Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Laurence. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Laurence. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 29 stycznia 2017

Od Laurencego C.D Ansela

Przetarłem twarz dłonią w głowie po raz kolejny analizując swój dzisiejszy sen. Siedząc w różowym pokoju czułem się jak w psychiatryku.
- Blanca czemu zgodziłaś się na taki beznadziejny kolor - pudrowy odcień bił po oczach gdy przyglądając się mu próbowałeś jakkolwiek złagodzić niepokojące myśli. Dziewczyna z zażenowaniem przewróciła oczami, a ja zdałem sobie sprawę, że na ten moment jest to mój najmniejszy problem. - Nie wiem co robić, ten idiota lgnie do niego i nie widzi co się dzieje. - dodałem gdy jej zirytowany wyraz twarzy przebił się przez moje myśli. - Słuchaj, próbowałem. To już nie jest mój problem jasne? - usiadłem na krawędzi łóżka próbując skupić spojrzenie na czymkolwiek innym niż doprowadzający mnie do szału różowy kolor, ale on był wszędzie...
Dosłownie.
- Nie możesz go tak zostawić... - zaczęła swój monolog.
- Nie mogę? Kto mi zabroni? - prychnąłem zażenowany obronną postawą dziewczyny.
- Nikt, ale nie rób z siebie pana mam wszystko w dupie i nie udawaj tak zakochanego w sobie. - wycedziła machając mi palcem wskazującym przed twarzą.
- Nawet nie próbuję - odparłem zirytowany takim obrotem spraw.
- Jeśli coś mi się stanie to będzie to Twoja wina. On nie poniesie za to żadnej odpowiedzialności. - mruknęła. Nie lubiłem tego, tego głosu rozsądku jakim dziewczyna próbowała być w moim życiu, co gorsza zawsze jej ulegałem.
Wbrew sobie podkreślam.
- Nie wiem nawet gdzie mogę ich znaleźć - wzruszyłem ramionami kładąc dłonie na swojej twarzy, spokojne oddechy, ani liczenie do dziesięciu nie pomogło wprawdzie w uspokojeniu myśli, ale uświadomiły mi, że odpowiedź mam tuż pod nosem.
- Patrzysz, ale nie widzisz... - szepnąłem do siebie gotów by w tym momencie poderwać się z miejsca i biec w jedyny punkt na całej ziemi, gdzie mogli teraz być.
- Co? - spytała rozkojarzona dziewczyna, do której widocznie dotarły moje słowa.
- Sherlock Holmes - rzuciłem w pośpiechu zrywając się z miejsca. Nie docierały już do mnie krzyki dziewczyny, a fakt, że mój sen był tak jak się spodziewałem - wyjątkowo realny.
Teraz również biegłem, biegłem niepewien tego czy zdążę, nie pewien tego, że przeze mnie nie dojdzie do tragedii.
Byłem na siebie zły, jednak nie dlatego, że całe zajście było z mojej winy - by do tego się przyznać czułem zbyt wielką dumę, byłem zły bo pozwoliłem komukolwiek w jakikolwiek sposób się do siebie zbliżyć.
Nie chodziło tu też o Noaha, a o to, że mur, który budowałem dookoła swojej ostoi powoli pękał, burząc przy tym spokój mojego ja.

***

Moje zmysły wariowały powodując, że czułem wszystko aż zbyt wyraźnie. Mówią, że strach potęguje doznania, więc musiałem być teraz wyjątkowo przerażony bo każdy podmuch wiatru uderzał we mnie z siłą tak wielką, że się cofałem. Nie miałem siły biec dalej, wszystko we mnie mówiło, żebym się zatrzymał i zawrócił bo nie warto.
Nie warto...
Nawet jeśli nie chłopak, to mój honor był tego wart i własna duma oraz wygórowane ego, odgoniły zdrowy rozsądek. Jeszcze dwie ulice dzieliły mnie od katastrofy.

*w tym samym czasie oczami Noaha*
- To chyba nie jest club, czy Ty coś planujesz? - z wypisanym na ustach pijackim uśmiechem Ansel zadawał mi pytania, na które nie chciałem odpowiadać. Chłopak był już dobrze wstawiony, na tyle, że nawet nie zorientował się w jak wielkim zagrożeniu się znalazł.
Nie trudno było przekabacić jego prosty umysł kiedy chłopak był trzeźwy, więc teraz stanowił dla mnie jeszcze mniejsze zagrożenie.
Mniejsze?
Raczej żadne.
Mój zepsuty do szpiku kości charakter dopuścił do siebie tą psychopatyczną, zazdrosną stronę. Tą, która miała zniszczyć tego pseudo "bad-boy'a"
- Jesteś żałosny - szepnąłem do siebie z nutą rozczarowania, naprawdę liczyłem na nieco większe wyzwanie. Pchanie chłopaka w oblicza porażki było po prostu nudne.
Byliśmy na miejscu, dach bloku na obrzeżach, był idealnym miejscem by uświadomić ludziom, że cudzych własności się nie dotyka. Może brzmi to niebezpiecznie...
Nie, zaraz to jest niebezpieczne i takie też ma być.
Zimne powietrze powoli wpływało na zmysły chłopaka, widziałem, że zaczęło docierać do niego w jak beznadziejnej sytuacji właśnie się znalazł.
- Czemu... Czemu tu jesteśmy? - jego głos rozbrzmiał goryczą, jakby zdawał sobie sprawę... Wolno dochodził do wniosku, że te bajki, które winowajca całego zajścia wpajał mu do głowy, wcale nie były pustymi słowami. - Ty...
Zaśmiałem się gorzko przerywając jego monolog.
- No, ja, ja. Ansel, słońce. Rodzicie Cię nie uczyli, że przyjaciół nie dobiera się po wyglądzie? Czekaj... Jak to było? Nie ocenia się książki po okładce.
- Nie rozumiem.
- Oh jasne, że nie rozumiesz. Jesteś głupi, gdybyś miał w swoim umyśle choć najmniejszy procent inteligencji to zauważyłbyś, że choć ze mnie książka byłaby wyjątkowo piękna, to spalona w środku - moja mowa w tej sytuacji była może trochę nie na miejscu, ale dobór słów szykowałem tak długo, że doprawdy... Nie mogłem się pohamować. - W Tobie zaś widzę kolorowe pisemko, który każdy wyrzuca co do kosza chwilę po przeczytaniu. W przeciwieństwie do tych badziewnych gazetek każda książka ma swojego właściciela. - chłopak, którego umysł powoli dochodził do siebie zaczął cofać się do drzwi wyjściowych gdzie czekała na niego pokaźnych rozmiarów obstawa. Dwoje mężczyzn skutecznie zagrodziło chłopakowi drogę zmuszając, by wysłuchał mnie do końca. - Książki to skarby, a swojego skarbu się nikomu nie oddaje Anselu. Chciałbym teraz zarzucić przyjazną anegdotką o tym jak to cenne jest życie i dać błyskotliwą radę na przyszłość, ale na Boga... Twojej przyszłości już nie ma - gorzki śmiech przesiąkł przez powietrze atakując skołatane nerwy drżącego ze strachu chłopaka. Jednak poza gorzkim śmiechem gęste powietrze przecięło coś jeszcze. Głos... Głos, który przecinał drogę między mną, a moim towarzyszem, głos, który atakował mnie na tyle boleśnie, że mój przytłumiony umysł nie zarejestrował jego właściciela.
- Noah, przyjacielu. W Twojej książce, należy zmienić zakończenie.

* Wracając do Laurka xd*
 Wchodząc przez okno staruszki mieszkającej na najwyższej kondygnacji budynku czułem się jakbym w owym Sherlocku naprawdę uczestniczył.
Czułem również strach, bo choć doskonale znałem Noaha i jego zamiłowanie do Angielskiego detektywa, nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że coś mi umknęło.
Obawy ulotniły się jednak gdy niski, ten typowo męski głos dotarł do moich uszu a dłonie zaczepiły o krawędź dachu.
Wyzwaniem było się po nim wspiąć.
Dziurawiąc sobie przy tym koszule i spodnie *nie wspomnę o zgubionym bucie* wdrapałem się na miejsce zbrodni.
Cofnij.
Miejsce niedoszłej zbrodni.
Z dumą napawałem się chwilą szoku na twarzy Noaha, tak. Wyraz jego twarzy był wart zachodu o życie chłopaka.
- Zakończenie? - prychnął szukając w głowie rozwiązania z nieoczekiwanego zwrotu akcji. - Będzie takie jakiego oczekiwałem. Spektakularne... - na te słowa, jak na szyfr dwójka mężczyzn zaatakowała chłopaka powalając go na ziemię niczym lalkę.
Pod wpływem alkoholu nie miał jak się bronić.
Nie musiał...
Mój głośny śmiech rozkojarzył wszystkich obecnych. Naprawdę długą chwilę zajęło myślenie co jest jego powodem. W drzwiach bowiem, ze szczotką w ręku stał nie kto inny, a babcia, która chwilę temu wypuszczała mnie przez otwarte okno. Wyraz jej twarzy i postawa przystrojona w luźną sukienkę w kwiatki sprawiła, że sytuacja nabrała komizmu.
- Wezwałam policję chuligani! Wiedziałam, że nie jesteś z elektryki! - uderzyłem z otwartej dłoni w czoło czując się tak, jakby Bóg właśnie sparodiował całe moje życie.
Koniec końców podziałało, a ja zostałem sam na sam z chłopakiem, którego darzyłem tak szczerą nienawiścią, że sam chciałem dokończyć dzieła, jakie rozpoczął uciekający przed policją Noah. Staliśmy w lesie za miejscem zdarzenia niepewni, czy odpowiednim jest się z tego śmiać.
- Czy to się stało naprawdę? - głos chłopaka sprawił, że natychmiast spoważniałem mierząc go ostrym spojrzeniem.
- Ciebie to bawi? - uniosłem do góry jedną brew, pełen urazy. - Mam nadzieję, że ten Twój pusty łeb da radę przyswoić sobie jedną rzecz. Słowami Noaha, nie ocenia się książki po okładce - zmęczony chłopak wpatrywał się we mnie dłuższą chwilę, nim sam postanowiłem odejść zostawiając go na pastwę własnych problemów.
Noah nie odpuści.
Będzie chciał dokończyć to co zaczął.


Ansel?
Wybacz zakończenie, ale kiedy przyszło mi do głowy zaczęłam się śmiać i choć nie ma w nim nic zabawnego musiałam go użyć.

ps. jeśli nie masz pomysłu na dalszą część, polecam porwanie. Ale to tylko sugestia żebym dogodziła sama sobie xD

czwartek, 5 stycznia 2017

Od Laurencego c.d Ansela

Słowa chłopaka zabolały mnie bardziej niż się tego spodziewałem. Podniosłem z siemi torbę, która jakby pod wpływem szoku zsunęła się z mojego ramienia. Czarny przedmiot wydawał się cięższy niż zwykle. Mimo płynącego czasu stałem jak wryty na środku korytarza i jedynym na co było mnie stać było przysłuchiwanie się dawno rozpoczętym lekcjom. Mimo wszystko zebrałem w sobie dośc siły by powłóczyć nogami do odpowiednie klasy.
Co prawda, spóźniłem się zaledwie piętnaście minut, tyle jednak wystarczyło bym przez kolejnych dziesięć wysłuchwiał wykładu z serii "jaki nieodpowiedzialny z Ciebie uczeń". Każda głowa zwrócona była w moją strone gdy wbijałem w deski ciężkie buty. Jakby ważyły setki kilogramów zdawały mi się wtapiać w drewno przez co każdy kolejny krok był znacznie donośniejszy. Upadłem z ogromną ulgą na krzesło, regulując ciężar ciała. Godzina wychowawcza, idealny czas bym mógł w spokoju oddac się myślom.  Wiedziałem jak to będzie wyglądać, Noah go nie zostawi, zawsze tak było... Jednak to już nie był mój problem, nie mogłem całego śiwata chronić przed złym wpływem blondyna.
- Bentley! Cholera ocknij się! - podniesiony głos wyrwał mnie z zamyślenia na tyle gwałtownie, że poderwałem się z zajmowanego miejsca uderzając głową w otwarte okno. Drewno wbiło się w moją skórę powodując, że lepka maź oblepiła mi włosy, a rozmazany widok na klasę był ostatnim co zapamiętałem.
***
Ból i uczucie suchości rozsadzało mi gardło. Głowa pulsowała od samego czubka do karku przez co chciało mi sie wymiotować. Uniosłem do głowy swoją dłoń jednak zamiast z miękkimi włosami, moje palce zetknęły się z szorstkim materiałem bandaża.
- Nic Ci nie jest? Nieźle odleciałeś - dopiero teraz zdałem sobie sprawę,że przez cały czas miałem zamknięte oczy. Uchylenie powiek przypominało mi uczucie wbijania igły w spojówki, mogłem jednak dzięki temu zidentyfikować rozmówcę. Szczupła, wysportowana figura, długie blond włosy spływały falami po plecach dodając nieco dziecinności kobiecej figurze. Zielone oczy otoczone milionem długich rzęs. Pełne usta w malinowym kolorze i lekko zarumienione policzki. Blanca była jedną z tych dziewczyn, które uwagę chłopców przyciągały tym, że po prostu były. Miałem te szczęście, że to właśnie mnie uważała za przyjaciela i jako jedyna poznała się na Noahu. Także widziałem w niej swoją przyjaciółke, ale to było bez znaczenia, nie chciałem jej tego okazać.
- To Noah prawda? Ten mowy? - pytanie co prawda padło, ale nie wymagało odpowiedzi.
- Ansel nie wie w co się pakuje. Nie wiem czemu Noah ma taką obsesję, ale skrzywdzi go tylko dlatego,że widział nas razem
- Jesteś pierwszą i jedyną sprawą, rzeczą, którą Noah chciał i nigdy jej nie zdobył. Zresztą, co Cię to obchodzi to tylko naiwny idiota. Rodzice Noaha są wysoko postawieni dlatego nikt nic mu nie może zrobić. A szkoła? Nie mamy żadnych dowodów, nie wyrzucą go po to się Tobie podoba - szepnęła kładąc dłoń na moim ramieniu.
- Dzięki, za uświadomienie mi jak beznadziejne jest moje życie - odparłem sarkastycznie, odwracając głowę w stronę ściany.
- Chodzi mi o to - zaczęła siadając na brzegu łóżka w gabinecie pielęgniarki - Że jeśli Ansel sam nie zrozumie jaki jest Noah, a na Boga sama nie wiem jak mnie się to udało to Ty sam tego nie zatrzymasz. - połozyła tym razem swoją dłoń na mojej tak, że mogłem dokładnie przyjrzeć się jej kościstym palcom. Przyszło mi teraz na myśl, że zawsze lubiła się głodzić.
- Ty wiesz, że on jest w stanie zabić - zamknąłem oczy, próbując zebrać rozbiegane myśli.
- Wtedy go powstrzymamy.
- Nie. Nie ma my, ty nie będziesz się w to mieszała - warknąłem ostro. Przeze mnie i tak zbyt wiele wycierpiała, nie lubiłem jej za to, że przy mnie była, mimo, że tyle razy dawałem jej do zrozumienia, mimo, że dawałem jej wiele powodów do bólu. Chcąc przerwać tę beznadziejną rozmowę spróbowałem podnieść się z miejsca. W głowie zakręciło mi się na tyle mocno, że głośny szum zagłuszył wszelkie inne zmysły. Wypuściłem cicho powietrze z płuc i zerknąłem na dziewczynę, jej zatroskany wyraz twarzy nieco mnie zirytował.
- Daj mi już spokój - szepnąłem. Chciałem zostać sam. Chciałem by WSZYSCY dali mi święty spokój.
- Laurence... - zaczęła, ponownie chwytając mnie za ramię. Delikatnie odtrąciłem jej dłoń, nie odwracając się już za siebie. To było zbyt wiele, złość, która buzowała w moich żyłach bolała zbyt dosłownie. Jakby agresja rozrywała moje ciało. Wpadłem do pokoju łapiąc za pierwszą rzecz jaka znajdowała się na moim biurku. Mała lampka z głośnym hukiem zderzyła się razem ze ścianą.
- Od kiedy wyżywasz się na przedmiotach? Nie wolisz ludzi? Łatwiej ich stłuc niż tę lampkę - ten przepełniony obojętnością głos mógł należeć tylko do jednej osoby. Zacisnąłem usta w cienką linię zbierając w sobie siły by stanąć oko w oko ze swoim największym koszmarem. Uśmiech wypisany na twarzy blondyna jakby mnie spoliczkował.
- Czego Ty chcesz? Czemu znowu to robisz? Czemu nie możesz dać mi spokoju? - pytania wylewały się ze mnie wraz z wściekłością.
- Laurek, nikt w Twoim życiu nie zajmie mojego miejsca, rozumiesz? - chłopak zamkną drzwi wolną dłonią, drugą ciągle trzymając w kieszeni. - Nie każ mi być zazdrosny - trzy kroki jasnookiego w moją stronę wystarczyły by zlikwidować dzielącą nas odległość, a paraliżujący strach zachamował potok słów. Chłopak błyskawicznie objąłe mnie wokół szyi i przycisnął swoje wargi do moich, pchając w stronę łóżka. Zapach jego perfum, jego skóry, pasty do zębów wszystko zmieszało się w jedną obrzydliwą całość. Ułożyłem dłonie na klatce piersiowej chłopaka, za wszelką cenę go od siebie odpychając. Obrzydzenie jakie do niego czułem sprawiło, że chciało mi się płakać.
- Odpierdol się ode mnie! - krzyknąłem, kiedy wyższy poluźnił uścisk i dał mi możliwość złapania oddechu.
- Mieliśmy umowę Laurence. Złamałeś ją - chłopak delikatnie przesunął palcami wzdłuż linii mojej szczęki - Nie oczekuj ode mnie, że i ja będę uczciwy. - szepnął jeszcze nim opuścił mój pokój z trzaskiem. Mnie natomiast ogarnął spokój, nie czułem złości, nie chciałem go udusić, nie miałem tej szalonej ochoty by rozwalić swój pokój, a potem cały świat. Niesiony jedynie bólem głowy, położyłem się do łóżka, zamykając spuchnięte oczy.
Było ich w sumie siedmiu, dwóch w środku i pięciu po bokach. Szcześciu z nich ubranych na czarno, ostatni miał zwykłe dresy i adidasy, jakby byl tu przypadkiem, chociaż doskonale wiedziałem co tam robił. Każdy z nich trzymał coś w ręku, byłem jednak zbyt daleko by dostrzec całą sytuację. Słyszałem aż zbyt wyraźnie za to ich krzyki. Wyzwysika i słowa pełne nienawiści przedzierały powietrze, jednak żadne nie padło ze strony tego "innego". Aż zbyt dobrze czułem jego strach.
- Sądziłeś, że to było naprawdę, że mógłbym poczuć  cokolwiek do kogoś takiego jak Ty? Przez tyle lat skutecznie zwalczałem tych co stali mi na drodze do niego, jedna głupia suka weszła mi w drogę, ale Ty? Sądziłem, że będę miał więcej zabawy, próbując zdobyć Twoje zaufanie. - chłopaka głos brzmiał kpiąco, niemal boleśnie. Spacerem robił coraz to większe koła wokół chłopaka, przeżucając sobie z ręki do ręki ostre narzędzie. Chciałem coś zrobić, widziałem siebie jak biegnę, ale jestem daleko. Nie wiedziałem czy zdążę, jednak nie dane mi było się dowiedzieć bo obraz z wolna się rozmazywał....
Zerwałem się z łóżka łapiąc gwałtowne hausty powietrza. Cud, że nie utopiłem się we własnym pocie, ponieważ cały mokry wstałem z łóżka. Wolno docierał do mnie realizm sytuacji, był zwykły sobotni poranek, na dworze pruszył śnieg, wiał lekki wiatr, a akademia powoli budziła się do życia. To jednak wcale mnie nie uspokoiło. Wiedziałem, jak często miewam sny prorocze i oddałbym wiele by to nie był jeden z nich.
By Noah nie skrzywdził kolejnej osoby.

Ansel?
Wybacz ale nadal z telefonu

sobota, 31 grudnia 2016

Od Laurencego c.d Ansela

Chłopak nie wydawał się taki najgorszy, jak oceniłem go na początku. Może umiał stwarzac pozory, ale pierwszy raz spotkałem kogoś kto nie czerpał z tego radości. Tytuł bycia "tym nowym" w Paresscot był czymś naprawdę  imponującym. Wtedy byłeś na ustach wszystkich, nawet nauczycieli. Każdy miał na Twój temat wyrobione zdanie, chociaż pierwszy raz widzieli Cię kilka godzin temu.
Odetchnąłem cicho, odrywając się od rozmyślań na temat "tego nowego" nie chciałem utożsamiać się z resztą tej pospolitej (nie)inteligencji. Zwróciłem wzrok ku górze, wlepiając spojrzenie w punkt za oknem. Biały pył oblepiał szyby, uniemożliwiając ciekawskim, obserwowanie świata na zewnątrz. Zniechęcony odwróciłem spojrzenie w stronę reszty uczniów, spokojnie mogłem  przysłuchiwać się ich rozmowom,  zastanawiałem się czemu się ich nie wstydzą, czemu nie boja się, że nie każdemu spodoba się to co usłyszą, a bądźmy szczerzy cicho oni nie byli. Kilkoro z nich wymieniło ze mną przyjazne "hej", niestety na żadne nie odpowiedziałem, nie wiedziałem nawet kim byli.
To kolejna rzecz, która,  nie dało się ukryć wyjatkowo mnie bawiła. "Popularność" każdy chciał ją zdobyć, ale nie każdy na nią zasłużył.
Bynajmniej była ona bardzo prosta, jeśli Ty miałeś wszystko gdzieś, innych interesowało to coraz bardziej. Lgnęli do Ciebie chcąc znaleźć w Tobie przyjaciela, im bardziej ich odtrącałeś tym mocniej tego pragnęli. Dlatego właśnie nie zaskoczyło mnie, gdy zwracając wzrok na Ansela dostrzegłem również wianuszek jego wiernych fanów. Nawet było mi go szkoda, było mi szkoda każdego kto wepcha się w tę maskaradę. Przewróciłem oczami czekając, aż ciemnowłosy odwzajemni moje spojrzenie chwilę potem skinąłem głową w jego stronę dając do zrozumienia by tu przyszedł, obserwowałem jak przeciska się przez gapiów by usiąść po mojej prawej stronie.
- Znudziło Ci się bycie najsławniejszym uczniem w szkole? - zaśmiałem się chłodno, odwracając od niego wzrok. Nie chciałem z nim rozmawiać, nie, żeby mi nie pasował po prostu rozmowa prowadzi do spotkań, spotkania do znajomości, znajomości do przyjaźni, przyjaźń do zobowiązań, zobowiązania do wyrzeczeń, wyrzeczenia do smutku. I idąc za ową reakcją łańcuchową łatwo było wysunąć wniosek, że nie chciałem przyjaciół.
- To chyba funkcja nie ma dla mnie - mruknął, grzebiąc jedzeniem w talerzu.
- Masz sporą konkurecję - przesuwałem palcami po marmurowym blacie co jakiś czas zerkając w stronę stolika, przy którym siedział Noah. Nie tylko ja się mu przyglądałem, nic dziwnego. Blond włosy, postawione do góry, pobielane na końcówkach idealnie komponowały się z czystą i oliwkową cerą. Ubrania, które nosił skórzana kurtka, biała koszulka, czarne spodnie i glany również wyglądały jakby były dla niego stworzone. Nic więc dziwnego, że każdy doszukiwał się w chłopaku prawdziwego ideału. We mnie budził jedynie odrazę i *niestety* strach. Zdenerowany odwróciłem wzrok kiedy tylko go odwzajemnił.
- Żyjesz? - Ansel szturchnął mnie dotkliwie w ramię przez co zacząłem gromić go spojrzeniem.
- Zamyśliłem się... Sorry muszę iść - mruknąłem wymijająco po czym podniosłem się z miejsca i opuściłem stołówkę.
Droga, raczej bieg do mojego pokoju dłużyła się w nieskończoność każdy pojawiający się przede mną korytarz był tym dodatkowym by wydłużyć mi drogę do jedynego bezpiecznego miejsca. Wpadając do miejsca, w którym mieszkałem poczułem się jakbym właśnie znalazł się w perfekcyjnym azylu, ale przerażające myśli nie odeszły. Nadal gnębiony złym samopoczuciem wkopałem się pod łóżko czekając na swój jedyny ratunek - sen. Nie miałem zamiaru wracać na zajęcia, nie po tym wszystkim. Byłem na siebie zły, że pozwoliłem sobie na rozmowę z chłopakiem, zły, że poraz kolejny zwróciłem uwagę na Noaha, zły, że Noah zawsze będzie tym cholernym psychopatą, zły, że nikt inny tego nie dostrzegał.  Przesunąłem palcami po twarzy by po chwili oddać się objęciom Morfeusza.
Obudziłem się chwilę przed północą, mocne światło księżyca przebijało się przez cienką zasłone wdzierając do pokoju. Pełnia przybrała swój typowy niemal biały kolor rozjaśniając cały pokój tak, że mogłem śmiało wziąć książkę i czytać. Zsunąłem z łóżka bose stopy, które zdrętwiały po zetknięciu z ziemią i korzystając z tego, że jestem wciąż ubrany złapałem swoją moro kurtkę i opuściłem pokój. Ciężko było przebrnąć po ciemnku przez szkolne korytarze, te, do których nie docierało światło księżyca. Wysunąłem do przodu odrętwiałe dłonie by żadną inną częścią ciała nie uderzyć w niepożądany mebel. Minuty mijały, a ja w końcu dotarłem do głównego korytarza, księżyc oświetlał jego centrum rozprzestrzeniając się na boki, tak, że wyjście było ledwo widoczne. Doczłapalem do dużych, brązowych drzwi prowadzących do archiwum jak i samej uczelni. Podszedłem do murowanych, szarych schodów przyglądając się przez krtóką chwilę ich spękaniom, przysiadłem na najwyższym stopniu wpatrując się w ciemność, koniecznie musiałem ochłonąć. Przejechałem dłonią po włosach, gorączkowo szukając rozwiązania z tego bagna, przez które moje życie staczało się coraz bardziej. To było żenujące, przez tyle lat budowałem swoją pewność siebie, tak by nic mnie nie złamało, bym teraz poddał się z powodu jesteś jednej osoby.
- Wszystko gra? - uniosłem wzrok znad odpalonego chwilę temu papierosa i ciśnienie natychmiast mi skoczyło.
- Czemu się do mnie przyjebałeś? - mruknąłem zniżając swój głos do jednego tonu niżej. Wyraźnie zaskoczony zrobił krok do tyłu średnio wiedząc jak na to zareagować. - Słuchaj, to nie tak, że Cię nie lubię, ale jeśli szukasz towarzystwa to nie jestem odpowiednią osobą, Noah też nią nie jest - wyrzuciłem papierosa za barierkę i wróciłem do szkoły. Wiedziałem, że on nie szuka we mnie przyjaciela, nie wyglądał na takiego co chciał się przyjaźnić, ale ja nie chciałem z nim rozmawiać więc śmiało mogliśmy pójść na taki układ.
*Oczami Noaha*
Ten chłopak nie wiedział w co się wpakował, jednak ja wiedziałem jak to wykorzystać, na pewno mu nie odpuszczę. Nie pozwolę na to ani jemu, ani Laurkowi. Zdobycie informacji o tożsamości chłopaka było aż zbyt proste, ta magia wyglądu. Wiedzialem co robi, a jego obserwowanie też nie było zbyt wielkim problemem. Wiedziałem też, że na zewnątrz wyjdzie razem z Laurence, który obrażając chłopaka wyjątkowo ułatwił mi zadanie. Wyszedłem ze szkoły chwilę po tym jak blondyn z impetem trzasnął drziwami. Chłopak siedział na schodach jakby nieco zdezorientowany, cóż nie tylko on przeliczył się co do tożsamości Bentley'a.
- Hej, to Ty - uśmiechnąłem się, zajmując miejsce obok - głośno o Tobie w szkole - zaśmiałem się cicho poprawiając skórzaną kurtkę.
Musiał mi tylko zaufać.
Ansel? Wybacz pisane na telefonie xd

środa, 28 grudnia 2016

Od Laurence'a do Ansela

Stałem tam zażenowany obecnością niechcianego chłopaka w moim pokoju.
- Nie, chyba nie Twój - zauważyłem, podkreślając przy tym jego błyskotliwość - Mogę Ci jakoś pomóc? - wyraźnie zmęczony, potarł grzbiet nosa dwoma palcami. Przewróciłem oczami w geście irytacji i sam zacząłem zmierzać w stronę wyjścia. - Choć, zaprowadzę Cię. - mruknąłem cicho wychodząć na zewnątrz. Otoczony mrokiem korytarz zmusił mnie do wytężenia wzroku nim ten przyzywczai się do ciemności. - Jaki masz numer pokoju? - spytałem odwracając się w stronę milczącego do tej pory chłopaka.
- Dziewiętnaście - mruknął.
- Jesteś nowy, prawda? Niewielu ośmiela się przekroczyć próg mojego pokoju - zaśmiałem się cicho, ironizując naszą rozmowę. Niestety odzew był zupełnie inny. Chłopak westchnął ledwosłyszalnie dalej za mną pełznąc. Podprowadziłem go pod drzwi przypisanego chłopakowi pokoju.
- Ansel - wyciągnął dłoń w moją stronę jakby właśnie odnalazł w sobie siłę do nawiązania kontaktu.
- Laurence - odparłem chłodno. Cóż, ani jego ani moje imię nie należało do tych popularnych. Pomijając jakiekolwiek inne grzeczności odwróciłem się na pięcie i ruszyłem w strone swojego pokoju. Światło przedostające się przez szparę w drzwiach zasugerowało mi, że ktoś właśnie postanowił mnie odwiedzić. Pewien tożsamości jegomościa zamknąłem za sobą drzwi gotów na spotkanie.
- Chyba powinienem nauczyć się je zamykać - posłałem sam sobie cieply uśmiech. Chłopak leżał na łóżku, zupełnie nie przejął moją obecnością. Jego jasne włosy rozpłynęły się na poduszce gdy zwrócił na mnie znudzone spojrzenie.
- Kto to? - spytał niewzruszonym tonem. Cather nie należał do osób, które bawią się w tak zwanego "kotka i myszkę".
- Nikt - mruknąłem. Czasem mam wrażenie, że chciałbym być taki jak on. Wyzuty z emocji, plujący jadem, w pewnym stopniu do tego właśnie dołżyłem, ale wciąż byłem zbyt słaby.
- Mam nadzieję - odparł dmuchając na swoje czoło by i reszta włosów odczepiła się od jego nieskazitelnie czystej cery. Mimo to, nie czekając na rozwinięcie rozmownięcie rozmowy wstał i podszedł do drzwi.
- Zamknij za sobą - rzuciłem, głos przedarł się przez moje lewe ramię i jakby w zwolnionym tempie dotarł do blondyna.
- Do zobaczenia - uśmieszek, który zaigrał na jego twarzy widziałem nawet stojąc do niego tyłem. Te lekko spękane, różowe usta lekko unoszące się do góry. Nie czekając aż wyjdzie poszedłem od razu do łazienki. Nie miałem ochoty o tym rozmawiać, o przeszłości, w której byłem tak bardzo głupi, tylko dlatego, że mu zaufałem. Zbliżając się do lustra niemal bałem się w nie spojrzeć, nie chciałem wiedzieć jakie przejęcie okazałem chłopakowi, nie chciałem widzieć u siebie tego strachu i bólu.
- Ogarnij się - szepnąłem, licząc, że rozmowa z samym sobą jakoś mnie uspokoi. Ten paradoks, mimo, że należałem do dość popularnych osób w szkole, tak naprawdę nie miałem teraz do kogo pójść. Czy jednak w ogóle chciałem?
Nie.
Nie było mi to do niczego potrzebne. Zresztą, i tak mi nie pomogą. Ci ludzie, oni... Potrfią tylko gardzić i choć sam byłem dokładnie taki, nie było sensu wśród takich przebywać. Odpuszczając sobie rozmyślania zdjąłem ubranie i wszedłem pod prysznic licząc, że woda ugasi nerwy, które wyjątkowo słabo dziś ukrywałem. Pozwoliłem spłukać z siebie cały brud, wszystkie złe emocje, czułem jak gorąca kąpiel koi spięte ciało, jednak wszystko co dobre kiedyś się kończy i gdy przyzwyczaiłem swój organizm do gorącej temperatury założyłem podkoszulek i bokserki by następnie wskoczyć do miękkiego i ciepłego łóżka.
***
Następny dzień zaczął się znacznie lepiej. Obudzony przez wdzierające się do mojego pokoju promienie słonecznie nie ociągałem się zbyt długo. Wyciągnąłem z szafy białą koszulę, czarne spodnie by za chwilę na szkolnym korytarzu zawiązywać buty, gotów do szkoły.
Nie, że miałem ochotę spędzać dzisiejszy dzień z jakąkolwiek empatią wobec świata, po prostu chciałem go jak najszybciej skończyć. Zgarnąłem torbę i ruszyłem przez korytarz wraz z innymi rannymi ptaszkami, którzy zapragnęli zacząć wcześnie dzień. Stołówkę ominąłem szerokim łukiem by natychmiast skoczyć do sali lekcyjnej. Historia była jedynym przedmiotem, do którego nauka sprawiała mi przyjemność, zawsze przygotowany na lekcje lubiłem odwiedzać swojego nauczyciela nieco wcześniej. Nigdy nie mieliśmy dobrych relacji, zawsze wdawałem się z nim w niepotrzebne konflikty. Jednak to był właśnie ten rozmówca, który w jakiś sposób wydawał się być inteligentny. Zawsze gdy przychodziłem, opowiadał mi historię, których nie znałem nigdy wcześniej, poniekąd czułem się jakby wprowadzał mnie do innego, lepszego świata. Tym jednak razem w sali lekcyjnej nie zastałem nauczyciela, a chłopaka co pare godzin temu postanowił odwiedzić mój pokój.
- Jeteś fanatykiem historii czy nuda? - spytałem zajmując miejsce na ostatniej ławce od ściany. Wyciągnąłem nogi przed siebie spoglądając na punkt ponad nauczycielskim biurkiem.
- Bałem się, że pomylę sale lekcyjne - z jego gardła wydobył się jakby nie do końca szczery śmiech, przerwany przez wchodzących do klasy innych uczniów.
Niecałą minutę później po szkole rozniósł się przyjemny dźwięk sugerujący, że pora zacząć lekcję. Z korytarza ddało się słyszeć kroki nauczycieli, z wątpliwym zapałem podążających do klas gdy i w naszej pojawił sie nauczyciel.
- Widzę, że nasz nowy kolega zdążył się odnaleźć - stwierdził, gdy wytłumaczył, że chłopaka bardzo długo oczekiwał pod pokojem nauczycielskim - W takim razie cieszę się, że udało Ci się zaklimatyzować.
- Właściwie ledwo trafiłem do tej klasy - mruknął chłopak, wpatrywał się za okno obojętny na słowa nauczyciela, nie przejmujący się ciekawskimi spojrzeniami innych uczniów, którzy oczekiwali sensacji nowego. Oczywiście następnego zdania byłem aż zbyt pewien.
- Mam nadzieję, że pan Bentley szybko oprowadzi Cię po szkole.

Ansel?
Wybacz ale chcę to jakoś zacząć i nie mam pojęcia jak wprowadzić xd

poniedziałek, 31 października 2016

Od Laurence'go C.D Devona

Wściekłość... Przeszywające uczucie, które szarpie Twój organizm. Rani go, drapie, a Ty nad tym nie panujesz. Szalejesz z bólu gotów roznieść wszystko co wpadnie w Twoje dygoczące z nerwów dłonie. Jesteś jak bomba, która wybucha i przynosi kataklizm... Wiesz, że to co robisz jest złe, wiesz, że będzie to miało tragiczne konsekwencje. 
Nie umiesz tego kontrolować....

Po raz kolejny kopnąłem w ścianę tym razem w końcu robiąc w niej pęknięcie. Mała pajęczyna rozbiegła się po niewielkim skrawku ściany okaleczając ją. Przeszło mi przez myśl, że nałożenie na nią plasterka, wcale nie naprawi szkody.
Jest jak ludzkie serce...
Wytrzymuje do czasu, pęknięte jednak już się nie naprawi...
Odwróciłem się na pięcie tyłem do łóżka, na które bezwładnie opadłem. Po mojej klatce piersiowej rozszedł się przykry ból, który uświadomił mi, że to co się dzieje nie jest takie jak być powinno.
- Nie mogę być taki - szepnąłem sam do siebie. To dziwne, zawsze radziłem sobie z emocjami naprawdę dobrze. Umiałem je kontrolować, zdusić... A teraz?
Wybuchnąłem... 
Zagryzłem boleśnie dolną wargę, zbierając się w sobie. To był pierwszy i ostatni raz kiedy pozwoliłem sobie na okazywanie tak silnych i tragicznych w skutkach emocji. Nie obchodziło mnie zażenowanie nauczyciela, który zawsze pokładał we mnie ogromne nadzieje, nie ruszała mnie opinia tego idioty, który nie ma pojęcia na co się porwał. Teraz liczył się dla mnie tylko fakt mojej własnej głupoty. To jak zachowałem się tego dnia zdawało mi się kompletnie nierzeczywiste, nierealne, złe.
Rozmyślania, które niemal rozsadziły mój umysł przerwał dźwięk telefonu, a raczej alarmu, mówiącego o tym, że mam się stawić do ogródka gdzie wraz z panią Sylvią miałem zajmować się kwiatami.
Zaśmiałem się w myślach, rozmowa z nią mogła być dla mnie o tyle ciekawe, że doskonale wiedziałem o jej retorycznych umiejętnościach. Będzie starała się przemówić mi do rozumu, pokazując, że wcale nie jestem taki zły za jakiego się uważam.
Gadanie...
Wcale nie uważam się za złego.
Ten świat uważam za zły.
Zsunąłem się z niewygodnego łóżka i trzaskając drzwiami opuściłem swój pokój by nogi same poprowadziły mnie do wyjścia.
Sam szkolny ogród nie był szczególnie daleko, biorąc pod uwagę, że kwiaty często obserwowałem z okna swojego pokoju, przez co droga tam zdawała mi się jeszcze prostsza.
Oczywiście nie był dla mnie zaskoczeniem fakt, że czekała tam na mnie wysoka blondynka ubrana w ogrodniczki i białą koszulkę. Zaskakująco atrakcyjnie wyglądała również w tak zwyczajnym stroju, ciekaw byłem gdzie dyrektor znalazł tak wspaniałych nauczycieli jak Ci w naszej szkole.
Rzadko miałem o kimś dobre zdanie, jednak ich inteligencja i takt wciąż zaskakiwał mnie na nowo
- Cześć Gabriel, jednak się nie spóźniłeś - przywitała się ze mną jak z kolegą obdarzając mnie przy tym promiennym uśmiechem.
- Nigdy się nie spóźniam - odpowiedziałem jej próbując zachować chłodny, poniekąd nonszalancki wyraz twarzy.
- Co my się z Tobą mamy - westchnęła z przekąsem rzucając mi zirytowane i rozbawione spojrzenie.  Kobieta podała mi rękawice i nożyczki, gdy mój wzrok przykuł przemykający obok cień.
- Muszę do toalety - mruknąłem. Niewiele myśląc rzuciłem wszystko i popędziłem za szkołę gdzie wspomniany cień dążył.
Dobrze wiedziałem, kto się za tym krył.
Wybiegając za grube, chroniące mnie mury, ujrzałem dwie sylwetki. W obu z nich rozpoznałem osoby sprzed dwóch dni, z tym, że jedna z nich wcale nie należała do byłego więźnia, a do chłopaka, który bezczelnie wystawił mnie wtedy w lesie.
- Mów, gdzie on jest! - wrzeszczał średniego wzrostu brunet, trzymając za kaptur o prawie głowę wyższego chłopaka.
Jak mu tam...
Devona.
Czyli jednak oni też go widzieli.
No proszę...
Kąciki moich ust same uniosły się w górę z zadowoleniem przyglądając się takiemu obrotowi spraw. Nawet nie musiałem brudzić sobie rączek. Spojrzałem na mężczyznę, który z dziwną łatwością wymierzył chłopakowi pierwszą pięść.
Wtedy jakby wraz z podmuchem wiatru wstąpiła we mnie ta ludzka strona, która niestety zachowała jeszcze resztki sumienia.
Uświadomiła mi ona, że w tym momencie ktoś cierpi za moje błędy przeszłości. Natchniony własną głupotą ruszyłem przed siebie prosto w paszczę lwa...
- Te, to chyba nie jego szukasz - wycedziłem przez zęby podchodząc do niższego bruneta. Jego oczy iskrzyły, piorunowały mnie. Jakby pragną zabić samym wzrokiem.
Bo... Pewnie tak było.
Jak na zawołanie puścił swoją dotychczasową ofiarę skupiając swoje brudne łapska tylko na mnie. Zbyt skupiony na mężczyźnie nie wiedziałem nawet czy się nam przyglądał czy dawno sobie poszedł.
Zapewne wszystko potoczyłoby się jeszcze gorzej gdyby nie nawoływanie Sylvii, która musiała zorientować się, że wcale nie ma mnie w toalecie. Przestraszony oprawca zerwał się na równe nogi i ile w nich miał sił zaczął uciekać przed siebie.
- Kto to... - zaczął wyższy ciemno włosy na co przerwałem mu machnięciem ręki.
- Nikt. Nie interesuj się i zapomnij o tym co widziałeś. Teraz spadaj zanim dostaniesz ode mnie za to co zrobiłeś wczoraj - wysyczałem do niego przyjmując bojową postawę i z zachowaniem typowego dla siebie honoru, odwróciłem się od chłopaka i odszedłem by szybciej stracić z oczu i wymazać z pamięci jego twarz... Choć pewnie oni go tak nie zostawią.
Przede mną długi dzień pracy...

Devon?
Nie mam weny jakoś. Wybacz.

niedziela, 30 października 2016

Od Laurence'go C.D Devona

W głowie ludzi czasem pojawia się myśli... Wniosek, nic szczególnego zwykły, cichutki głosik, który większość z nas z reguły ignoruje. Puste słowa, które mówią nam, że życie trzeba zmienić, że nie wszystko powinno być takim jak jest teraz. Ta jedna myśl potrafi zawrócić nam w głowie, odmienić nasze życie bez względu na to czy jej posłuchaliśmy...
Czasem jest naszym ratunkiem...
Bywa zatraceniem... 
Odkrywanie tej formy przynależności do świata jest jak stąpanie po cienkim lodzie, nie wiadomo kiedy pęknie by zabić w nas wszystkie idee, plany, marzenia by zniszczyć nasze człowieczeństwo i doprowadzić naszą psychikę na skraj urwiska...
Pytanie tylko czy damy radę się cofnąć?
Czy może bezwładnie rzucimy się w jego przepaść?
Czy w ogóle wejdziemy na tą kruchą przestrzeń?

Biegłem, tak szybko jak tylko pozwalał mi na to mój organizm gnałem przez nieprzemierzone przez nikogo lasy, poznawałem nowe ścieżki między drzewami, których nie odkryła jeszcze żadna ludzka noga.
Teraz naprawdę chciałem się zgubić... Bo kto mnie odnajdzie, jeśli ja sam tego nie zrobię? Gdybym mógł zakopać się pod ziemię, może właśnie popijałbym herbatę z glizdami siedząc na samym jądrze ziemi. Z każdym krokiem mój oddech stawał się szybszy, serce waliło jeszcze mocniej, a mózg pracował na najwyższych obrotach.
Bo przecież musiałem uważać, żeby nie przywalić w drzewo.
Dobiegając do sporych rozmiarów góry, wbiegłem na jej szczyt. Ze spokojem rozejrzałem się dookoła szukając dalszej drogi ucieczki. Raczej jakiegokolwiek pomysłu na nią bo dłuższy bieg pewnie kompletnie mnie wykończy. Zeskoczyłem z sporych rozmiarów drewnianego pnia, próbując gwałtownie złapać równowagę, w efekcie czego potknąłem się o nieproszoną gałąź i robiąc trzy przewroty w przód wylądowałem w krzakach, które dotkliwie zraniły moje ubrania, drapiąc ciało i twarz.
- Kurwa - zakląłem mocno przeciągając literę "a", tak. Zdecydowanie powinienem ochłonąć. To nic takiego po prostu pięciu napakowanych kolesi chce mojej śmierci lub kasy, której też nie mam.
Dam radę...
Z nadzieją, która zaatakowała moje myśli, przejechałem dłonią po włosach wolną ręką otrzepując brudne i tak ubrania. Szkoda, że do pozytywnych wniosków doszedłem teraz, kiedy kompletnie nie znałem drogi powrotnej.
Chyba tylko cud uratuje mnie z tego gówna.
Jednak tak jest zawsze kiedy człowiek gubi się w racjonalnym myśleniu. Przysiadłem na ziemi wsłuchując się w otaczającą przyrodę tak, jakbym to właśnie w szumie liści doszukiwał się odpowiedzi na zadane mi pytanie. Mimo to, dźwiękowi ocierających się o siebie nawzajem koron drzew towarzyszyło coś jeszcze... Kroki,. Z początku szybkie, dające wrażenie, że zaraz minie mnie bez słowa, a ja nawet nie zauważę towarzyszącej mi osoby. Po chwili jednak ustały. Kątem oka dostrzegłem postać, podobną do chłopaka, który wczoraj obserwował moją kłótnię z byłym już przyjacielem...
To na pewno on
Z przyklejonym do twarzy uśmiechem odwróciłem się do swojego towarzysza i zachowując pozory sztucznej uprzejmości wbiłem wzrok prosto w jego oczy.
- Wierzysz w przeznaczenie? - spytałem chłopaka unosząc kąciki ust nieco wyżej, ten w odpowiedzi wzruszył jedynie ramionami patrząc na mnie tak jakby ze strachem? Niepokojem?
Poniekąd rozumiałem jego w gruncie rzeczy uzasadnione odczucia. Stał przed nim wysoki, chudy chłopak, konający ze zmęczenia i podrapany jakby właśnie go pobito i wypytywał o przeznaczenie.
Musiałem wyglądać komicznie.
-Ja też nie - wzruszyłem ramionami - To bajka, którą wciska się naiwnym nieudacznikom, nie potrafią ogarnąć swojego życia sami więc zwalają to na działanie boskie. Zaś Ci, którzy tego zapisanego w gwiazdach szczęścia doświadczają - przerwałem teatralnym westchnieniem - To po prostu debile z fartem - zamrugałem kilkakrotnie skupiając się na reakcję chłopaka wobec moich słów. Stał taki... Niby niewzruszony, poniekąd obojętny. Jak gdyby myślał, że jego brak zainteresowania w ogóle mnie obchodził. - Zapomniałbym o manierach - uśmiechnąłem się z wypisanym na twarzy cynizmem. - Mam na imię Laurence, właśnie poznałeś najbardziej zakochanego w sobie dupka, grzeszącego gracją i elokwencją - swoją ostatnią wypowiedź dopisałem do wyrazu jego twarzy.
Zawsze śmiałem się z tego dziwnego zjawiska... Bo gdyby podążać za tropem i bawić się w przeciwieństwo swego towarzysza, ten zawsze robił naprawdę rozbrajającą minę - Ty jednak na takiego nie wyglądasz, więc... - urwałem, wątpiąc by odebrał to na tyle złośliwie, na ile faktycznie powinien.
- Devon - odpowiedział mi przyjemny dla ucha głos.
- W takim razie, Devonie, wiesz może jak mam się stąd dostać do Akademii Paresscot?
- Właśnie stamtąd wracam - wypalił, a jego oczy rozbłysły jakby właśnie zdradził mi swój najważniejszy sekret. - Bosko, mam nadzieję, że jesteś w stanie zmienić swoje plany, bo ja muszę dotrzeć tam teraz, a z tego co pamiętam, droga jest długa... - dodałem i ruszyłem za chłopakiem, słysząc jak ten po  chwili wahania rusza za mną.
Devon...
To imię może mi się jeszcze przydać.

Devon?
Ja się poddaję.

poniedziałek, 24 października 2016

Od Laurence'go C.D Devona

W życiu każdego człowieka przychodzi taki okres, gdy zdaje sobie sprawę z tego, że w okół niego nie ma ani jednej osoby o wystarczającym poziomie inteligencji, by wdać się w jakąkolwiek rozmowę...
Sam właśnie ten wniosek wysunąłem około siedemnaście lat temu, jednak głupota, niektórych istot żyjących ciągle i ciągle zaskakiwała mnie na nowo...

Po raz tysiączny przekręciłem się na miękkim łóżku wiercąc się dookoła ogromnej kartki, dając upust męczącym mnie dzisiejszego dnia myślom. Kartka papieru ładnie szeleściła pod naciskiem moich dłoni, a ja sam jakby za dotknięciem magicznej różdżki każdą swoją myśl zamieniałem w mały, niewinny obrazek...

Przedstawiał on kota, zwykłego dachowca, o bujnej, ciemnoszarej sierści, siedzący wokół ludzi, swoim dostojeństwem sugerował, że ma nad nimi władzę, że ich umysły są niczym w porównaniu z jego. Otaczające go postaci rysowałem delikatniej by zwierzak się wyróżniał, robiły one rozmaite czynności, od zwyczajnego czytania do budowania swoich własnych skrzydeł...
Jedni stali z transparentami, co sugerowało moje zażenowania protestami tego świata...
Kobiety w ciąży z nożem w ręku i stojący naprzeciw nich lekarz z plikiem pieniędzy, czego chyba wyjaśniać nie muszę.
W rogach karki klęczeli mężczyźni, składali ręce przed różowym, kobiecym pantoflem...
Za jego dalszą część zapewne zostałbym wyśmiany bowiem przedstawiała ona dwóch księży, w dość jednoznacznym akcie, każdy z nich trzymał w dłoni kij, który prowadził do transparentów
"Bóg nie kocha Homo"
Co (moim skromnym zdaniem) kompletnie mijało się z prawdą i miałem na to przyzwoite argumenty. Scena ta budziła we mnie dość mieszane uczucia, bowiem moja matka jak okropna by nie była, zawsze wpajała mi i mojej siostrze miłość do Boga, co chcąc czy nie, przejąłem. Teraz właśnie grubemu mężczyźnie stojącego przed lustrem, w którym widniał atleta domalowywałem wąsy, gdy mój telefon zaczął nieznośnie wibrować.
Uniosłem swojego srajfona (jak go potocznie miałem w zwyczaju nazywać) by dostrzec "numer prywatny".
- Myślą, że ktoś jest tak naiwny? - mruknąłem sam do siebie mając na myśli te wszystkie korporacyjne firmy, które za wszelką cenę będę wciskały swój produkt by otrzymać pensję i nie musieć wracać do matki.
Zero ambicji...
Mimo wszystko gdy telefon zadzwonił po raz czwarty przesunąłem palcem po zielonej słuchawce...
- Tak, słucham? - mruknąłem zniżając nieco ton by brzmiał bardziej.. poważnie?
- Sam wiesz kto, chce Cię widzieć. Dzisiaj, punkt północ przy starej akacji obok jeziora, jestem pewien, że wiesz jakie miejsce mam na myśli. Tęsknimy za Tobą - niemal widziałem jak się uśmiecha, te krzywe, żółte zęby, udekorowane wargami, z których naskórek schodził płatami. Wzdrygnąłem się na tę myśl, odkładając telefon na koniec łóżka. Gdy na zegarku zawitała pełna godzina dwudziesta druga, przez moje ciało przebiegł dreszcz przerażenia. Lekko podminowany zwinąłem brystol z niedokończoną formą buntu i wepchałem w wolne miejsce pod łóżkiem. Moja ręka drżała, przez co zaciskając ją mocniej, gniotłem nieskazitelnie gładki papier.
Zebrałem jeszcze wszystkie pastele, starannie układając je w małym pudełeczku, w odpowiedniej kolejności. Zdecydowanie byłem typem perfekcjonisty. W moim pokoju panował jasno określony system, gdzie wszystko miało swoje miejsce.
Oszalałbym, gdyby panował tu bałagan... 
Z tą informacją, co do której miałem jednak pewność udałem się do łazienki, moje odbicie lustrzane wyraźnie zarzucało mi strach.
Powiększone źrenice, cienie wokół oczu, drżące wargi, które powoli przybierały biały kolor...
Odkręciłem kran zanurzając dłonie w gorącej wodzie, by ta następnie otuliła moją twarz. Podszedłem do okna przypominając sobie tamten dzień, który teraz spokojnie mogę określić mianem najgorszego ze wszystkich...

Grudzień
- Przysięgam Laurek, jest z Ciebie rozpieszczony bachor - wysoki brunet zgarną warstwę śniegu w rękawiczki rzucając w blondyna swojego wzrostu.
- Rozpieszczony bogacz, bez ojca. Wiwat, nadętym bufonom! - zawtórował mu z głośnym śmiechem. Blondyn bez rękawiczek z niebywałą gracją poprawił swoje włosy przyciągając tym uwagę kilku dziewcząt. 
- Podrywasz na urodę, w tych czasach liczy się tylko charakter - Samuel (bo tak miał na imię wspomniany brunet) zacytował nauczycielkę wychowania fizycznego, która zawsze wznosiła toast za charakter. Co dziwne, bo była naprawdę atrakcyjna.
- Nieważne, dzisiaj opijamy moje urodziny - uśmiechnąłem się do niego cwaniacko, z niemałym zadowoleniem. Oczywiście szesnaste urodziny, nie były byle czym

Roześmiałem się cicho z własnej głupoty, gdy teraz patrzę wstecz, ciężko uwierzyć mi, że udało mi się odskoczyć od na, teraz... Jakbym gardził samym sobą...

Park, miłe i przyjemne miejsce do świętowania urodzin, zwłaszcza gdy wstęp na niego zakazany był przez policję. Siedziało nas pięcioro, Samuel sam zgarnął swoich kolegów, mówił, że jednego z nich nawet tam nie chciał, jednak mają niedokończone porachunki, a inna okazja się nie zdarzy. Obaj chłopcy byli niesamowicie podnieceni chwilami grozy na terenie zakazanym. 
Szczególnie Sam, który w solenizancie wzbudzał strach, jakiego sam nie rozumiał...
Znali się od najmłodszych lat, więc czemu dopiero dzisiaj zdecydował się powiedzieć mu o starych rachunkach...?
- Gotowi na kolejną niespodziankę? - Samuel zaklaskał w dłonie. Siedzący nieopodal blondyn, przeczuwał, że z jego przyjacielem coś jest nie tak.
Jego myśli go nie zawiodły... 
Odsuwając się parę kroków dalej wyciągnął telefon, jak gdyby wiedział, że będzie potrzebny i wpisując krótki numer szepnął ciche "przyjedzcie" podając przy tym adres... 
Odwróciwszy się spostrzegł, że cała gra toczyła się już bez jego udziału. 
- Sam! - wrzasnął Laurence widząc przyjaciela z bronią w ręku. 
Wtedy jeszcze nie wiedział...
Nie znał powagi rodzinnych problemów przyjaciela, gdy teraz... Po latach naprawdę go rozumiał. Dalej wszystko potoczyło się tak, jak każdy się spodziewał... Policja odciągała bruneta od martwego ciała, a do uciekającego przed sprawiedliwością Laurka, dochodziło ciche "jesteś zdrajcą"

Starłem jedną łzę, na którą pozwoliłem sobie w amoku wspomnień i odszedłem od zaparowanej szyby. Moje ciało drżało od napływu emocji, na które nie mogłem sobie pozwolić.
O nie...
Teraz nie było miejsca na strach, teraz?
Musiałem zebrać wszystkie swoje siły i stawić czoła potworom przeszłości... Strach nie był dobrym uczuciem, on zbierał się w człowieku, powoli, spokojnie, atakował go i wykańczał, tak cholernie bolał... Kiedy Ty siedząc samemu na krawędzi wanny w małej łazience zdajesz sobie sprawę, że ten pierwszy raz naprawdę nie wiesz co zrobić...
Po raz kolejny tego wieczoru zbliżyłem się do lusterka, tym razem odwracając się do niego tyłem. Naciągnąłem swoją koszulkę do góry z zapałem obserwując wyblakłe szramy. Jedne z nich były nieco większe, bardziej widoczne... Rzucały się w oczy szpecąc moją urodą, całość przypominała wielkie, rozłożyste drzewo jesienią, te już bez liści... Opuściłem koszulkę jak również miejsce, w którym przesiedziałem ponad pół godziny i gotów do wyjścia zgarnąłem tylko nóż z szafki w nocnym stoliku.

Noc była wyjątkowo chłodna, zimne powietrze przeszywało organizm, tak jak uczucia jakie teraz w sobie tłamsiłem. Wciągnąłem powietrze nosem zatrzymując je w płucach jak najdłużej mogłem.. Każda cząstka mnie domagała się powrotu z powrotem do szkoły.
Jednak racjonalne myślenie przegrało z honorem...
Chciałem zachować resztki godności, pokazać, że nie boję się Sama, ani tego co stało się z nim po wyjściu z więzienia.
Jedno jest pewne.
Pamiętał o mnie i nie zamierzał mi za to podziękować.
W końcu to ja go wydałem...
Wydałem swojego pierwszego i jak niestety wyszło ostatniego prawdziwego przyjaciela...
Tylko dlaczego?
Czyż nie powinienem był mu pomóc? Dlaczego wyciągnąłem telefon... To było mimowolne.
Jednak nic mnie nie usprawiedliwia i jakakolwiek wymówka będzie niczym w obliczu przemocy i bólu jaki mnie czekał. Mimo wszystko daleka droga ciągnęła mi się chyba w nieskończoność, jednak stojąc już dwieście metrów od celu dostrzegałem sylwetki postaci, których nie mogłem rozróżnić.
W tym momencie skupiłem w sobie całą swoją siłę by przyjąć postawę, która jakoś utrzyma mnie w ryzach. Dłonie piekły mnie od mrozu a w głowie huczało.
- Kurwa... - zakląłem sam do siebie gdy stojące przede mną w tym samym momencie odwróciły się do mnie, a na ich twarzach zagościły gorszące uśmiechy.
- Wiedzieliśmy, że wpadniesz... - jeden z nich, którego nie rozpoznałem zbliżył się do mnie i poklepał mnie nie do końca przyjaźnie po ramieniu. Szczerze mówiąc jego gest szczególnie nie przypadł mi do gustu.
Już w tym momencie każdy z nas wiedział po co przyszedł ten drugi.
- Gdzie on jest? - spytałem głosem wypranym z emocji. W tym momencie nie było mnie stać na więcej arogancji niż brak empatii.
- Oh, już Ci się spieszy? Spokojnie, będzie tu... Dwa lata czekałeś na jego powrót. Wytrzymasz jeszcze i parę minut - warczał do mnie jakiś spaślak. Dopiero wtedy zwróciłem uwagę na jego twarz... Blisko osadzone, szare oczy, małe i wąskie usta kontrastujące z dużym nosem. Blada, tłusta cera i blizna na czole. Oddychał niespokojnie, jak gdyby był pod wpływem, lub chciał mi przyłożyć.
Najpewniej oba.
Jednak nie znałem go, nie był z nami na moich urodzinach...
Czyżby kolega z więzienia?
Więc tak.. Najlepiej załatwić sobie ekipę, po co przyjść samemu.
- Widzę kolega się niecierpliwi? - znajomy głos dobiegł mnie zza pleców. Jednak poza melodyjną barwą głosu nie było w tym człowieku nic z mojego dawnego przyjaciela.

Urósł wyjątkowo dużo, nie tylko we wzroście, ale i w mięśniach, które zapewne miały wzbudzić we mnie przerażenie. Z burzy jego ciemnych włosów nie zostało nic, był łysy, a łagodne, wielkie niebieskie oczy ustąpiły miejsca dzikiemu spojrzeniu.
- Czego chcesz? - sam sobie przerwałem lustrowanie jego wyglądu, coraz mniej rozumiejąc powód mojego zaciągnięcia.
- Chcę... wynagrodzenia, za to co mi zrobiłeś - wysyczał, nadal się do mnie nie zbliżając.
- Wynagrodzenia za co? To Ty zabiłeś człowieka - wysyczałem, skupiając swój wzrok i zaciętość tylko na nim.
- Nie udawaj, że nie wiesz dla kogo to zrobiłem - wycedził z kpiną zbliżając się do mnie. Nie odsunąłem się.
- Nie prosiłem Cię o nic, Ty sam wybrałeś.
- Ale mogłeś mi pomóc!
- Byłem dzieckiem! Miałem dopiero szesnaście lat, Ty osiemnaście! Nie miałeś prawa niczego ode mnie oczekiwać! - podniosłem głos tak, by rozbrzmiał dosadniej.
- Gówno mnie to obchodzi. Trzydzieści tysięcy, taka jest moja cena - z jego twarzy nie mogłem nic wyczytać, z jednej strony był wściekły, z drugiej zadwolony, poniekąd obojętny, doskonale wiedziałem czemu chce pieniędzy.
- Tak? A bo co mi zrobisz?
- Laurence Gabriel'u Bentley, znam Cię od zawsze. Jak nikt inny wiem jak Cię zastraszyć - wysyczał. Przełknąłem ślinę. Tu miał rację... Nie zdążyłem jednak odpowiedzieć, gdy cała trójka rozpłynęła się w zimnym, jesiennym powietrzu.
Dopiero po kilkunastu długich minutach odwróciłem się z zamiarem odejścia, mój wzrok jednak napotkał kolejną osobę...
Chłopak mierzył mnie niepewnym spojrzeniem oczekując, że zacznę do niego strzelać, w odpowiedzi na co ruszyłem przed siebie licząc, że wyminę go bez słowa...

Devon?
PRZEPRASZAM.



wtorek, 18 października 2016

Laurence Gabriel Bentley


Vulnerant omnes, ultima necat



Imię: Laurence, Gabriel
Pseudonim: Lauryk, Gab.
Nazwisko: Bentley 
Wiek: 18 lat
Płeć: mężczyzna
Orientacja: Biseksualny
Moc: jego daru nie da się jednoznacznie określić. Za jego pomocą w głowie swojej ofiary potrafi tworzyć wizje, tak bolesne i przerażające, że zdają się być niemal realne. Halucynacje są przeróżne, zależne kompletnie od jego bogatej i jakże psychopatycznej wyobraźni.
Pokój: 6 
Aparycja: Na wstępie należy wspomnieć, że chłopak jest naprawdę wysoki, liczy sobie 178 centymetrów wzrostu. Jeśli chodzi o budowę ciała to można go określić mianem chudego. Ciężko stwierdzić dlaczego tak jest, bowiem Lauryk uwielbia słodycze, a przy tym bardzo dużo ćwiczy. Jego wygląd mimo wszystko nie ma nic wspólnego z atletycznym. Chłopaka fascynuje wychudzone ludzkie ciało i choć sam marzy by takie mieć, nieustannie zachowuje swoje 54 kilogramy czystego złota. Ma jasne, niebieskie, hipnotyzujące i piękne oczy, które wabią potencjalne ofary w jego nikczemne sidła. Nienaganny wygląd twarzy usupełniają duże usta i uwydatnione kości, które komponują się z bladą cerą i blond włosami chłopaka. Nie ma on żadnych znaków szczególnych, już na pewno nie takie, które stara się uwidocznić. Jego plecy pokrywają różnych rozmiarów i długości blizny, różowe zadrapania, które nigdy nie znikną z jego ciała, okalają ideał jakim kiedyś się określił. Swoją niedoskonałość stara się ukryć pod wygodnymi, zawsze modnymi ubraniami, niewyobraża sobie bowiem nie mieć czegoś co nie wyszło spod ręki najsłynniejszego projektanta.
Charakter:Laurek to cyniczny dupek. 
Człowiek dwulicowy i fałszywy. 
Dumny despota.
Typowy laluś. 
Chcecie wiedzieć więcej?
Laurence to idealny przykład narcyza, nie obchodzi go szczęście innych przy jego własnym, nie jest ważne kogo zrani, ile straci, jak mocno mógłby tego żałować, ważne, by osiągnął własne upragnione cele. By zdobyć to czego chce jest gotów posunąć się do zbrodni wyjątkowo nikczemnych uknutych gdzieś w głębi jego psychopatycznej strony. 
Można by pomyśleć, że to wariat biegający po budynkach z piłą mechaniczną. 
I nic bardziej mylnego!
Pełen uroku osobistego, majestatyczny, opanowany, niemal perfekcyjnie tajemniczy, kroczy dumnie przez życie nie zważając na przeszkody, które zdepcze, zniszczy, rozerwie i wyrzuci z największą gracją jaką widział ten świat.
Teraz pewnie pomyślałeś/aś, że Laurence to pokrzywdzony przez życie desperata? 
Znowu się mylisz, bo widzisz, życie tego młodego chłopaka było wręcz usłane różami. Po samobójstwie jego ojca, o którym zapomniał z łatwością dwie kobiety wychowywały go w raju będąc na każde jego skinienie, spełniały nawet najgłupsze zachcianki, przez co bardzo szybko nauczył się to wykorzystywać. Teraz dzięki nim wie jak grać na ludzkich emocjach, bawić się człowiekiem jak marionetką. Co zrobić by odpowiedni sznureczek zadziałał na jego ofiarę tak jak on tego chce. 
Lauryk to pewnie bezduszny sukin*yn?
No może... Nie myślisz się tym razem do końca. 
Jednak jest on również tylko człowiekiem, który ma swoje malutkie słabostki, bardzo, bardzo głupie. Gdyby kiedykolwiek przyznał się do nich, nikt nie uwierzyłby w jego prawdziwy charakter i raczej straciłby wszelki szacunek, na jaki długo pracował. 
Laurence'go bowiem cieszą szczegóły, małe drobnostki, takie jak oświetlone księżycowym blaskiem róże, lub słoneczniki postawione na parapecie tak, że otulał je słoneczny blask. Poruszają go kwiaty, koty, romantyczne krajobraz, można byłoby wymieniać...
I choć stara się to w sobie zdusić, nie potrafi ukryć się przed własnym człowieczeństwem 
Partner: raczej nie szuka stałego związku, kiedyś sporóbował i szczerze mówiąc nie skończyło się to dla niego najlepiej, więc po co bawić się w miłość?
Rodzina: jego matka ma na imię Fidian jednak woli o niej nie wspominać, a kontakt ogranicznyć do minimum. Natomiast jego starsza siostra Bailey jest kompletnym przeciwieństwem Lauryka, miła, kochana, uwielbiana przez innych, wiecznie roztrzepana, mniej kulturalna i zupełnie inaczej wychowana. Chłopak do tej pory po cichu wierzy, że został adoptowany lub jest 100% ojcem.
Inne:  
1, 2
Lubi:
~Kwiaty (zwłaszcza róże i słoneczniki)
~Koty
~Zapach kawy, lawendy, skoszonej trawy 
~Spacery po lesie porą późnowieczorną 
~Książki 
~Dźwięk skrzypiec, gitary, pianina 
~ Woda, wszystko co z nią związane
~Śpiew, grę na skrzypcach i pianinie
Nie lubi: 
- Osób o cechach charakteru zbliżonych do jego,
- Swojej matki, 
- Głośnych maszyn, 
- Imprez, 
- Urodzin, 
- Owadów, szczególnie koników polnych, 
- Psów
- No i może jeszcze całej reszty.
Poza tym:
- Lubi poznawać kuchnie innych krajów, 
- Fascynują go Azjaci, 
- Interesuje się anatomią człowieka, 
- Amatorsko rysuje, pisze teksty piosenek, wiersze etc. 
- Pływa
- Pali
Kontakt: Laurence