Nie wiedziałam jak zacząć. Pogoda była piękna, złote
promienie słońca tańczyły na ostatnich kolorowych liściach tworząc
niezapomnianą, jesienną mozaikę, a delikatny wiatr rozwiewał pojedyncze włosy
we wszystkie strony. Gdzieś w głębi lasu mały dzięcioł stukał energicznie w
pień drzewa w poszukiwaniu pożywienia przed zbliżającą się mroźną porą roku –
moją zimą. Zbierałam się w sobie od dłuższego czasu. Czy faktycznie odpowie
szczerze? Ostatecznie stwierdziłam, że ‘raz
kozie śmierć’ i zadałam pytanie rozwijające się we mnie od dłuższego czasu.
-Devon czy ty… czy ty faktycznie jesteś taki, jaki się przedstawiasz ludziom? –
widząc jak unosi brew w zapytaniu próbuję przekształcić i wyjaśnić moje pytanie
aby stało się bardziej jasne dla chłopaka. – Chodzi mi o to, że pokazujesz się
jako człowiek nieśmiały, odosobniony, trochę kapryśny i przede wszystkim…
chłodny. Jednak im dłużej przebywam w twoim towarzystwie, tym bardziej zaczyna
mi się mieszać – pomogłeś mi kiedy płakałam, sprawiłeś ogromną radość,
przypomniałeś wspaniałe skrawki dzieciństwa–mówię wskazując na malowniczy,
leśny krajobraz i dwa wierzchowce pasące się nieopodal nas. Wzrok Devona skupia
się na koniach, po czym ląduje na końcówkach swoich butów, gdy ja kontynuuję
swoją wypowiedź. – i przede wszystkim zacząłeś się uśmiechać. –przerwałam w tym
miejscu na chwilę, żeby chłopak mógł przetworzyć w głowie moje ostatnie słowa.
Widać było, że usilnie myśli nad sensowną odpowiedzią –zdradziło go zmarszczone
czoło i skoncentrowany wzrok. W końcu, ignorując w małym stopniu zadane przeze
mnie pytanie odpowiedział swoim:
-A ty przedstawiasz się ludziom taką jaką jesteś? –Zamyśliłam się. Niby jestem
tą samą dziewczyną –Lilianne Ivy Bacardie- wiecznie uśmiechniętą optymistką,
która lubi dobrą zabawę i ceni niezależność ale może jednak…
Wlepiam pytający wzrok w chłopaka, żeby podpowiedział mi trochę więcej.
-W naszej naturze chyba jest maskowanie własnego ja. Nie mówię, że cię znam, ale myślę, że mógłbym określić kilka
twoich cech, co kieruje się również w drugą stronę, jednak nie znaczy to, że
takimi właśnie jesteśmy. Prawda? – kiwam głową ogarniając myśli. Jasne, że mnie
nie zna, jednak może powiedzieć o mnie chyba więcej niż ja o nim, czyż nie?
Decyduję się nie myśleć o tym w tym momencie i zostawić sobie takie
filozofowanie na nudniejsze dni, do których z pewnością nie można zaliczyć
dzisiejszego. Po pewnym czasie wsiadamy z powrotem na nasze rumaki i ruszamy w
dalszą wycieczkę.
***
Sprawdzałam w pokojach czy aby na pewno wszystko wzięliśmy,
kiedy mój przyjaciel schodził z torbami po schodach w celu zapakowania ich do samochodu.
Dzień nam zleciał wyjątkowo szybko. Najpierw przejażdżka, obiad, odprawienie
wierzchowców z powrotem do stajni, pakowanie i ogólne porządki, żebyśmy nie
zostawili chlewu. Dotarliśmy do momentu kiedy jesienne słońce ustępuje miejsca
na niebie białemu, magicznemu księżycowi. Coraz bliżej zimy, toteż dni kończą
się wyjątkowo szybko. W szafce nocnej koło łóżka znajduję oczywiście moją
szczotkę do włosów. Chwytam ją i schodzę ostrożnie po dość stromych schodach.
Przy samochodzie wpakowuję zgubiony przedmiot do bocznej kieszeni mojej torby i
usadawiam się na miejscu pasażera obok Devona, który odpalał już silnik. Ruszając
poświęcam się oglądaniu po raz ostatni tych wspaniałych krajobrazów. Mimo
słabego światła rzucanego przez księżyc mogę dojrzeć gęste lasy i przestronne
łąki. Mijamy zamek, który widzieliśmy jadąc w przeciwnym kierunku i parę innych
ciekawych budowli przeoczonych przeze mnie wcześniej. W pewnym momencie
zasypiam kołysana przez jadący żwirowaną drogą samochód.
***
Budzę się, kiedy samochód staje w miejscu, a silnik gaśnie.
Przecieram zdezorientowana oczy i wyglądam przez szybę. Stoimy na ogromnym
parkingu przed jasnozielonym, potężnym budynkiem z przestronnym wejściem i dużą
liczbą okien. Z miną skazańca odwracam się do Devona.
-Oj, no weź. –mamroczę. Niewzruszony chłopak wysiada z samochodu, by za chwilę
otworzyć mi drzwi. Siedzę jeszcze moment z założonymi na piersi rękami, po czym
decyduję się wyjść przy okazji pokazując język przyjacielowi, który tylko
przewraca teatralnie oczami. –Przecież nic wielkiego mi nie jest… - dodaję
odwracając głowę by ukryć delikatny rumieniec oblewający moje policzki.
-Tsa. Swoje widziałem. –wzrusza ramionami i chwyta mnie za dłoń ciągnąc za sobą
w kierunku wejścia do szpitala, po drodze tylko wystawiając rękę, by zamknąć
samochód.
Devi?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz