poniedziałek, 31 października 2016

Od Laurence'go C.D Devona

Wściekłość... Przeszywające uczucie, które szarpie Twój organizm. Rani go, drapie, a Ty nad tym nie panujesz. Szalejesz z bólu gotów roznieść wszystko co wpadnie w Twoje dygoczące z nerwów dłonie. Jesteś jak bomba, która wybucha i przynosi kataklizm... Wiesz, że to co robisz jest złe, wiesz, że będzie to miało tragiczne konsekwencje. 
Nie umiesz tego kontrolować....

Po raz kolejny kopnąłem w ścianę tym razem w końcu robiąc w niej pęknięcie. Mała pajęczyna rozbiegła się po niewielkim skrawku ściany okaleczając ją. Przeszło mi przez myśl, że nałożenie na nią plasterka, wcale nie naprawi szkody.
Jest jak ludzkie serce...
Wytrzymuje do czasu, pęknięte jednak już się nie naprawi...
Odwróciłem się na pięcie tyłem do łóżka, na które bezwładnie opadłem. Po mojej klatce piersiowej rozszedł się przykry ból, który uświadomił mi, że to co się dzieje nie jest takie jak być powinno.
- Nie mogę być taki - szepnąłem sam do siebie. To dziwne, zawsze radziłem sobie z emocjami naprawdę dobrze. Umiałem je kontrolować, zdusić... A teraz?
Wybuchnąłem... 
Zagryzłem boleśnie dolną wargę, zbierając się w sobie. To był pierwszy i ostatni raz kiedy pozwoliłem sobie na okazywanie tak silnych i tragicznych w skutkach emocji. Nie obchodziło mnie zażenowanie nauczyciela, który zawsze pokładał we mnie ogromne nadzieje, nie ruszała mnie opinia tego idioty, który nie ma pojęcia na co się porwał. Teraz liczył się dla mnie tylko fakt mojej własnej głupoty. To jak zachowałem się tego dnia zdawało mi się kompletnie nierzeczywiste, nierealne, złe.
Rozmyślania, które niemal rozsadziły mój umysł przerwał dźwięk telefonu, a raczej alarmu, mówiącego o tym, że mam się stawić do ogródka gdzie wraz z panią Sylvią miałem zajmować się kwiatami.
Zaśmiałem się w myślach, rozmowa z nią mogła być dla mnie o tyle ciekawe, że doskonale wiedziałem o jej retorycznych umiejętnościach. Będzie starała się przemówić mi do rozumu, pokazując, że wcale nie jestem taki zły za jakiego się uważam.
Gadanie...
Wcale nie uważam się za złego.
Ten świat uważam za zły.
Zsunąłem się z niewygodnego łóżka i trzaskając drzwiami opuściłem swój pokój by nogi same poprowadziły mnie do wyjścia.
Sam szkolny ogród nie był szczególnie daleko, biorąc pod uwagę, że kwiaty często obserwowałem z okna swojego pokoju, przez co droga tam zdawała mi się jeszcze prostsza.
Oczywiście nie był dla mnie zaskoczeniem fakt, że czekała tam na mnie wysoka blondynka ubrana w ogrodniczki i białą koszulkę. Zaskakująco atrakcyjnie wyglądała również w tak zwyczajnym stroju, ciekaw byłem gdzie dyrektor znalazł tak wspaniałych nauczycieli jak Ci w naszej szkole.
Rzadko miałem o kimś dobre zdanie, jednak ich inteligencja i takt wciąż zaskakiwał mnie na nowo
- Cześć Gabriel, jednak się nie spóźniłeś - przywitała się ze mną jak z kolegą obdarzając mnie przy tym promiennym uśmiechem.
- Nigdy się nie spóźniam - odpowiedziałem jej próbując zachować chłodny, poniekąd nonszalancki wyraz twarzy.
- Co my się z Tobą mamy - westchnęła z przekąsem rzucając mi zirytowane i rozbawione spojrzenie.  Kobieta podała mi rękawice i nożyczki, gdy mój wzrok przykuł przemykający obok cień.
- Muszę do toalety - mruknąłem. Niewiele myśląc rzuciłem wszystko i popędziłem za szkołę gdzie wspomniany cień dążył.
Dobrze wiedziałem, kto się za tym krył.
Wybiegając za grube, chroniące mnie mury, ujrzałem dwie sylwetki. W obu z nich rozpoznałem osoby sprzed dwóch dni, z tym, że jedna z nich wcale nie należała do byłego więźnia, a do chłopaka, który bezczelnie wystawił mnie wtedy w lesie.
- Mów, gdzie on jest! - wrzeszczał średniego wzrostu brunet, trzymając za kaptur o prawie głowę wyższego chłopaka.
Jak mu tam...
Devona.
Czyli jednak oni też go widzieli.
No proszę...
Kąciki moich ust same uniosły się w górę z zadowoleniem przyglądając się takiemu obrotowi spraw. Nawet nie musiałem brudzić sobie rączek. Spojrzałem na mężczyznę, który z dziwną łatwością wymierzył chłopakowi pierwszą pięść.
Wtedy jakby wraz z podmuchem wiatru wstąpiła we mnie ta ludzka strona, która niestety zachowała jeszcze resztki sumienia.
Uświadomiła mi ona, że w tym momencie ktoś cierpi za moje błędy przeszłości. Natchniony własną głupotą ruszyłem przed siebie prosto w paszczę lwa...
- Te, to chyba nie jego szukasz - wycedziłem przez zęby podchodząc do niższego bruneta. Jego oczy iskrzyły, piorunowały mnie. Jakby pragną zabić samym wzrokiem.
Bo... Pewnie tak było.
Jak na zawołanie puścił swoją dotychczasową ofiarę skupiając swoje brudne łapska tylko na mnie. Zbyt skupiony na mężczyźnie nie wiedziałem nawet czy się nam przyglądał czy dawno sobie poszedł.
Zapewne wszystko potoczyłoby się jeszcze gorzej gdyby nie nawoływanie Sylvii, która musiała zorientować się, że wcale nie ma mnie w toalecie. Przestraszony oprawca zerwał się na równe nogi i ile w nich miał sił zaczął uciekać przed siebie.
- Kto to... - zaczął wyższy ciemno włosy na co przerwałem mu machnięciem ręki.
- Nikt. Nie interesuj się i zapomnij o tym co widziałeś. Teraz spadaj zanim dostaniesz ode mnie za to co zrobiłeś wczoraj - wysyczałem do niego przyjmując bojową postawę i z zachowaniem typowego dla siebie honoru, odwróciłem się od chłopaka i odszedłem by szybciej stracić z oczu i wymazać z pamięci jego twarz... Choć pewnie oni go tak nie zostawią.
Przede mną długi dzień pracy...

Devon?
Nie mam weny jakoś. Wybacz.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz