiegł do mnie w jakby spowolnionym tempie. Pierwszym co rzuciło mi się w oczy był jego ubiór, bo stylem to bym tego nie nazwał. Westchnąłem zdegustowany, hamując się by na głos nie wyrazić negatywnej opinii.
Moja piżama wygląda lepiej niż to coś. 
- Tak... Swoją drogą to śmieszne, że kazał mi projektować ubrania na bal kostiumowy... Czy wybór nie powinien być dowolny? - zacząłem rozmowę mało zobowiązującym tematem, grzebiąc w stercie zamazanych papierów.
- Przecież to miało być dla nauczycieli... - mruknął ciemnowłosy stąpając z nogi na nogę w kącie pokoju. Mruknął i tym samym rujnuje całą moją twórczą inwencję.
- Co? - zerknąłem najpierw na niego, potem na projekty. - Żartujesz sobie ze mnie?
- Tak mi powiedział dyrektor - mruknąłem z degustacją na te słowa.
- Co to jakiś nowy sprawdzian umiejętności? - mój podniesiony głos odbił się echem od fioletowo białych ścian pokoju. - Powiew młodzieńczej świeżości, myślą, że ile mają lat, żeby ubierał ich nastolatek? - mówiłem sam do siebie, ignorując chłopaka, który prawda podobnie ma mnie za kompletnego wariata. - Wiesz co? - zwróciłem się do niego - Wyjdź i unikaj dyrektora cały dzień. Sam dostarczę mu projekty - nie słuchając jego jąkań i zaprzeczeń, wypchnąłem jedną ręką chłopaka za drzwi, zamykając je przed jego nosem. To kompletnie nieprofesjonalne by nawet nie poinformować samego projektanta o założeniu projektu. Bez najmniejszych oporów wyciągnąłem spod biurka plik czystych, świeżych, tętniących bielą kartek i wziąłem się do pracy.
Swoją drogą, czysty papier budził zawsze budził we mnie przyjemne skojarzenia.

***

Ostatnie muśnięcie ołówka, delikatne pociągnięcia, które idealizują perfekcję. Przyglądam się z dumą skończonej pracy odgrywając w sobie coraz to nowy potencjał.
Może i było to zuchwałe, jednak pochlebstwa są rzeczą ludzką, a kogo by można wychwalać jeśli nie siebie?
Dopiero głośne burczenie w brzuchu uświadomiło mi, że zbliża się południe, upragniona pora obiadu, a ja nawet nie byłem obrany. Nie zastanawiając się zbyt długo nad doborem kreacji złapałem ubrania i ruszyłem do łazienki, w wiadomych celach.
Mojej toaletowej rutynie towarzyszyła pocieszająca myśl odniesionego sukcesu. Zimna woda otrzeźwiła moje zmysły, pozwoliła odzyskać kontrolę nad ciałem, a przede wszystkim sprawiła, że nie śmierdziałem jak mysz. Narzuciłem na siebie luźny sweter z dziurami w okolicach nadgarstka i białymi przeszyciami, oraz czarne rurki i wyróżniające się białe trampki, przeczesałem włosy, zostawiając je w luźnym nieładzie i po stwierdzeniu, że i tak lepiej nie będzie, opuściłem pomieszczenie.

Znalezione obrazy dla zapytania lucky blue smith

Na zewnątrz budynku tętniło życie, trawniki zapełnione siedzącymi na nich uczniami, unosiły się podniesionymi głosami. Każdy próbował się przekrzyczeć dając upust dobremu nastrojowi.
Lubiłem na to patrzeć... Uśmiechy ludzi, którzy żyją istniejącą chwilą, bawią się nią, robią z nią co chcą, a ta? Zwyczajnie się im poddaje... W takich chwilach człowiek zdaje sobie sprawę, że nie wszystko się jeszcze skończyło, że nie wszystko jest tak złe jak się wydaje...
A może tylko ja tak na to patrzyłem?
Obserwowałem po kolei nieznane mi twarze, ich ubiory, które zgrywały się z tożsamością, wymieniałem przyjazne spojrzenia i wesołe "hej" chcąc znaleźć się w murach budynku, które były tak samo wypełnione przeróżnymi emocjami.
Chciałbym by emocje przybierały barwy...
Westchnąłem z zadowoleniem, witając swoich znajomych, oraz ludzi, którzy znali mnie, nie ja ich. 
W sumie, przez to co robiłem, byłem w szkole dość znany.
Szkoda, że nie przez to jaki byłem...
Wydostając się z burzy głów szkolnego korytarza, stanąłem w dużym, ale przytulnym gabinecie dyrektora, podobało mi się wyczucie stylu pana Lancowskiego, tak samo jak jego ubiór, taki... Niezależny od pozycji? Czy jakkolwiek to nazwać...
- Dzień dobry Petersov. Spóźniłeś się - wytknął mi, jednak w gęstwinie jego brody czaił się uśmiech.
- Tak poważny klient? To wymaga długich godzin pracy. Przyszedłem pokazać panu projekty, dzisiaj mogę wziąć się za szycie, jest piątek, więc to żaden problem... - rozpocząłem typowy dla siebie monolog wykładając na mahoniowe biurko zarysowane kartki. Nauczyciel przyjmując swoją dyrektorską postawę przeglądał je chłodnym okiem, dając mi do zrozumienia, że nie przyjmie byle czego. Mimo to po chwili zwrócił na mnie wzrok, odłożył papiery, uśmiechnął się i rzekł:
- Bierz się do pracy, masz czas do poniedziałku - więcej nie trzeba było mówić, krzycząc radosne do widzenia trzasnąłem drzwiami i pobiegłem do stołówki w poszukiwaniu chłopaka z rana...
Oczywiście, już miałem plan działania. 
Azjatę, mimo, że było ich tu dość sporo nie było trudno odnaleźć w narastającym tłumie. Wypełniony głosami pokój zagłuszał moje kroki więc kiedy chwyciłem chude ramie czarnowłosego, ten wzdrygnął się przestraszony i spojrzał na mnie z zaskoczeniem.
- Jesteś mi potrzebny - przekrzyknąłem tłum i pociągnąłem za rękaw kurtki do wolnego stolika. Zerknąłem na tacę chłopaka i nie pytając o pozwolenie zgarnąłem z niej jabłko.
- I tak byś go nie zjadł - oświadczyłem z pewnością, wgryzając się w owoc.
W tym momencie, nie obchodziła mnie moja porywczość. Ambicja przejęła górę nad kontrolą i ignorując to, że nawet nie wiem jak chłopak ma na imię oświadczyłem z entuzjazmem..
- Zostajesz moim modelem - pokazałem chłopakowi swoje zęby wyrzucając ogryzek do małego kosza przyczepionego do stolika.

Cheolsun?
Wyszło trochę chaotyczne, ale Ivan to taki słodki narwaniec, inne być nie może8/

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz