Nieznośna cisza. Nikt nic nie mówi –to takie okropne.
Jakbyśmy się nie znali, pokłócili. Ale skłamałabym, gdybym powiedziała, że nie
jest mi wstyd. Jest. I to cholernie. Nagle słyszę jego cichy, nieśmiały głos.
-Jak ramię? –nie wiem jak ominąć to pytanie. Chcę powiedzieć mu prawdę ale coś
mnie powstrzymuje. Jakbym miała do głowy przyłożoną lufę pistoletu i od tego
zależało moje życie. Serio. Nigdy tak nie miałam. Jednak przełamuję się w sobie
i mruczę pod nosem.
-Znośnie. Ale płyn dezynfekujący się nie przydał. Jest raczej obite albo… albo
coś. -nie wspominam o opuchliźnie i lekkim zsinieniu, które otula moje ramię. –A
zmieniając temat: co im teraz robiłeś? –mówię skinąwszy głową na pasące się
nieopodal rumaki. Kasztanka oderwała na chwilę łeb od smakowitej trawy, by
przekłusować wokół swojego siwego towarzysza brykając co chwila. Chłopak
odpowiada nie odrywając ode mnie wzroku:
-Metoda T-Touch. Masaż rozluźniający dla koni. –Patrzę na Devona z zaciekawieniem.
Tak dużo wie, a tak mało się odzywa. Nie uważam się za osobę głupią ani mało
inteligentną ale człowiek stojący przede mną na pewno ma IQ niczym geniusz i o
wiele przewyższa moje zdolności. Choć podobno to kobiety mają lepszą intuicję…
Wpatrujemy się jeszcze chwilę w wierzchowce, po czym wracamy do domu. Robi się
chłodno, więc przechodząc przez werandę zabieram talerz ze smakołykami, które
przygotował mój przyjaciel na kolację i kładę go na stole w małym, przytulnym
salonie. Devon rozpala ogień w kominku, a ja idę zrobić nam coś ciepłego do
picia. Czekając na zagotowanie się wody w czajniku, korzystam z okazji, że chłopak
jest wciąż zajęty i przykładam swoją dłoń do ramienia, wykorzystując swoje moce
do ochłodzenia go. Może przynajmniej opuchlizna zejdzie. Cichy dźwięk wydawany
przez czajnik informuje mnie, że bulgocząca w nim woda nadaje się już do
wymieszania z fusami zielonej herbaty. Zalewam ją i zanoszę do pokoju, w którym
Devon kuca przed kominkiem wpatrując się w tańczące w nim ogniki. Kiedy tylko
podaję mu kubek podnosi się i siada po jednej stronie kanapy, natomiast ja
usadawiam się po drugiej.
-Dziękuję, że mnie tu przywiozłeś. Jest wspaniale. Ten spokój, świeże powietrze
i… wszystko w sumie. –wzdycham oszołomiona, że te słowa faktycznie wypłynęły z
moich ust. Mimo wszystko muszę się uśmiechnąć.
-Nie ma sprawy. Mi też to wyszło na dobre. –mówi puszczając do mnie oczko i
biorąc łyk ciepłego napoju.
-Wiesz, na koniach nie jeździłam ze trzy lata jak nie więcej, a dzisiaj…
dzisiaj jakby wszystko to we mnie odżyło –stwierdzam z rozmarzonym głosem.
Faktycznie było tak, że jako mała dziewczynka dużo jeździłam. W pobliżu domu
była całkiem przyzwoita stadnina, w której zaczynałam swoją przygodę z
czterokopytnymi. Potem jakoś brak czasu i własne lenistwo spowodowało, że
bywałam tam coraz rzadziej, aż w końcu się przeprowadziłam i w ogóle przestałam
dosiadać koni. Po prostu zapomniałam o tym. –Mimo wszystko –kontynuuję poruszając
delikatnie ramieniem i dając znak, że nawiązuję właśnie do tego hm, ‘wypadku’. –powtórzyłabym
to jeszcze raz. –Przyglądam się teraz Devonowi, który wygląda jakby popadł w
jakiś rodzaj transu. Wpatruje się tępo w jakiś punkt nade mną albo może nawet
we mnie –nie wiem- i wydaje się mnie nie słuchać. –Halo! Ziemia! Budzimy się. –mówię
pstrykając mu palcami przed oczami. Odrywa szybko wzrok uśmiechając się ciepło.
-Co mówiłaś? –podnosi lekko podbródek w geście zaciekawienia.
-Ughh… -wzdycham łapiąc pierwszą lepszą poduszkę i rzucając nią w przyjaciela. –Nie
słuchałeś mnie! –zarzucam, o dziwo z uśmiechem.
-No może trochę… -zaciskam zęby i chwytam kolejną poduszkę przygotowując się do
rzutu. –ale przepraszam! Przepraszam. -unosi ręce dając mi znak, że się poddaje
na co reaguję wybuchem śmiechu. I tak spędzamy resztę tego wieczoru –dobrze się
bawiąc.
***
Wchodzę do łazienki z ochotą dosłownego walnięcia się już do
łóżka, jednak dostrzegam źdźbła trawy wystające z pomiędzy moich włosów stwierdzam,
że bez prysznica się nie obejdzie. Rozbieram się i zdejmuję biały bandaż z
ramienia. Jest nadal sine ale z radością mogę powiedzieć, że opuchlizna zeszła -
choć nie w całości. Wchodzę pod ciepły natrysk i namydlam moje ciało lewą ręką,
pozostawiając drugą w bezruchu i podśpiewując sobie nieumiejętnie piosenkę „Arigato”
Julie Bergan. Podczas całej kąpieli kilka razy muszę zmieniać temperaturę wody,
która drażni mnie w ramię.
Piętnaście minut później jestem już gotowa, przebrana, umyta i zabandażowana z
powrotem. Wychodzę z łazienki ponownie trzymając się za bark i ochładzając go
moją mocą, kiedy przede mną wyrasta Devon. Uśmiecham się szeroko i mówię:
-Idę już spać. Padam ze zmęczenia. –jednak nie otrzymuję odpowiedzi. Chłopak
tylko się we mnie wpatruje. –Zahipnotyzowali cię czy jak? –marszczę zdumiona
brwi. Nadal nic nie mówi. Kiedy próbuję go wyminąć łapie mnie za dłoń, co
sprawia, że na niego spoglądam lecz on tylko rzuca ‘Dobranoc’ i puszcza moją
rękę. Zupełnie tego nie rozumiem… Decyduję się nie zawracać tym sobie głowy i
położyć się spać. Odpływam, kiedy mojego przyjaciela wciąż nie ma po drugiej
stronie łóżka.
Devon? Masz drugą szansę c;
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz