czwartek, 3 listopada 2016

Od Ivy cd. Devona

Nie wiedziałam jak zacząć. Pogoda była piękna, złote promienie słońca tańczyły na ostatnich kolorowych liściach tworząc niezapomnianą, jesienną mozaikę, a delikatny wiatr rozwiewał pojedyncze włosy we wszystkie strony. Gdzieś w głębi lasu mały dzięcioł stukał energicznie w pień drzewa w poszukiwaniu pożywienia przed zbliżającą się mroźną porą roku – moją zimą. Zbierałam się w sobie od dłuższego czasu. Czy faktycznie odpowie szczerze? Ostatecznie stwierdziłam, że ‘raz kozie śmierć’ i zadałam pytanie rozwijające się we mnie od dłuższego czasu.

-Devon czy ty… czy ty faktycznie jesteś taki, jaki się przedstawiasz ludziom? – widząc jak unosi brew w zapytaniu próbuję przekształcić i wyjaśnić moje pytanie aby stało się bardziej jasne dla chłopaka. – Chodzi mi o to, że pokazujesz się jako człowiek nieśmiały, odosobniony, trochę kapryśny i przede wszystkim… chłodny. Jednak im dłużej przebywam w twoim towarzystwie, tym bardziej zaczyna mi się mieszać – pomogłeś mi kiedy płakałam, sprawiłeś ogromną radość, przypomniałeś wspaniałe skrawki dzieciństwa–mówię wskazując na malowniczy, leśny krajobraz i dwa wierzchowce pasące się nieopodal nas. Wzrok Devona skupia się na koniach, po czym ląduje na końcówkach swoich butów, gdy ja kontynuuję swoją wypowiedź. – i przede wszystkim zacząłeś się uśmiechać. –przerwałam w tym miejscu na chwilę, żeby chłopak mógł przetworzyć w głowie moje ostatnie słowa. Widać było, że usilnie myśli nad sensowną odpowiedzią –zdradziło go zmarszczone czoło i skoncentrowany wzrok. W końcu, ignorując w małym stopniu zadane przeze mnie pytanie odpowiedział swoim:
-A ty przedstawiasz się ludziom taką jaką jesteś? –Zamyśliłam się. Niby jestem tą samą dziewczyną –Lilianne Ivy Bacardie- wiecznie uśmiechniętą optymistką, która lubi dobrą zabawę i ceni niezależność ale może jednak… 
Wlepiam pytający wzrok w chłopaka, żeby podpowiedział mi trochę więcej. 
-W naszej naturze chyba jest maskowanie własnego ja. Nie mówię, że cię znam, ale myślę, że mógłbym określić kilka twoich cech, co kieruje się również w drugą stronę, jednak nie znaczy to, że takimi właśnie jesteśmy. Prawda? – kiwam głową ogarniając myśli. Jasne, że mnie nie zna, jednak może powiedzieć o mnie chyba więcej niż ja o nim, czyż nie? Decyduję się nie myśleć o tym w tym momencie i zostawić sobie takie filozofowanie na nudniejsze dni, do których z pewnością nie można zaliczyć dzisiejszego. Po pewnym czasie wsiadamy z powrotem na nasze rumaki i ruszamy w dalszą wycieczkę.

***


Sprawdzałam w pokojach czy aby na pewno wszystko wzięliśmy, kiedy mój przyjaciel schodził z torbami po schodach w celu zapakowania ich do samochodu. Dzień nam zleciał wyjątkowo szybko. Najpierw przejażdżka, obiad, odprawienie wierzchowców z powrotem do stajni, pakowanie i ogólne porządki, żebyśmy nie zostawili chlewu. Dotarliśmy do momentu kiedy jesienne słońce ustępuje miejsca na niebie białemu, magicznemu księżycowi. Coraz bliżej zimy, toteż dni kończą się wyjątkowo szybko. W szafce nocnej koło łóżka znajduję oczywiście moją szczotkę do włosów. Chwytam ją i schodzę ostrożnie po dość stromych schodach. 
Przy samochodzie wpakowuję zgubiony przedmiot do bocznej kieszeni mojej torby i usadawiam się na miejscu pasażera obok Devona, który odpalał już silnik. Ruszając poświęcam się oglądaniu po raz ostatni tych wspaniałych krajobrazów. Mimo słabego światła rzucanego przez księżyc mogę dojrzeć gęste lasy i przestronne łąki. Mijamy zamek, który widzieliśmy jadąc w przeciwnym kierunku i parę innych ciekawych budowli przeoczonych przeze mnie wcześniej. W pewnym momencie zasypiam kołysana przez jadący żwirowaną drogą samochód.

***


Budzę się, kiedy samochód staje w miejscu, a silnik gaśnie. Przecieram zdezorientowana oczy i wyglądam przez szybę. Stoimy na ogromnym parkingu przed jasnozielonym, potężnym budynkiem z przestronnym wejściem i dużą liczbą okien. Z miną skazańca odwracam się do Devona.
-Oj, no weź. –mamroczę. Niewzruszony chłopak wysiada z samochodu, by za chwilę otworzyć mi drzwi. Siedzę jeszcze moment z założonymi na piersi rękami, po czym decyduję się wyjść przy okazji pokazując język przyjacielowi, który tylko przewraca teatralnie oczami. –Przecież nic wielkiego mi nie jest… - dodaję odwracając głowę by ukryć delikatny rumieniec oblewający moje policzki.
-Tsa. Swoje widziałem. –wzrusza ramionami i chwyta mnie za dłoń ciągnąc za sobą w kierunku wejścia do szpitala, po drodze tylko wystawiając rękę, by zamknąć samochód.

Devi?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz