niedziela, 30 października 2016

Od Laurence'go C.D Devona

W głowie ludzi czasem pojawia się myśli... Wniosek, nic szczególnego zwykły, cichutki głosik, który większość z nas z reguły ignoruje. Puste słowa, które mówią nam, że życie trzeba zmienić, że nie wszystko powinno być takim jak jest teraz. Ta jedna myśl potrafi zawrócić nam w głowie, odmienić nasze życie bez względu na to czy jej posłuchaliśmy...
Czasem jest naszym ratunkiem...
Bywa zatraceniem... 
Odkrywanie tej formy przynależności do świata jest jak stąpanie po cienkim lodzie, nie wiadomo kiedy pęknie by zabić w nas wszystkie idee, plany, marzenia by zniszczyć nasze człowieczeństwo i doprowadzić naszą psychikę na skraj urwiska...
Pytanie tylko czy damy radę się cofnąć?
Czy może bezwładnie rzucimy się w jego przepaść?
Czy w ogóle wejdziemy na tą kruchą przestrzeń?

Biegłem, tak szybko jak tylko pozwalał mi na to mój organizm gnałem przez nieprzemierzone przez nikogo lasy, poznawałem nowe ścieżki między drzewami, których nie odkryła jeszcze żadna ludzka noga.
Teraz naprawdę chciałem się zgubić... Bo kto mnie odnajdzie, jeśli ja sam tego nie zrobię? Gdybym mógł zakopać się pod ziemię, może właśnie popijałbym herbatę z glizdami siedząc na samym jądrze ziemi. Z każdym krokiem mój oddech stawał się szybszy, serce waliło jeszcze mocniej, a mózg pracował na najwyższych obrotach.
Bo przecież musiałem uważać, żeby nie przywalić w drzewo.
Dobiegając do sporych rozmiarów góry, wbiegłem na jej szczyt. Ze spokojem rozejrzałem się dookoła szukając dalszej drogi ucieczki. Raczej jakiegokolwiek pomysłu na nią bo dłuższy bieg pewnie kompletnie mnie wykończy. Zeskoczyłem z sporych rozmiarów drewnianego pnia, próbując gwałtownie złapać równowagę, w efekcie czego potknąłem się o nieproszoną gałąź i robiąc trzy przewroty w przód wylądowałem w krzakach, które dotkliwie zraniły moje ubrania, drapiąc ciało i twarz.
- Kurwa - zakląłem mocno przeciągając literę "a", tak. Zdecydowanie powinienem ochłonąć. To nic takiego po prostu pięciu napakowanych kolesi chce mojej śmierci lub kasy, której też nie mam.
Dam radę...
Z nadzieją, która zaatakowała moje myśli, przejechałem dłonią po włosach wolną ręką otrzepując brudne i tak ubrania. Szkoda, że do pozytywnych wniosków doszedłem teraz, kiedy kompletnie nie znałem drogi powrotnej.
Chyba tylko cud uratuje mnie z tego gówna.
Jednak tak jest zawsze kiedy człowiek gubi się w racjonalnym myśleniu. Przysiadłem na ziemi wsłuchując się w otaczającą przyrodę tak, jakbym to właśnie w szumie liści doszukiwał się odpowiedzi na zadane mi pytanie. Mimo to, dźwiękowi ocierających się o siebie nawzajem koron drzew towarzyszyło coś jeszcze... Kroki,. Z początku szybkie, dające wrażenie, że zaraz minie mnie bez słowa, a ja nawet nie zauważę towarzyszącej mi osoby. Po chwili jednak ustały. Kątem oka dostrzegłem postać, podobną do chłopaka, który wczoraj obserwował moją kłótnię z byłym już przyjacielem...
To na pewno on
Z przyklejonym do twarzy uśmiechem odwróciłem się do swojego towarzysza i zachowując pozory sztucznej uprzejmości wbiłem wzrok prosto w jego oczy.
- Wierzysz w przeznaczenie? - spytałem chłopaka unosząc kąciki ust nieco wyżej, ten w odpowiedzi wzruszył jedynie ramionami patrząc na mnie tak jakby ze strachem? Niepokojem?
Poniekąd rozumiałem jego w gruncie rzeczy uzasadnione odczucia. Stał przed nim wysoki, chudy chłopak, konający ze zmęczenia i podrapany jakby właśnie go pobito i wypytywał o przeznaczenie.
Musiałem wyglądać komicznie.
-Ja też nie - wzruszyłem ramionami - To bajka, którą wciska się naiwnym nieudacznikom, nie potrafią ogarnąć swojego życia sami więc zwalają to na działanie boskie. Zaś Ci, którzy tego zapisanego w gwiazdach szczęścia doświadczają - przerwałem teatralnym westchnieniem - To po prostu debile z fartem - zamrugałem kilkakrotnie skupiając się na reakcję chłopaka wobec moich słów. Stał taki... Niby niewzruszony, poniekąd obojętny. Jak gdyby myślał, że jego brak zainteresowania w ogóle mnie obchodził. - Zapomniałbym o manierach - uśmiechnąłem się z wypisanym na twarzy cynizmem. - Mam na imię Laurence, właśnie poznałeś najbardziej zakochanego w sobie dupka, grzeszącego gracją i elokwencją - swoją ostatnią wypowiedź dopisałem do wyrazu jego twarzy.
Zawsze śmiałem się z tego dziwnego zjawiska... Bo gdyby podążać za tropem i bawić się w przeciwieństwo swego towarzysza, ten zawsze robił naprawdę rozbrajającą minę - Ty jednak na takiego nie wyglądasz, więc... - urwałem, wątpiąc by odebrał to na tyle złośliwie, na ile faktycznie powinien.
- Devon - odpowiedział mi przyjemny dla ucha głos.
- W takim razie, Devonie, wiesz może jak mam się stąd dostać do Akademii Paresscot?
- Właśnie stamtąd wracam - wypalił, a jego oczy rozbłysły jakby właśnie zdradził mi swój najważniejszy sekret. - Bosko, mam nadzieję, że jesteś w stanie zmienić swoje plany, bo ja muszę dotrzeć tam teraz, a z tego co pamiętam, droga jest długa... - dodałem i ruszyłem za chłopakiem, słysząc jak ten po  chwili wahania rusza za mną.
Devon...
To imię może mi się jeszcze przydać.

Devon?
Ja się poddaję.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz