poniedziałek, 24 października 2016

Od Ivy cd. Devona

Patrzyłam na chłopaka z zaciekawieniem. Ba! Lustrowałam go od dołu do góry. Podziwiałam jego smukły brzuch, umięśnione nogi, wydatne kości policzkowe i niesamowite oczy. Widząc zmieszanie na jego twarzy, odwróciłam wzrok i teraz wlepiałam go tępo w drogę przed nami.
-To… tylko panujesz nad pogodą? –zadałam cicho pytanie. Devon uniósł brwi i skrzyżował ręce na piersi. Gdzieś kiedyś wyczytałam, że taka poza oznacza brak chęci do rozmowy. A jednak ze mną poszedł.
-Potrafię się jeszcze przenosić w miejsce, które jest w polu mojego widzenia. Tak między innymi na Ciebie wpadłem. Wieczorem.  -odparł. Jego twarz odzwierciedlała głębokie zamyślenie, i mimo, że to była najdłuższa chyba wypowiedź, jaką do mnie powiedział wiedziałam, że była ona skierowane bardziej do niego samego niż do mnie. – A ty?
-Cóż. Mi przypadło panowanie nad śniegiem i mrozem. – pokazałam mu otwartą dłoń na której po kolei zaciskałam palce. Gdy ją rozluźniłam, do góry wystrzeliły ‘iskry śnieżne’ przypominające mini fajerwerki. Był to niewątpliwie magiczny widok ale mój kolega tylko wzruszył ramionami. Trochę zawstydzona moimi odrobinę nieprzydatnymi umiejętnościami stwierdziłam z pustym uśmiechem:
–Nie jest to moc, która przydaje się w życiu codziennym ale miło jest czasem się pobawić.
Devon splótł ręce za plecami i uniósł głowę, patrząc na jasny księżyc. Szedł równym krokiem od czasu do czasu tylko westchnąwszy cicho. Popatrzyłam na biały rogal na niebie. Dzisiejszej nocy świecił nienaturalnie jasno, jakby chciał z bliska przyglądać się cholernie zwykłemu światu z samolubnymi, zawistnymi ludźmi i… nami. Bo właściwie kim jesteśmy? Niby ludzie ale nie do końca. Mutanty? Nie. Herosi? Chyba najbliżej nam do nich. Ogólnie jesteśmy Rasą. To my: odmienni, samotni i groźni. Są między nami mordercy i przestępcy. Ale po coś istniejemy, tak?
Z rozmyślań wyrywa mnie głos Devona, który sam się do mnie odezwał:
-Wiesz, twoja moc niekoniecznie jest taka bezużyteczna.
-Tak? –spytałam, bo to było jedyne co mogłam powiedzieć. Nie widziałam żadnych pozytywów moich umiejętności. Po prostu była.
-W naszym życiu mało jest okazji do wykorzystania mocy innych niż teleportacja, czy przenikanie. Osobiście, pogodę zmieniam jak obecna mi nie pasuje lub jeśli mam taki kaprys. Tak jak ty. Ale w sytuacji… bardziej skomplikowanej –słowa te zaznaczył twardszym tonem, jakby chciał mi tym coś zasugerować, jednak nic mądrego nie przychodziło mi do głowy. –nasze moce mogą być dla nas zbawienne.
Jego głos, wyraz twarzy i nerwowy tik, który wykonywał ręką zdradziły mi, że to nie jest zwykły, przypadkowy chłopak jak połowa tutejszych. Ma swoje tajemnice, najprawdopodobniej gorzkie i niesmaczne. Mimo wszystko był sympatyczny i chciałam, żeby się jednak do mnie przekonał.

*

Wracając korytarzem do pokoju, zapukałam jeszcze szybko do drzwi Sary – dziewczyny, z którą uczyłam się geografii  - w pilnej potrzebie posiadania paru papierosów, które miały wypełnić nikotyną moje płuca tak, żeby szczypało. Czasem nabiera mnie ochota na tego typu syf, jednak jeszcze tego osobiście nigdy nie kupiłam. Wolałam żebrać od znajomych. Teraz, stojąc na balkonie mojego pokoju i popalając sobie długimi zaciągnięciami, patrzyłam na panią Celtman, która gorączkowo tłumaczyła coś panu Rohan’owi i Lancowki’emu niedaleko wejścia do szkoły. Nagle, ich uwagę przykuł chłopak przechodzący koło nich. Umilkli i zlustrowali go wzrokiem, jak gdyby chcieli go co najmniej pożreć w całości. Przyznam, że nie było to aktorskie zagranie. Każdy idiota by się zorientował, że rozmawiali o nim, i że było to coś, czego nie może wiedzieć. Ale chwila…
-Devon? – szepczę sama do siebie.
Tak! To Devon na pewno.
Coś mi tu jednak nie gra…

<Devon?>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz