W jednej chwili wszystko się sypie. Cały nasz stabilny świat runie niczym zwykły domek z kart przy pierwszym lepszym podmuchu wiatru. Cała nasza rzeczywistość znika. Jesteśmy zmuszeni układać ją na nowo i przystosowywać się do tej odmienności. Nie każdy radzi sobie z tak trudnym zadaniem. Jedni proszą o pomoc, inni kończą ze sobą. My - odmieńcy, jak osobiście nazywam nasz "ród" ja - nie mamy zbytniego wyboru. Od momentu naszego odnalezienia stajemy się kolejnym oczkiem w głowie każdego z nauczycieli. Musimy nauczyć się żyć od nowa, co nie jest łatwą sztuką...
Po opuszczeniu mnie dziewczyna udała się w stronę pokoi. Odprowadzałem ją wzrokiem tak długo, aż nie miałem stuprocentowej pewności, iż się nie wróci. Sam postanowiłem jeszcze poszwendać się po okolicy. Jak zawsze zatopiony w myślach dotarłem pod budynek akademii o mało co nie roztrzaskując nosa o jego główną ścianę. Nieco zdezorientowany zerknąłem w stronę głównego wejścia, gdzie parę sekund później już stałem. Trzy twarze utkwiły we mnie wzrok. Zabijały mnie nim. Przewiercały na wylot. Zgaduję, iż byli to nauczyciele. Niewątpliwie tak. Elegancko ubrana kobieta ocknęła się jako pierwsza, każąc mi wracać do pokoju i wymawiając tradycyjną formułkę o nocnych wyprawach. Nie było mnie już w tym miejscu nim skończyła monolog. Zatrzymałem się pod budynkiem z pokojami. Szurnięcie tuż nad moją głową zapaliło moją czerwoną lampkę. Mimo, iż dookoła było ciemno jak cholera, bez żadnego zapalonego światła dostrzegłem na niewielkim balkonie znaną mi sylwetkę. Wpatrywałem się w tamto miejsce tak długo, aż dziewczyna sama nie wstała, oparła się nonszalancko o barierkę i spojrzała na mnie z góry. Kolejnym jej krokiem było zwrócenie wzroku w stronę księżyca i - na koniec - duże drzwi wejściowe do akademii. Bez słowa wróciłem do swojego pokoju. Zostałem tam całą noc oraz poranek kiedy to zorientowałem się, że jest już poniedziałek. W pośpiechu wypadłem z pokoju, wykonując kroki trzy razy większe niż każdy przeciętny nastolatek. Potem doszło jeszcze niekontrolowane przeskakiwanie do przodu. I tak oto w trzy i pół minuty znalazłem się w głównym holu akademii.
***
Lekcje były męczące. Pod względem umysłowym, na szczęście. Wielką ulgą okazało się to, iż nikt nie przejął się nowym typem w klasie i wszystko szło jak gdybym był z nimi już od zawsze. Kamień z serca. Wracając po lekcjach do swojego azylu dogoniła mnie poznana poprzedniego dnia dziewczyna.. Jak jej tam było.. Lilith.. Lila.. A, tak! Ivy. Ona też się nie czepiała. Po prostu maszerowała obok mnie, dzielnie próbując dotrzymać mi kroku przez całą drogę. I - dałbym sobie rękę uciąć - że specjalnie miała kilka problemów z kluczem aby dowiedzieć się gdzie śpi, je i wykonuje inne, zwykłe czynności moja osoba. Moje podejrzenia nie okazały się pomyłką. Przekonałem się o tym tego samego popołudnia, kiedy to relaksując się w wannie, słuchając ulubionej muzyki i sącząc najwybitniejszy alkohol jaki wynalazł świat - ktoś zapukał do drzwi. Olałem człowieka. Pukanie jednak powtórzyło się. Potem jeszcze raz, i kolejny. W końcu, bardzo zniesmaczony tą sytuacją wygramoliłem się z mojego miejsca kultu i bezmyślnie nałożyłem na siebie jedynie dolną część ubioru, jaką były luźne spodnie baggy wykonane z materiału bardzo podobnego do dresu. Stwierdziłem że - nie zamarznę. Nie pomyślałem, kto mógłby stać po drugiej stronie drzwi. I kiedy już je otworzyłem, nie potrzeba było dużo czasu aby przekonać się gdzie popełniłem błąd. Sytuacja wydała mi się o tyle zabawna, że widok dziewczyny z ustami prawie dotykającymi podłogi nie jest częstym w moim marnym życiu. Pomogłem z problemem. Przymknąłem jej usta, po czym gestem zaprosiłem do środka. Syfu jako takiego nie było, ale widocznie dziewczyna próbowała przykuć wzrok do wszystkiego poza mną. Zaś ja - jak gdyby nigdy nic - wróciłem do łazienki aby uporządkować ją i dokończyć swoje piwo. Kiedy wróciłem do salonu Ivy rozsiadła się wygodnie na kanapie i dalej bacznie studiowała każdą rysę na ścianie czy każdy wpadający do pokoju odblask światła.
- Jakiś konkretny cel tej wizyty? -zagadnąłem ją, przerywając nieprzyjemną ciszę. Mechanicznie odwracająca się w moją stronę głowa wyglądała na tyle strasznie, iż zabrałem z niej wzrok na rzecz trzymanej przeze mnie pustej, szklanej butelki. Zawędrowałem do kuchni zostawiając kolejny raz towarzyszkę, wyciągnąłem z lodówki dwie idealnie schłodzone butelki z czego jedną otworzyłem. Drugą wskazałem w stronę jasnowłosej kiedy już przed nią stanąłem. Po chwili namysłu sięgnęła po napój. Obserwowałem jej zmagania z kapslem ze zniesmaczeniem. W końcu odebrałem jej piwo, zręcznie otworzyłem i oddałem. - Spróbuj -nakazałem opadając na fotel dopasowany do reszty mebli w pokoju. Zdążyłem przetasować wzrokiem Ivy trzy razy, zanim ta podjęła się skosztowania napoju. Chyba go polubiła. Chyba bo nie mam umiejętności czytania w myślach.
- Całkiem dobre -pokiwała głową na "tak" po czym pociągnęła kolejny, potężny łyk. Zakrztusiła się. Nie udało mi się powstrzymać wlewającego się na moją twarz uśmiechu. Dostrzegła go, lecz zamiast coś powiedzieć zagroziła palcem. Dopiero po przełknięciu piwa skarciła mnie wzrokiem i sama ukazała mi szereg białych zębów. - Może więc zechcesz się ubrać? -zerknęła w stronę okna, kątem oka jednak cały czas obserwując mnie.
- Przeszkadza ci mój ubiór? Cóż, szczerze mówiąc opinia innych mało mnie interesuje -pytające spojrzenie otoczyło mnie z każdej strony. Trzeba było wybrnąć z tematu zwycięsko, więc dodałem: - Chociaż z drugiej strony patrząc, mogę uczynić dla ciebie wyjątek -po odchrząknięciu podniosłem się powoli i sięgnąłem po pierwszą z brzegu koszulkę. Wzrok dziewczyny nie odlepiał się ode mnie aż nie odwdzięczyłem spojrzenia.
- Chodźmy do akademii, muszę coś załatwić.
Więc poszliśmy.
***
Cała droga zeszła na słuchaniu ciągłego śmiechu Ivy goniącej mnie przez kilka metrów, następnie myślącej, że już mnie złapała, kiedy ja uciekałem tuż pod jej palcami. W zasadzie wolałem trochę przyspieszyć tempa aby szybko znaleźć się w ciepłym miejscu, ale to tak na marginesie. Będąc już na miejscu kazała mi chwilę na siebie zaczekać, postanowiłem więc poszwendać się tu i ówdzie. Co dziwne, wszyscy nauczyciele już świetnie mnie rozpoznawali. Co z tego, że pierwszy raz na oczy widzę ludzi.. a oni mnie.. ale okay. Trzeba przystosować się do ogólnych zasad. Z powodu braku chęci do dalszego zwiedzania i ogólnej nudy wróciłem na miejsce w którym Ivy poszła w swoją stroną a ja swoją, znalazłem miejsce do siedzenia i pozostałem tam, dopóki nie usłyszałem dwóch, różnych głosów. Brzmiały dorośle i rozmawiały w dziwnym, całkiem nieznanym mi języku. Z każdą chwilą słychać było je coraz bardziej, aż nie zauważyłem wyłaniających się zza filara dwóch, rosłych mężczyzn. Tylko jeden z nich na chwilę oderwał wzrok od rozmówcy, aby w mgnieniu oka rozpoznać moją twarz, kiwnąć mi na "dzień dobry" głową i wrócić do poprzedniego zajęcia. W tym miejscu kręcą się sami dziwni ludzie, czuję że nawet nauczycielom nie można tutaj ufać. Podczas kiedy myślałem o tej szkole, wpatrzony w jeden punkt na ścianie obok mnie pojawiła się Ivy. Przez chwilę stała przede mną, potem usiadła obok i szturchnęła w ramię po dłuższej chwili.
- Tak? -odwróciłem nagle głowę w jej stronę, co wystraszyło dziewczynę na tyle, aby podskoczyła w miejscu.
- Nie rób tak -kolejny raz użyła tego tonu, będącym pomieszaniem kapki złości, rozbawienia jak i powagi. Nie rozumiałem go, ale stwarzałem pozory. Potaknąłem głową i łatwo uniosłem się do pionowej postawy. Jasnowłosa poszła w moje ślady, jednak nie wyszło jej to tak dobrze jak zapewne było w planach. Idealne wypolerowana, śliska podłoga plus buty słabo przyczepne dają glebę gwarantowaną. Schemat sprawdził się i w tym wypadku. Przez chwilę mimika twarzy dziewczyny zmieniła się na sfrustrowaną, ale już po chwili stanęła na proste nogi przyjmując dawny wyraz twarzy. - Mam pewien ciekawy pomysł, ale do tego potrzebny będzie mi ktoś silny -spojrzała na mnie ukosem, jakby wszystko było już ustalone. Westchnąłem, po czym zgodziłem się i zapytałem co należy do moich obowiązków. - Na sam początek musimy znaleźć odpowiednie miejsce i kilka potrzebnych narzędzi..
- To ma być jakieś duże przedsięwzięcie? -zadałem kolejne pytanie, nieco bez entuzjazmu (co oczywiście zdolnie wyłapała) aby wybadać teren. Co też może chodzić tej istocie po głowie? Mam ochotę rzucić się do łóżka i iść spać albo zagrać kilka meczy na konsoli aż zrobi się całkiem ciemno, kiedy to przywołam kolejną burzę i kolejny raz naszkicuję coś takiego samego, ale innego. Ludzie zawsze krzyżują wszystkie plany. Może dlatego właśnie jestem tak aspołeczny.. może.
- Nie marudź tylko chodź -pociągnięcie mnie za skrawek bluzy zawahało moją równowagę, przez co jeszcze przez chwilę próbowałem utrzymać się na lewej nodze, drugą mając wysoko w powietrzu aż nie zaryłem szczęką o gładki marmur. Wystraszony wzrok dziewczyny momentalnie padł na moją twarz, która o dziwo pozostała w jednym kawałku. Otrząsłszy się po upadku energicznie skoczyłem na równe nogi z cytatem na ustach:
- Całe życie człowiek uczy się, żeby w pewnym momencie stwierdzić, że najchętniej zostałby pluszowym misiem.
Ivy? Nie ma 1500. Jest 1426. Mam nadzieję, że wybaczysz. I to, w jakim momencie zostało zakończone to opowiadanie również.. Ale.. opowiadanie jest dzisiaj, więc chwała mi!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz