Przez chwilę uważnie przyglądałem się chłopakowi, sprawdzając czy kompletnie nie oszalał.
- Nic jeszcze nie wziąłem, a już mam halucynacje - prychnąłem pogardliwym śmiechem. Będąc "pusty w środku" moja radosna i pomocna strona jakoś nagle znikała. Nie umiałem być tym pozytywnym chłopakiem, którego wszyscy znali, nie umiałem być sobą.
Chciałbym...
Chciałbym móc komuś powiedzieć jak to boli, jak wykańcza mnie od wewnątrz, kiedy nie umiesz utrzymać się na nogach, bo wszystko Cię przytłacza, każda emocja jak kolejny krzyż na plecach, nie do udźwignięcia, uginam się pod ich ciężarem, wykańczają mnie... Niszczą, a ja siedzę w tym wszystkim sam bo co...?
Dla reputacji?
Dla znajomości? Pozycji?
Po co to wszystko?
Po co się tak starać?
Oni i tak kiedyś o Tobie zapomną.
Spojrzałem zrozpaczonym wzrokiem na czarnowłosego, który z buntowniczym wyrazem na twarzy, ciągle oczekiwał odpowiedzi.
- Cheolsun... Powinieneś już iść - zaciskałem dłonie w pięści miarowo je poluźniając, wbijałem paznokcie we wnętrze swojej dłoni, tak, że pobielały mi knykcie. W głowie zaczęło mi szumieć od natłoku złych emocji.
Zbliżyłem się do chłopaka i przysuwając palec wskazujący do jego klatki piersiowej wydusiłem na jednym wdechu.
- Nigdy więcej nie mieszaj się w coś co Ciebie nie dotyczy. Zapomnij o tej rozmowie, o tym co tu widziałeś i o tym, że kiedykolwiek poprosiłem Cię o pomoc, rozumiesz? - warknąłem coraz bardziej wściekły.
Co on sobie wyobrażał?
Żaden wyrachowany pedał nie będzie mieszał się w moje życie.
Nikt.
Już na pewno nie ktoś taki jak on. - Myślisz, że kim Ty jesteś? - kontynuowałem, zamroczony - Zjawiasz się, proszę Cię o pomoc co robisz z wielką łaską, kiedy tylko nadarza się okazja uciekasz, a teraz wracasz tu jak gdyby nigdy nic i grozisz mi, że jeśli Ci nie pomogę to mnie sprzedaż? Komu uwierzą, co? Osobie znanej i szanowanej w szkole i przez nauczycieli, czy takiej szarej myszce, takiemu zeru jakim jesteś. Wydawałeś się inny... - mruknąłem. Obserwowałem jak cała odwaga ulatuje z chłopaka, widziałem, że moje słowa go zabolały ale jeszcze ich nie żałowałem.
Jeszcze, bo moja harda postawa i nienawiść zniknęła, rozpłynęła się ustępując miejsca okropnemu bólowi.
Nie chciałem go zranić... Nie chciałem powiedzieć nic co zrobiłoby mu przykrość...
Jednak nim zdałem sobie z tego sprawę, było już za późno... Chłopak jakby rozpłynął się między pustymi samochodami, zdenerwowany kopnąłem w stojący za mną śmietnik, wyklinając w myślach swoje zachowanie.
Obserwowałem jak jego pokrywa otwiera się, a zawartość rozsypuje w nieładzie...
Zupełnie jak moje życie.
Ze spuszczoną głową wróciłem do szkoły czując się jak pies, którego właściciele wywieźli daleko w las, wszyscy wiedzą jak wygląda, jaki był, ale czy ktoś się nim przejmuje...?
Wlokłem się po schodach na górę pogrążony w myślach analizując swoją własną głupotę, dla której nie mogłem znaleźć żadnego wyjaśnienia, wytłumaczenia.
- Ivan, idioto. - dostałem się do własnego pokoju kopiąc w białe drzwi, wbiegłem do pokoju i spychając wszystko z biurka, mogłem poczuć się jak jeden z tych co ciągle kręcą piosenki o narkotykach, pokazując jacy to nie są szczęśliwi i bogaci, chodząc ciągle na imprezy posuwając co się da.
Nie tak wygląda szczęście...
Jedna chwila i nagle cała rzeczywistość się zmienia, postrzegasz świat zupełnie inaczej, jest dobry i piękny.
Chociaż cichy głos w mojej głowie szeptał, że to wcale nie jest tak jak powinno być. że kiedy wybudzę się z cudownego transu wszystko zniknie i powrócą stare uczucia oraz żal, paraliżujący żal, że znowu się poddałem...
Że mimo to tysiąca obietnic znowu to zrobiłem...
Przejechałem dłonią po zmęczonych oczach spoglądając na zegarek, który wskazywał godzinę drugą nad ranem, niesamowite jak szybko czas leci nocą, nawet nie wiesz kiedy, a jej połowa już za mną.
Na myśl przyszedł mi czarnowłosy Azjata, który albo siedział teraz sam w pokoju, albo wyklinał mnie gdzieś poza murami szkoły. Jego propozycja wydawała mi się z jednej strony cholernie zabawna, a z drugiej?
To zrozumiałe... Ludzie często się boją i szukają od tego prostej ucieczki.
Dla niego ratunkiem była czyjaś obecność. Czemu moja? Bo on nie spędzał czasu z wieloma ludźmi, to było widać.
Przesunąłem palcem po blacie stolika i nie namyślając się dłużej podniosłem z łóżka. Nie miałem zamiaru do niego pisać bo by mi nie odpisał, a skrzydło z pokojami jednoosobowymi nie było aż tak obszerne.
Błądziłem po korytarzu, ledwo utrzymując się na nogach, świat zdawał się wirować, a litery poprzyklejane do małych tabliczek obok drzwi zlewały się w jedną, czarną całość. W końcu wpełzłem do pokoju Azjaty i drżącymi dłońmi przekręciłem klamkę w jak się okazało otwartych drzwiach i wpełzłem do środka.
- Co Ty tu robisz? - chłopak zerwał swoje słuchawki z uszu i wlepił we mnie spojrzenie, jakbym co najmniej przed nim umierał - Co Ci się stało? - kontynuował zasypywanie mnie pytaniami, kiedy to ja nie pytając o pozwolenie wkopałem się do jego łóżka. Kładąc na drugim jego końcu.
- Nic, śpij. - mruknąłem zaciskając piekące powieki.
To tylko jeden dzień słabości. Jutro wrócę do bycia tym szczęśliwym i popularnym chłopakiem.
Jutro...
Cheoś?
Nie wiem no jakoś takie coś mi wyszło.
Przepraszam 8/
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz