poniedziałek, 24 października 2016

Od Laurence'go C.D Devona

W życiu każdego człowieka przychodzi taki okres, gdy zdaje sobie sprawę z tego, że w okół niego nie ma ani jednej osoby o wystarczającym poziomie inteligencji, by wdać się w jakąkolwiek rozmowę...
Sam właśnie ten wniosek wysunąłem około siedemnaście lat temu, jednak głupota, niektórych istot żyjących ciągle i ciągle zaskakiwała mnie na nowo...

Po raz tysiączny przekręciłem się na miękkim łóżku wiercąc się dookoła ogromnej kartki, dając upust męczącym mnie dzisiejszego dnia myślom. Kartka papieru ładnie szeleściła pod naciskiem moich dłoni, a ja sam jakby za dotknięciem magicznej różdżki każdą swoją myśl zamieniałem w mały, niewinny obrazek...

Przedstawiał on kota, zwykłego dachowca, o bujnej, ciemnoszarej sierści, siedzący wokół ludzi, swoim dostojeństwem sugerował, że ma nad nimi władzę, że ich umysły są niczym w porównaniu z jego. Otaczające go postaci rysowałem delikatniej by zwierzak się wyróżniał, robiły one rozmaite czynności, od zwyczajnego czytania do budowania swoich własnych skrzydeł...
Jedni stali z transparentami, co sugerowało moje zażenowania protestami tego świata...
Kobiety w ciąży z nożem w ręku i stojący naprzeciw nich lekarz z plikiem pieniędzy, czego chyba wyjaśniać nie muszę.
W rogach karki klęczeli mężczyźni, składali ręce przed różowym, kobiecym pantoflem...
Za jego dalszą część zapewne zostałbym wyśmiany bowiem przedstawiała ona dwóch księży, w dość jednoznacznym akcie, każdy z nich trzymał w dłoni kij, który prowadził do transparentów
"Bóg nie kocha Homo"
Co (moim skromnym zdaniem) kompletnie mijało się z prawdą i miałem na to przyzwoite argumenty. Scena ta budziła we mnie dość mieszane uczucia, bowiem moja matka jak okropna by nie była, zawsze wpajała mi i mojej siostrze miłość do Boga, co chcąc czy nie, przejąłem. Teraz właśnie grubemu mężczyźnie stojącego przed lustrem, w którym widniał atleta domalowywałem wąsy, gdy mój telefon zaczął nieznośnie wibrować.
Uniosłem swojego srajfona (jak go potocznie miałem w zwyczaju nazywać) by dostrzec "numer prywatny".
- Myślą, że ktoś jest tak naiwny? - mruknąłem sam do siebie mając na myśli te wszystkie korporacyjne firmy, które za wszelką cenę będę wciskały swój produkt by otrzymać pensję i nie musieć wracać do matki.
Zero ambicji...
Mimo wszystko gdy telefon zadzwonił po raz czwarty przesunąłem palcem po zielonej słuchawce...
- Tak, słucham? - mruknąłem zniżając nieco ton by brzmiał bardziej.. poważnie?
- Sam wiesz kto, chce Cię widzieć. Dzisiaj, punkt północ przy starej akacji obok jeziora, jestem pewien, że wiesz jakie miejsce mam na myśli. Tęsknimy za Tobą - niemal widziałem jak się uśmiecha, te krzywe, żółte zęby, udekorowane wargami, z których naskórek schodził płatami. Wzdrygnąłem się na tę myśl, odkładając telefon na koniec łóżka. Gdy na zegarku zawitała pełna godzina dwudziesta druga, przez moje ciało przebiegł dreszcz przerażenia. Lekko podminowany zwinąłem brystol z niedokończoną formą buntu i wepchałem w wolne miejsce pod łóżkiem. Moja ręka drżała, przez co zaciskając ją mocniej, gniotłem nieskazitelnie gładki papier.
Zebrałem jeszcze wszystkie pastele, starannie układając je w małym pudełeczku, w odpowiedniej kolejności. Zdecydowanie byłem typem perfekcjonisty. W moim pokoju panował jasno określony system, gdzie wszystko miało swoje miejsce.
Oszalałbym, gdyby panował tu bałagan... 
Z tą informacją, co do której miałem jednak pewność udałem się do łazienki, moje odbicie lustrzane wyraźnie zarzucało mi strach.
Powiększone źrenice, cienie wokół oczu, drżące wargi, które powoli przybierały biały kolor...
Odkręciłem kran zanurzając dłonie w gorącej wodzie, by ta następnie otuliła moją twarz. Podszedłem do okna przypominając sobie tamten dzień, który teraz spokojnie mogę określić mianem najgorszego ze wszystkich...

Grudzień
- Przysięgam Laurek, jest z Ciebie rozpieszczony bachor - wysoki brunet zgarną warstwę śniegu w rękawiczki rzucając w blondyna swojego wzrostu.
- Rozpieszczony bogacz, bez ojca. Wiwat, nadętym bufonom! - zawtórował mu z głośnym śmiechem. Blondyn bez rękawiczek z niebywałą gracją poprawił swoje włosy przyciągając tym uwagę kilku dziewcząt. 
- Podrywasz na urodę, w tych czasach liczy się tylko charakter - Samuel (bo tak miał na imię wspomniany brunet) zacytował nauczycielkę wychowania fizycznego, która zawsze wznosiła toast za charakter. Co dziwne, bo była naprawdę atrakcyjna.
- Nieważne, dzisiaj opijamy moje urodziny - uśmiechnąłem się do niego cwaniacko, z niemałym zadowoleniem. Oczywiście szesnaste urodziny, nie były byle czym

Roześmiałem się cicho z własnej głupoty, gdy teraz patrzę wstecz, ciężko uwierzyć mi, że udało mi się odskoczyć od na, teraz... Jakbym gardził samym sobą...

Park, miłe i przyjemne miejsce do świętowania urodzin, zwłaszcza gdy wstęp na niego zakazany był przez policję. Siedziało nas pięcioro, Samuel sam zgarnął swoich kolegów, mówił, że jednego z nich nawet tam nie chciał, jednak mają niedokończone porachunki, a inna okazja się nie zdarzy. Obaj chłopcy byli niesamowicie podnieceni chwilami grozy na terenie zakazanym. 
Szczególnie Sam, który w solenizancie wzbudzał strach, jakiego sam nie rozumiał...
Znali się od najmłodszych lat, więc czemu dopiero dzisiaj zdecydował się powiedzieć mu o starych rachunkach...?
- Gotowi na kolejną niespodziankę? - Samuel zaklaskał w dłonie. Siedzący nieopodal blondyn, przeczuwał, że z jego przyjacielem coś jest nie tak.
Jego myśli go nie zawiodły... 
Odsuwając się parę kroków dalej wyciągnął telefon, jak gdyby wiedział, że będzie potrzebny i wpisując krótki numer szepnął ciche "przyjedzcie" podając przy tym adres... 
Odwróciwszy się spostrzegł, że cała gra toczyła się już bez jego udziału. 
- Sam! - wrzasnął Laurence widząc przyjaciela z bronią w ręku. 
Wtedy jeszcze nie wiedział...
Nie znał powagi rodzinnych problemów przyjaciela, gdy teraz... Po latach naprawdę go rozumiał. Dalej wszystko potoczyło się tak, jak każdy się spodziewał... Policja odciągała bruneta od martwego ciała, a do uciekającego przed sprawiedliwością Laurka, dochodziło ciche "jesteś zdrajcą"

Starłem jedną łzę, na którą pozwoliłem sobie w amoku wspomnień i odszedłem od zaparowanej szyby. Moje ciało drżało od napływu emocji, na które nie mogłem sobie pozwolić.
O nie...
Teraz nie było miejsca na strach, teraz?
Musiałem zebrać wszystkie swoje siły i stawić czoła potworom przeszłości... Strach nie był dobrym uczuciem, on zbierał się w człowieku, powoli, spokojnie, atakował go i wykańczał, tak cholernie bolał... Kiedy Ty siedząc samemu na krawędzi wanny w małej łazience zdajesz sobie sprawę, że ten pierwszy raz naprawdę nie wiesz co zrobić...
Po raz kolejny tego wieczoru zbliżyłem się do lusterka, tym razem odwracając się do niego tyłem. Naciągnąłem swoją koszulkę do góry z zapałem obserwując wyblakłe szramy. Jedne z nich były nieco większe, bardziej widoczne... Rzucały się w oczy szpecąc moją urodą, całość przypominała wielkie, rozłożyste drzewo jesienią, te już bez liści... Opuściłem koszulkę jak również miejsce, w którym przesiedziałem ponad pół godziny i gotów do wyjścia zgarnąłem tylko nóż z szafki w nocnym stoliku.

Noc była wyjątkowo chłodna, zimne powietrze przeszywało organizm, tak jak uczucia jakie teraz w sobie tłamsiłem. Wciągnąłem powietrze nosem zatrzymując je w płucach jak najdłużej mogłem.. Każda cząstka mnie domagała się powrotu z powrotem do szkoły.
Jednak racjonalne myślenie przegrało z honorem...
Chciałem zachować resztki godności, pokazać, że nie boję się Sama, ani tego co stało się z nim po wyjściu z więzienia.
Jedno jest pewne.
Pamiętał o mnie i nie zamierzał mi za to podziękować.
W końcu to ja go wydałem...
Wydałem swojego pierwszego i jak niestety wyszło ostatniego prawdziwego przyjaciela...
Tylko dlaczego?
Czyż nie powinienem był mu pomóc? Dlaczego wyciągnąłem telefon... To było mimowolne.
Jednak nic mnie nie usprawiedliwia i jakakolwiek wymówka będzie niczym w obliczu przemocy i bólu jaki mnie czekał. Mimo wszystko daleka droga ciągnęła mi się chyba w nieskończoność, jednak stojąc już dwieście metrów od celu dostrzegałem sylwetki postaci, których nie mogłem rozróżnić.
W tym momencie skupiłem w sobie całą swoją siłę by przyjąć postawę, która jakoś utrzyma mnie w ryzach. Dłonie piekły mnie od mrozu a w głowie huczało.
- Kurwa... - zakląłem sam do siebie gdy stojące przede mną w tym samym momencie odwróciły się do mnie, a na ich twarzach zagościły gorszące uśmiechy.
- Wiedzieliśmy, że wpadniesz... - jeden z nich, którego nie rozpoznałem zbliżył się do mnie i poklepał mnie nie do końca przyjaźnie po ramieniu. Szczerze mówiąc jego gest szczególnie nie przypadł mi do gustu.
Już w tym momencie każdy z nas wiedział po co przyszedł ten drugi.
- Gdzie on jest? - spytałem głosem wypranym z emocji. W tym momencie nie było mnie stać na więcej arogancji niż brak empatii.
- Oh, już Ci się spieszy? Spokojnie, będzie tu... Dwa lata czekałeś na jego powrót. Wytrzymasz jeszcze i parę minut - warczał do mnie jakiś spaślak. Dopiero wtedy zwróciłem uwagę na jego twarz... Blisko osadzone, szare oczy, małe i wąskie usta kontrastujące z dużym nosem. Blada, tłusta cera i blizna na czole. Oddychał niespokojnie, jak gdyby był pod wpływem, lub chciał mi przyłożyć.
Najpewniej oba.
Jednak nie znałem go, nie był z nami na moich urodzinach...
Czyżby kolega z więzienia?
Więc tak.. Najlepiej załatwić sobie ekipę, po co przyjść samemu.
- Widzę kolega się niecierpliwi? - znajomy głos dobiegł mnie zza pleców. Jednak poza melodyjną barwą głosu nie było w tym człowieku nic z mojego dawnego przyjaciela.

Urósł wyjątkowo dużo, nie tylko we wzroście, ale i w mięśniach, które zapewne miały wzbudzić we mnie przerażenie. Z burzy jego ciemnych włosów nie zostało nic, był łysy, a łagodne, wielkie niebieskie oczy ustąpiły miejsca dzikiemu spojrzeniu.
- Czego chcesz? - sam sobie przerwałem lustrowanie jego wyglądu, coraz mniej rozumiejąc powód mojego zaciągnięcia.
- Chcę... wynagrodzenia, za to co mi zrobiłeś - wysyczał, nadal się do mnie nie zbliżając.
- Wynagrodzenia za co? To Ty zabiłeś człowieka - wysyczałem, skupiając swój wzrok i zaciętość tylko na nim.
- Nie udawaj, że nie wiesz dla kogo to zrobiłem - wycedził z kpiną zbliżając się do mnie. Nie odsunąłem się.
- Nie prosiłem Cię o nic, Ty sam wybrałeś.
- Ale mogłeś mi pomóc!
- Byłem dzieckiem! Miałem dopiero szesnaście lat, Ty osiemnaście! Nie miałeś prawa niczego ode mnie oczekiwać! - podniosłem głos tak, by rozbrzmiał dosadniej.
- Gówno mnie to obchodzi. Trzydzieści tysięcy, taka jest moja cena - z jego twarzy nie mogłem nic wyczytać, z jednej strony był wściekły, z drugiej zadwolony, poniekąd obojętny, doskonale wiedziałem czemu chce pieniędzy.
- Tak? A bo co mi zrobisz?
- Laurence Gabriel'u Bentley, znam Cię od zawsze. Jak nikt inny wiem jak Cię zastraszyć - wysyczał. Przełknąłem ślinę. Tu miał rację... Nie zdążyłem jednak odpowiedzieć, gdy cała trójka rozpłynęła się w zimnym, jesiennym powietrzu.
Dopiero po kilkunastu długich minutach odwróciłem się z zamiarem odejścia, mój wzrok jednak napotkał kolejną osobę...
Chłopak mierzył mnie niepewnym spojrzeniem oczekując, że zacznę do niego strzelać, w odpowiedzi na co ruszyłem przed siebie licząc, że wyminę go bez słowa...

Devon?
PRZEPRASZAM.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz