W głowie została mi tylko ręka chłopaka, gnająca w stronę mojej twarzy. Nawet jaka-taka obrona na nic się nie zdała...Co ze mną jest nie tak? To pytanie zadawałem sobie od wieków, najczęściej leżąc na łóżku, zastanawiając się nad własnym życiem. Teraz, leżąc na ziemi z grymasem bólu, nic nie wydawało się być realne. Nawet to, bym teraz wstał i zapomniał o danym wydarzeniu. Zamiast tego, ta zimna, lekko oblodzona powierzchnia zdawała się jako jedyna mnie rozumieć. Ale ile można bezczynnie wgapiać się w niebo? Ano można, ale ból się nasilał. Czas wrócić do nawyku? O nie, nie. Nie tym razem.
Wstałem, zaciskając pięści na czarnym materiale, jakim była bluza. Jeden krok, który tak wiele znaczył, zakończył się wraz z bólem kolana, jakie mi towarzyszyło. No tak, zbite kolano to złe kolano. Nie takie rzeczy się miało...Podparłem się tą myślą i gnałem w kierunku wejścia. Czując metaliczną ciesz w kącik ust, przetarłem ją ręką, orientując się iż to krew. Rozglądając się za łazienką, uważałem by nikt nie przyłapał mnie w tym stanie. Jedna osoba, z którą pragnę teraz się zobaczyć, jest Fytch. I on widać się za mną stęsknił, gdyż po rozchyleniu drzwi mojego pokoju, wybiegł merdając wesoło ogonem. Pogładziłem go po pysku i znów zaprowadziłem do pokoju, by kontynuować szukanie toalety. Moja orientacja w terenie znacznie ostatnio osłabła, ale to nie stanęło mi na drodze znalezienia celu, który teraz stał przede mną. Nikogo nie było. Idealny układ.
Podszedłem do jednej z umywalek, by odkręcić wodę. Wpatrując się w swoje odbicie, zachciało mi się śmiać ze swojej osoby. Jak można być tak słabym? No, najwyraźniej można.
Ochładzając swoją twarz, poczułem ulgę. Jakby emocje opadły, zostawiając w duszy pustkę, której mi szczerze brakowało. Bo czy nie łatwiej wmówić sobie, że nie ma się uczuć? W tedy wszystko boli mniej. A jednak, czasem jest to trudne.
Drzwi za mną rozchyliły się,by pojawiła się w nich sylwetka. TA osoba, która z łatwością rzuciła mnie na łopatki. Nie dam po sobie tego poznać. Rozprostowałem się, z lekkim, zadowolonym uśmiechem wymijając Shane'a. Nie był mi dłużny, obarczając mnie swoim nienawistnym, aczkolwiek skrytym spojrzeniem. wychodząc na korytarz, miałem zamiar skierować się do sali lekcyjnej, przyrodniczej. Ale zamiast tego, poszliśmy w teren, co było złem samym w sobie. Jest zima! O jakiej przyrodzie my w ogóle mówimy?! No tak, młoda jest, ładna, sympatyczna...pewnie dla tego nikt nie narzeka na zimno. Przewróciłem oczyma, co zostało wychwycone przez nauczycielkę.- Masz coś do powiedzenia, chłopcze?- Od razu zaprzeczyłem, chwiejąc się na nogach.
- takim razie ty, i Pan Shane zrobicie razem projekt.- powiedziała miłym głosem, co w moim rozumowaniu wyglądało jak czysty sarkazm.- Nie!- Znów zaprzeczyłem- niczego z nim nie robię, nie lubię go!
- Zrobicie o...eliksirach na porost i odżywianie roślin.- Poza tym, Pan Shane, jak to się wyraziła nauczycielka, zmierzył mnie złowieszczym wzrokiem. Nie obyło się bez docinek, oraz błagań o anulowanie "kary", która była tak na prawdę za nic.- Ale co JA zrobiłem?!- Wydarł się chłopak, jednak szybko został uciszony.- To nie jest kara. Wszyscy to zrobicie.- O dziwo, połączyli się w pary z uśmiechem na twarzy.- Nie mogę być z kimś innym?- Jęknąłem, rozglądając się dookoła.- Nie, Alan. będziesz z nim. Musicie nauczyć się współpracować. A nie wydaje mi się, że macie dobry kontakt ze sobą.- W ogóle nie mamy. Prychnąłem w myślach, krzyżując ręce. No więc przez resztę lekcji kłóciliśmy się o to, co w ogóle mamy robić. Gdy ja, zastanawiałem się nad projektem, Pan Shan'e strzelał fochy o to, że nic nie robi. Koniec lekcji, dawał mi złudną nadzieję na chwilę spokoju...Ale czarnowłosy był innego zdania.
-Nie wiem jak ty, ale ja tego nie robię- Jęknął po raz setny, co nieźle mnie denerwowało. Wykorzystując jego nieuwagę, złapałem skrawek jego bluzy, by po chwili przywarł do ściany, wisząc kilka centymetrów nad ziemią.- Puść mnie, bo nie ręczę za siebie- Warknął przeciągle, próbując mnie walnąć. Nic z tego, kolego...
- Robimy ten projekt, czy ci się to podoba, czy nie. I tak nie idzie mi dobrze na zajęciach, ale w porównaniu do ciebie, księżniczko, staram się. Może byś też wziął to na poważnie? Pójdziesz do siebie, zrobić o poroście roślin, j o odżywianiu. A potem, łaskawie skleimy to w jedno. I nie będziemy musieli siedzieć razem pół dnia. Ok?- Syknąłem, zaciskając ręce n jego ramieniu. Mina mu zrzedła, a jednak przytaknął. Niemal niewidocznie, a jednak. Puściłem więc go, wypuszczając głośno powietrze z ust. Uśmiech wrócił na moją twarz, ale nie na jego. On miał taki...PokerFace. Zaśmiałem się cicho, na co się odgryzł. Uniosłem ręce w geście obronnym i pożegnałem się, chcąc wrócić w spokoju do pokoju. Ale słysząc szelest i obijanie się...czegoś, o coś...plastikowe, stanąłem przed drewnianymi drzwiami.- Nie powinieneś brać ich tylu..-Z mojego głosu nie dało się wyczuć ni krzty zmartwienia...to było takie...Sam nie wiem.
- A co, zabronisz mi?- Mruknął, łykając naraz kilka kapsułek.
- Możliwe- Wzruszyłem ramionami- Ale o potrafi nieźle siąść na psychikę...Wiem coś o tym. Poza tym, jedna w zupełności by ci wystarczyła.
- Nie.- Odparł, idąc do siebie- Nic o mnie nie wiesz...- Widocznie chciał powiedzieć coś dalej. Jednak nie było mu to do końca dane.
- Tak jak i ty o mnie- Przerwałem mu, wchodząc do swoich idealnych, czterech ścian- Jutro o 13 możesz dać co tam...zrobisz na projekt.
<Shane?>
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Alan. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Alan. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 22 grudnia 2016
wtorek, 13 grudnia 2016
Od Alan'a cd. Shane'a
Wiatr pizgał w te i wewte, przez co moja nienawiść do pogody wzrastała z każdą sekundą. Błądząc po dworze w pół-mroku, ujrzałem delikatną sylwetkę. Zamazaną, niezidentyfikowaną. Nowy "uczeń"? Ciekawe. Ale co robi o tak wczesnej godzinie? W sumie...pewnie to samo co ja. Pierwszy dzień minął mi wczoraj, na zwiedzaniu tego miejsca. Czy było w tym coś wyjątkowego? Oprócz nadludzi z różnorakimi mocami?-nie. Oprócz tego przeklętego kierowcy, który przez swoją nieuwagę prawie zmiażdżył mnie na chodniku, w samym centrum miasta?-nie. Tak więc dzień wczorajszy uważam za nieudany. Brak roboty potrafi zdenerwować człowieka, jakim jestem. Ciągłe siedzenie w miejscu, całkowita nuda mnie zabija. Może jednak zmieni się to, po przyjrzeniu się nowemu obywatelowi tejże Akademii! W co, mimo to wątpię.
Przemierzając korytarz, w celu odnalezienia mech czterech ścian, potrąciłem kogoś. A może ten ktoś mnie, ale moje życiowe przemyślenia nie pozwalały skupić mi się na tej osobie. Jedyne, co zinterpretowałem wraz z uniesieniem wzroku, to złość chłopaka, który z trudem utrzymywał się na nogach. Znaczy nodze, o której dowiedziałem się chwilę później. Chciałem powiedzieć "przepraszam", te najzwyklejsze słowo, które nieraz przychodziło mi z trudem. Ale jego wzrok, który dosłownie zżerał mnie od środka przestrzegł mnie przed narastającą złością, jaka dosłownie buzowała w zielonookim. Bać się? Zwiewać, gdzie pieprz rośnie? Jednak co rzucało się w oczy to to, iż byłem od niego wyższy. Także nie mam się czym martwić, a w najgorszym razie, będzie...Hmm. Źle. I ze mną i z nim.Parę razy zdarzało mi się, że nawet niższe osoby z łatwością pokonywały mnie w czynnościach, zwanych powszechnie "bójkami". Przyznawanie się do tych porażek, zazwyczaj komentowałem jako skutki "alkoholu", bądź innych czynników odurzających, albo przez zwykłe niewyspanie. O dziwo, działało!
- Patrz jak leziesz- syknął krótko, ledwie nie wychodząc z "siebie". Zaciśnięte zęby, pięści i grymas na twarzy były oznakami tego, że jeśli w tej chwili nie odejdę, to początek jak i zapewne koniec tej "znajomości" nie będzie ciekawy. Chwilę stojąc, wpatrując się w niego, poczułem jak gorąc rozlewa się po moim ciele. W takich chwilach, zazwyczaj też nie byłem najspokojniejszy, ale ukrywałem to niczym zawodowiec.
- To ty na mnie wpadłeś, więc i TY powinieneś na siebie uważać.- Moje słowa, płynące z zaskakującą pewnością siebie dodały mi coś jak otuchy? Można tak powiedzieć. Bez zbędnej wymiany spojrzeń, wyminąłem chłopaka, kierując się w głąb podłużnego pomieszczenia, natrafiając na tabliczkę ze swoim imieniem.
Dalsza kłótnia o winę była moim zdaniem bezsensowna, więc wchodząc do pokoju, kompletnie zignorowałem osobę, dalej stojącą przed gabinetem.
Zamknąwszy drzwi, ujrzałem swoją czarną torbę, oczywiście zamkniętą, z wypełnioną zawartością. Aż odechciało mi się myśleć, stwierdzając iż wczoraj nie zawracałem sobie tym głowy, przez co dzisiaj ranek będzie zajęty. I jeszcze dodatkowy cios- na pierwszy plan idą zajęcia z wychowania fizycznego. Nie to, że nie lubię WF-u, tylko dzisiaj mam jeden z tych dni, gdzie cała moja życiowa energia po prostu uszła ze mnie jak powietrze z balonu. Wymachując z irytacją rękoma, przekląłem pod nosem by usadowić się tuż przy czarnej torbie. Wyładowywanie ubrań, oraz małych drobiazgów zrobiło niezły sajgon z mego pokoju. A frustracja nie pomagała w uporządkowaniu rzeczy, które wydawały się jakby było ich milion. po krótkim, uspokajającym westchnięciu, zabrałem się za nie.
~.~
Ręce, jakby zdrętwiały na tyle, że każdy najmniejszy ruch powodował zawał serca. Czemu? Możliwość czucia w obu kończynach dawała żmudne uczucie, jakbym nie posiadał ich w ogóle. Ale za to, teraz mój własny kąt wygląda o niebo lepiej! Teraz WF. Szepnąłem, biorąc pierwszą lepszą koszulkę i krótkie, zielone spodenki. Wychodząc, jeszcze upewniłem się o zamknięciu drzwi, gdyż nieproszeniu goście w każdym, czy innym miejscy mogliby zrobić nieco bałaganu. A myśl o ponownym ujarzmianiu tej sterty materiałów była tak męcząca, niż sama robota.
Wchodząc do szatni, spojrzenia padły w moją stronę. Skręciłem prędko w prawo, a tym samym zajmując jedną z szafek. Otwarłem ją, zaczynając przebierać się w sportowy strój. Zmieniając swą nawierzchnię, mimowolnie trzasnąłem żelaznymi drzwiczkami. Przy tym, odwracając głowę, utknąłem spojrzeniem na zielonookim, nieznajomym, nerwowym chłopaku. Widocznie nie był zadowolony z tego spotkania, tak samo jak ja.
- Stop! Wszyscy do mnie!- To były pierwsze słowa, jakie powiedział od rozgrzewki Peter Rohan, nasz nauczyciel. Łączone klasy? hm...Zawsze jakaś odmiana!- Gramy w siatkówkę- kolejne zdanie, które wywołało u większości pojękiwanie. Uciszanie dało swoje skutki, a już po minucie staliśmy w zbitych drużynach. Ja, oczywiście przez złośliwość losu, byłem z tymi "mniej zaawansowanymi". Mówi się trudno! Stanąłem na wybranej przez nauczyciela pozycji, znów się odwracając. Ciekawość dała górę, więc podszedłem do stojącego obok Shane'a, jak się dowiedziałem.
- Czemu nie grasz?- Ten jedynie z pretensją wskazał na swoją nogę. Przytaknąłem, zdając sobie sprawę z treści mego pytania. To przecież logiczne!
<Shane? Takie jakieś nic, ale jest D:>
Przemierzając korytarz, w celu odnalezienia mech czterech ścian, potrąciłem kogoś. A może ten ktoś mnie, ale moje życiowe przemyślenia nie pozwalały skupić mi się na tej osobie. Jedyne, co zinterpretowałem wraz z uniesieniem wzroku, to złość chłopaka, który z trudem utrzymywał się na nogach. Znaczy nodze, o której dowiedziałem się chwilę później. Chciałem powiedzieć "przepraszam", te najzwyklejsze słowo, które nieraz przychodziło mi z trudem. Ale jego wzrok, który dosłownie zżerał mnie od środka przestrzegł mnie przed narastającą złością, jaka dosłownie buzowała w zielonookim. Bać się? Zwiewać, gdzie pieprz rośnie? Jednak co rzucało się w oczy to to, iż byłem od niego wyższy. Także nie mam się czym martwić, a w najgorszym razie, będzie...Hmm. Źle. I ze mną i z nim.Parę razy zdarzało mi się, że nawet niższe osoby z łatwością pokonywały mnie w czynnościach, zwanych powszechnie "bójkami". Przyznawanie się do tych porażek, zazwyczaj komentowałem jako skutki "alkoholu", bądź innych czynników odurzających, albo przez zwykłe niewyspanie. O dziwo, działało!
- Patrz jak leziesz- syknął krótko, ledwie nie wychodząc z "siebie". Zaciśnięte zęby, pięści i grymas na twarzy były oznakami tego, że jeśli w tej chwili nie odejdę, to początek jak i zapewne koniec tej "znajomości" nie będzie ciekawy. Chwilę stojąc, wpatrując się w niego, poczułem jak gorąc rozlewa się po moim ciele. W takich chwilach, zazwyczaj też nie byłem najspokojniejszy, ale ukrywałem to niczym zawodowiec.
- To ty na mnie wpadłeś, więc i TY powinieneś na siebie uważać.- Moje słowa, płynące z zaskakującą pewnością siebie dodały mi coś jak otuchy? Można tak powiedzieć. Bez zbędnej wymiany spojrzeń, wyminąłem chłopaka, kierując się w głąb podłużnego pomieszczenia, natrafiając na tabliczkę ze swoim imieniem.
Dalsza kłótnia o winę była moim zdaniem bezsensowna, więc wchodząc do pokoju, kompletnie zignorowałem osobę, dalej stojącą przed gabinetem.
Zamknąwszy drzwi, ujrzałem swoją czarną torbę, oczywiście zamkniętą, z wypełnioną zawartością. Aż odechciało mi się myśleć, stwierdzając iż wczoraj nie zawracałem sobie tym głowy, przez co dzisiaj ranek będzie zajęty. I jeszcze dodatkowy cios- na pierwszy plan idą zajęcia z wychowania fizycznego. Nie to, że nie lubię WF-u, tylko dzisiaj mam jeden z tych dni, gdzie cała moja życiowa energia po prostu uszła ze mnie jak powietrze z balonu. Wymachując z irytacją rękoma, przekląłem pod nosem by usadowić się tuż przy czarnej torbie. Wyładowywanie ubrań, oraz małych drobiazgów zrobiło niezły sajgon z mego pokoju. A frustracja nie pomagała w uporządkowaniu rzeczy, które wydawały się jakby było ich milion. po krótkim, uspokajającym westchnięciu, zabrałem się za nie.
~.~
Ręce, jakby zdrętwiały na tyle, że każdy najmniejszy ruch powodował zawał serca. Czemu? Możliwość czucia w obu kończynach dawała żmudne uczucie, jakbym nie posiadał ich w ogóle. Ale za to, teraz mój własny kąt wygląda o niebo lepiej! Teraz WF. Szepnąłem, biorąc pierwszą lepszą koszulkę i krótkie, zielone spodenki. Wychodząc, jeszcze upewniłem się o zamknięciu drzwi, gdyż nieproszeniu goście w każdym, czy innym miejscy mogliby zrobić nieco bałaganu. A myśl o ponownym ujarzmianiu tej sterty materiałów była tak męcząca, niż sama robota.
Wchodząc do szatni, spojrzenia padły w moją stronę. Skręciłem prędko w prawo, a tym samym zajmując jedną z szafek. Otwarłem ją, zaczynając przebierać się w sportowy strój. Zmieniając swą nawierzchnię, mimowolnie trzasnąłem żelaznymi drzwiczkami. Przy tym, odwracając głowę, utknąłem spojrzeniem na zielonookim, nieznajomym, nerwowym chłopaku. Widocznie nie był zadowolony z tego spotkania, tak samo jak ja.
- Stop! Wszyscy do mnie!- To były pierwsze słowa, jakie powiedział od rozgrzewki Peter Rohan, nasz nauczyciel. Łączone klasy? hm...Zawsze jakaś odmiana!- Gramy w siatkówkę- kolejne zdanie, które wywołało u większości pojękiwanie. Uciszanie dało swoje skutki, a już po minucie staliśmy w zbitych drużynach. Ja, oczywiście przez złośliwość losu, byłem z tymi "mniej zaawansowanymi". Mówi się trudno! Stanąłem na wybranej przez nauczyciela pozycji, znów się odwracając. Ciekawość dała górę, więc podszedłem do stojącego obok Shane'a, jak się dowiedziałem.
- Czemu nie grasz?- Ten jedynie z pretensją wskazał na swoją nogę. Przytaknąłem, zdając sobie sprawę z treści mego pytania. To przecież logiczne!
<Shane? Takie jakieś nic, ale jest D:>
wtorek, 6 grudnia 2016
Alan Coyne
"Don't watch tv no more, the news fucking scares me New world war, and I don't wanna run away, no I need a fuckin'
Imię: Alan
Pseudonim: Często przedstawia się swoim nazwiskiem- Coyne.
Nazwisko: Coyne
Wiek: 22 lata
Płeć: mężczyzna
Orientacja: Bi
Głos: Logic - Ballin
Moc: Kontrola nad elektroniką. a jaśniej? Może kontrolować urządzenia innych jak np. telefony, komputery, zasilanie, tak jak i oświetlenie w różnych pomieszczeniach, czy nagłe wybuchy urządzeń które mają związek z prądem. Reszty sam nie odkrył.
Pokój: Jednoosobowy nr. 13
Aparycja: Ma bujną, brązową czuprynę, która często zakryta jest przez kaptur. Jego oczy, mają kolor zielony, jednak przy oświetleniu mogą zmienić się na piwne. Drugą, zakrytą na jego ciele częścią ciała jest nos, który jest lekko zgarbiony, jednak dodaje mu tego "wyrazu". Jego śnieżnobiałe zęby, które rzadko widać, są proste, ukryte pod lekkim zarostem. Jest szczupły, jednak ma wyrzeźbione mięśnie.
Jest wysoki, ma ponad 190 cm. Oprócz tego, ma dosyć dużo blizn na ciele, oraz kolczyk w wardze.
Charakter: Widzisz go. Po prostu, przelotne spojrzenie. I już widać, że jest bardzo pewny siebie. Nie ma sytuacji, w której by tą pewność stracił. Nie jest typem "nie zrobię tego, bo ludzie patrzą ", tylko "zrobię to, ale czekaj aż będzie więcej ludzi". Bezpośredni z niego chłopak, który czasem zachowuje się jak dzieciak... No ale cóż poradzić? Zazwyczaj ludzie postrzegają go za tego, który zawsze bawi się najlepiej nie zważając na sytuację. Ale on po prostu potrafi cieszyć się nawet najmniejszymi rzeczami! Nie myśli co będzie jutro, tylko to co jest teraz. Niektórzy zazdroszczą mu tego optymizmu. W towarzystwie zachowuje się bardzo przyjaźnie, jednak tylko gdy sytuacja tego wymaga. Jeśli chodzi o nieznajomych, jest zdystansowany, a nawet małomówny i podejrzliwy. Zawsze pragnie dowiedzieć się jak najwięcej o danej osobie, ale nie jest wścibski. Wie, kiedy powinien odpuścić. On sam nigdy nie mówi tych najbardziej skrytych rzeczy, lub po prostu kłamie, mimo iż tego nie popiera. Nikomu nie ufa na tyle, by zwierzać się z najgorszych problemów. A jeśli już przy tym jesteśmy...Jest dobrym słuchaczem, który prawie zawsze ma dobrą radę w zanadrzu. Jeśli dogadasz się z nim na tyle, by się z nim zaprzyjaźnić, wiedz że będzie bardzo pomocny. Dla najbliższych zrobiłby wszystko! No, prawie...Jest wyrozumiały, oraz tolerancyjny. Ale, ale. Nie od razu wybacza, gdyż jest pamiętliwy. Taka sytuacja- jesteś jego przyjacielem/przyjaciółką, raz, 25 listopada 2006 roku coś powiedziałeś/aś złego, coś co na chwilę zepsuło waszą przyjaźń, on wybaczył po kilkunastu dniach i wszystko ok? HA! On będzie o tym pamiętał nawet jeśli było to kilkanaście lat temu. Łatwo jest stracić jego zaufanie, co jest pewnym minusem w jego życiu. Do nikogo nie potrafi się przywiązać tak jak do swojej rodziny. Chociaż nie...im też nie ufa w pełni.
Decyzje podejmuje starannie, ale i szybko. Szybko także reaguje na bodźce. chcesz go "zaatakować"? Będzie o tym wiedział zanim cokolwiek zrobisz.
Teraz ta ciemniejsza strona, która może ujawnić się w najmniej spodziewanym momencie. On jest trochę jak kobieta podczas okresu...Z takiego fajnego, miłego chłopaka potrafi stać się istnym złem, nie tylko za swoją sprawą, ale i swego "przyjaciela". Zdenerwujesz tego cierpliwą, opanowaną istotkę? Uciekaj gdzie pieprz rośnie. Ma swoje dni, chwile, gdzie potrafi stać się istną maszyną do zabijania. "Bez kija nie podchodź", to dobre określenie...W tedy to będzie chamski, wredny i sarkastyczny dupek, myślący tylko o tym, by kogoś zamordować z zimną krwią.
Poza tym- wszystkie złe emocje zachowuje dla siebie. Mówię tu o- smutku, zazdrości, przygnębieniu, rozpaczy itd. Jednak każdy musi dać czasem upust temu wszystkiemu. On robi to np. jeżdżąc po mieście jak wariat, lub po prostu płacząc w kącie pokoju. Taki z niego twardziel, więc on się oczywiście do tego nie przyzna!
Odważna z niego osoba, która nie boi się ryzyka. Oraz inteligentna, co nie zawsze widać... Potrafi być opiekuńczy, jak i rozsądny i odpowiedzialny. A jeśli mówi, że coś zrobi- to tak będzie.
Partner: Nje.
Rodzina:
Matka- Chole
Ojciec- Daren
Siostra- Chelsea [*]
Zainteresowania: Uwielbia rysować, oraz słuchać muzyki. To są jego odskocznie od życia, w których pochłania się na co dzień. Miłośnik zwierząt, uwielbia je jak nikt inny. Zdolny? Można tak powiedzieć. Jest taką "złotą rączką", potrafi naprawić prawie wszystko, tak jak i zmontować. Ma wiele pomysłów na nowe "zabawki", jednak motywacja u niego siada. W życiu przeczytał dużo książek, lecz najbardziej lubi Horrory i postapokaliptyczne. Umie posługiwać się bronią palną, nauczył się w policji. I jest też jedna, dziwna rzecz, a mianowicie- lubi robić wianki...nie pasuje to do niego, nie? Ale tak właśnie lubi, cóż poradzić!
Inne:
Pracował w policji, ale uznał, że to nie dla niego więc się zwolnił
Ma wielkiego hopla na punkcie czekolady, którą potrafi wchłonąć w niecałe 3 minuty
Czasem zdarza mu się odlecieć do swojego idealnego, pięknego świata
Ma uczulenie na mandarynki
Jego obecnym zawodem jest "DownHill", robi to..zawodowo.Ale dorabia też jako barman w jednym z klubów w centrum miasta.
Posiada psa, który zwie się Fytch
Kontakt: LovePinto
Subskrybuj:
Posty (Atom)