Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Devon. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Devon. Pokaż wszystkie posty

piątek, 23 grudnia 2016

Od Devona do Ivy

Księżyc zerkał na świat z góry, rzucając na ziemię blade światło. Umożliwiał tym samym spokojny marsz, bez obawy potknięcia się czy błądzenia po omacku w ciemnościach wprost z najgłębszych czeluści. Gwiazdy towarzyszące mu, w ilości nie do zliczenia tworzyły obrazek na ciemnym niebie. Gdyby obudzić się tu, tak po prostu, nie jeden pomyślałby że to obraz wybitnie utalentowanego malarza bądź zdjęcie o świetnej jakości. Nic bardziej mylnego.
Siedząc w minus sześciu stopniach, otulony w grubą, zimową kurtkę oraz w wysokich butach wypchanych ocieplających futrem dałem się ponieść fantazji. Myśli krążyły wokół wszystkiego, rzeczy mniej i bardziej ważnych, kompletnych głupot czy brutalnej rzeczywistości. Nic jednak nie dawało mi takiej satysfakcji jak ułożenie się wygodnie na białym puchu, ciągle lecącym z nieba i utkwienie wzroku wysoko w górze. Nie wiem kiedy noc przerodziła się w poranek, ten zaś w dzień, księżyc zasnuły ciemne chmury, a jasne słońce wyglądało już zza linii drzew. Wszystko to jakby pojawiło się nagle, nie mają ku temu żadnych powodów. A przecież była to naturalna kolejność: noc, dzień, księżyc, słońce. Przytłoczył mnie również sam fakt pozostawienia bez żadnej wiadomości śpiącej Ivy. Najgorsza była jednak myśl, bardzo nachalna i nieustępująca o tym, że jeszcze trzy najbliższe dni trzeba iść na zajęcia i męczyć się przed bezsensownymi zadaniami, niezrozumiałymi formułkami oraz wytracać siódme poty na zajęciach z wfu. Chętnie zrobiłbym sobie najzwyklejsze wagary, jednak mój start w tym miejscu pozostawia wiele do życzenia. Zatem trzeba jakoś to wysiedzieć i co chyba najważniejsze: przeżyć.
- Devon? Devon! - krzyki oraz zapytania znanej mi osoby dochodzą do mnie z opóźnieniem, są jednak na tyle czytelne bym rozpoznał w nich strach i nutkę zawodu. Ivy podbiega do mnie, po czym rzuca się na kolana i sprawdza moje funkcje życiowe jak oddech czy trzeźwość myślenia pytaniami o ilości palców na jej dłoni. Naturalnie posiada ich dziesięć, chyba że w niewyjaśnionych okolicznościach kilka z nich straciła i ma ich mniej. Fantazja dzieci, coś czego Devon ma w nadmiarze samemu o tym do końca nie wiedząc. W końcu unoszę się z ziemi by dojrzeć zszokowaną twarz jasnowłosej, rozbiegane spojrzenie i mokre od łez policzki. - Boże, żyjesz! - zostaję uwięziony w bardzo mocnym uścisku, zastygamy tak na chwilę by zaraz dziewczyna pochwyciła moją twarz i złączyła nasze usta w wyjątkowo namiętnym pocałunku. Oderwawszy się ode mnie jeszcze raz przeskanowała moją twarz, jakbym nie był tym samym Devonem co zwykle. A byłem. Tylko trochę mniej wyspanym, bardziej zimnym i wyjątkowo mniej kaszlącym.
- Oszalałaś - skarciłem dziewczynę ujmując jej chude, nie okryte niczym ręce. Jej skóra zaszła cienką warstwą szronu który swoją drogą był cholernie zimny. Pomimo protestów jasnowłosej ubrałem ją w swoją, kilkukrotnie za dużą kurtkę i oddałem rękawiczki. Unieśliśmy się z ziemi i w ciszy ruszyliśmy w stronę pokoi. Przynajmniej ja wiedziałem że idziemy w dobrym kierunku. Ivy przytuliła się do mojego boku, dając mi tym samym szansę na otarcie już zasychających łez.
- To ty oszalałeś - zwróciła się do mnie łamiącym głosem, wpatrując się w głębie moich oczu. W zasadzie.. mogłem przyznać jej rację. Byłem jednak na tyle pochłonięty nią że wcale o tym nie myślałem i wzruszając ramionami skupiłem się na drodze przed nami.
***
Pokój powitał nas ciepłym powietrzem, zupełnym przeciwieństwem tego co znajdowało się za drzwiami wejściowymi. To jednak nadal było za mało, więc zgodnie ruszyliśmy w stronę kuchni, gdzie przyszykowaliśmy cały dzban gorącej czekolady, stos kanapek i kilka słodkości. Postanowiliśmy zjeść w łóżku, pod ciepłą kołdrą, na miękkim materacu. Jak zawsze nie obeszło się bez ubrudzenia wszystkiego dookoła i duszenia się śmiechem Ivy. Dzień zleciał wyjątkowo szybko, właściwie dziewczyna zaciągnęła mnie do roboty i kazała sprzątać, za czas kiedy sama załatwiała choinkę. Naprawdę, nie mam pojęcia po co komu ten chwast, choć w efekcie końcowym nie wyglądał tak źle. Kiedy po siedemnastej udało nam już z wszystkim wyrobić i zasiedliśmy na kanapie w salonie, oglądając efekt pracy to jest kolorowe bombki, jeszcze bardziej kolorowe lampki. raz świecące się a raz nie i rażącą w oczy gwiazdę na samym szczycie zrobiło się wyjątkowo cicho. Wszędzie dookoła panował półmrok, a cień jasnowłosej przytulonej do mnie stworzył na ścianie malowidło któremu teraz bacznie się przyglądałem.
- Lubię cię - dziewczyna ucałowała najpierw moje czoło, potem policzek, czubek nosa aż w końcu dotarła do samych ust. Następnie usiadła okrakiem na moich nogach, nadal nie przerywając namiętnego pocałunku, a dłonie swoje umieszczając na moich barkach. W obawie, że zechce czegoś więcej przerwałem pieszczoty, a swój wzrok skierowałem do pustej ściany z boku. Te działania jednak nie zniechęciły Ivy, wręcz przeciwnie - kierowała swoją głowę tam, gdzie aktualnie patrzyłem, za każdym razem jeśli odwróciłem ją czy chociażby zmieniłem obiekt swojego zainteresowania. - A ty mnie lubisz? - bawiła się przez chwilę moimi dłońmi, potem układając je na swojej talii. Nie wiedziałem co myśleć, co robić, wdychałem więc zapach drzewka roznoszący się po całym salonie i wpatrywałem się w błękit jej oczu.

Ivy? Poczuj magię świąt! :D Swoją drogą nie mam pojęcia co wstąpiło w tą Ivy ( ͡° ͜ʖ ͡°)

sobota, 17 grudnia 2016

Od Devona do Ivy

- Święta? - pomimo zmieszania Ivy zawiesza na mnie wzrok. Czy to moje dzisiejsze ubranie przyprawiało ją o tak szampański nastrój? Jeśli tak muszę częściej się tak ubierać.. a raczej tego nie robić. - Wiesz trochę głupio się przyznać.. - zaczynam zdanie, by po chwili przerwać je na rzecz walki o ostatni kawałek pizzy. Udaje mi się złapać zdobycz jako pierwszy, lecz ręka dziewczyny, zastygnięta na mojej walczy do samego końca. Ze śmiechem na ustach oddaję jej jedzenie i wracam do przerwanej rozmowy - w zasadzie to nigdy nie obchodziłem świąt - emocje. Zmieszanie, szok, irytacja, smutek, szczęście, zadowolenie i w końcu - satysfakcja. To co przez następnych kilka minut działo się z wyrazem twarzy jasnowłosej.. to.. to było coś pięknego. Wartego każdych pieniędzy i każdego czasu. Byłbym w stanie zmyślić coś jeszcze na poczekaniu dla lepszego efektu, jednak nie udaje mi się przez dukanie dziewczyny.
- A-ale j-jak to? - szeroko otwarta buzia, układająca się w literę "o" wywołuje u mnie napad śmiechu. To robi się coraz bardziej niepokojące, przejmuję jej dziwne odruchy. - Co cię tak śmieszy? - teraz nadeszła irytacja. Za chwilę będzie smutek, zmieszanie i szczęście. - To.. To smutne że... - zawiesza się, myśli i kończy: - No nie wiem.. Może to i lepiej.. Ale wiesz co jest najważniejsze? - kiwam głową w stronę dziewczyny. - To, że twoje pierwsze święta będą najlepsze na świecie! Obiecuję ci to! - uradowana Ivy energicznie powstaje, wykonuje dziwaczny taniec o mało co nie rozwalając sobie głowy o szafki, porywa mnie do niego po czym zaplata swoje ręce na moich łopatkach, a głowę kładzie na torsie.
- Ciekawy obrót spraw - słowa wymruczane we włosy dziewczyny wracają ją do rzeczywistości lecz ja, spodziewając się gwałtownego ruchu z jej strony obejmuję ją w talii i nie daję popsuć tej chwili. - Wiesz, powinienem zostać psychologiem - Ivy spogląda na mnie z dołu, jakby nie połapała o co mi chodzi, ale to już mniej ważne. Stoimy chwilę w milczeniu, które przerywa głośny, ciągły dzwonek telefonu. Z westchnieniem puszczam wolno jasnowłosą, która przez chwilę szuka telefonu, by następnie wpaść na pomysł sprawdzenia kieszeni. Jako iż nie należę do podsłuchiwaczy wychodzę do innego pomieszczenia, przy okazji znajdując i zarzucając na siebie jakieś ubranie. W oczekiwaniu na powrót dziewczyny rozsiadam się na kanapie w salonie i z determinacją przerzucam kanały w telewizji. Natrafiając na muzykę zatrzymuję się i pogłaśniam dźwięk, co wywołuje z kuchni zaciekawioną Ivy. Rzuca mi karcące spojrzenie, co w mojej opinii znaczyć miało "przycisz to", po czym wraca do rozmowy. A ja wracam do słuchania. Następna piosenka, jakiś nieznośny rap dłuży się w nieskończoność, potem jest jeszcze dłuższa przerwa i w końcu kilka porządnych kawałków. Przez cały ten czas zza ściany dochodzą mnie niezrozumiałe urywki zdań i podekscytowany głos mojego gościa. W końcu, po najdłuższych w moim życiu dwudziestu trzech minutach z kuchni wyszła Ivy, niosąc ze sobą uśmiech od ucha do ucha i jeszcze weselsze spojrzenie. Dzień zapowiada się wyśmienicie.. Wróć. Dzień zapowiadałby się wyśmienicie, gdybym nie zaczął znów kaszleć. Zignorowawszy to zmierzyłem wzrokiem dziewczynę i zadałem dość retoryczne pytanie - Czyli idziemy na to lodowisko, tak?

Ivy? Wszyscy wyjeżdżają ostatnio na wakacje: moja wena, yt.. Proszę, nie bij i napraw to..

poniedziałek, 12 grudnia 2016

Od Devona do Ivy

Droga w kierunku mojego pokoju oprócz uprzejmej ciszy urozmaicana była licznymi potknięciami jasnowłosej o wystające skrawki ziemi czy kamyki z których wysypany był parking. Ta śmiała się sama z siebie, jakby obłąkana czy niezdrowo rąbnięta psychicznie. Moim fatum niestety był kaszel, dość irytujący i zwiększający swoją siłę co każdą minutę. Wreszcie, dotarłszy do ciepłego pomieszczenia zrzuciliśmy z siebie wierzchne ubranie i jak jeden brat odwiedziliśmy kuchnię. Zaparzyłem nam gorącej herbaty, kiedy Ivy przygotowała kilka kanapek z wcześniej wygrzebanych z lodówki składników. Kolacje udało nam się skończyć przed pierwszą w nocy, zaplanowanie kolejnych kilku godzin graniczyło z cudem. W końcu zdecydowałem się na prysznic, ale nim wstałem z wygodnej kanapy minęło kilka, może kilkanaście kolejnych minut.
- Więc, jeśli tak bardzo chcesz mnie niańczyć możesz przyjść umyć mi plecy - posyłam już czerwieniącej się dziewczynie chytry uśmiech, po czym znikam w łazience na dobrych kilkadziesiąt minut. Ivy nie przyszła, no i cóż, moje plecy nie zostały umyte. Opuszczając mój mały azyl zastaję śpiącą na kanapie dziewczynę, której włosy porozrzucane na wszystkie możliwe strony zajęły więcej miejsca niż samo jej ciało. Westchnienie towarzyszy mi kiedy spostrzegam, jaki przedmiot robi za jej poduszkę. Moja bluza. Bardzo lubię tą bluzę. Już nie odzyskam tej bluzy. Dalsze kontemplacje na temat przyszłości ubrania przerywam sobie sam, gdyż w oczy rzuca mi się nowa, nawet nie rozpakowana z folii gra na konsolę. O tak, to będzie piękna noc. Ale najpierw trzeba pozbyć się mieszkańca kanapy. Przenoszę więc delikatnie dalej drzemiącą Ivy, która dla mnie nie sprawia żadnego ciężaru na swoje szerokie łóżko, po czym okrywam ją kołdrą. Chwilę spędzam jeszcze na wpatrywaniu się w jej delikatne rysy twarzy, aż przypominam sobie o grze. Do godziny ósmej, jak nie lepiej oddany jestem światu gier, ciągłej destrukcji i możliwości wrócenia życia, jeśli tylko zrobi się coś nie tak. Nawet jeśli nie można się wskrzesić, zawsze można ponownie wczytać i mieć kolejną szansę na poprawę. Od tego iście ciekawego zajęcia odrywa mnie Ivy, która zamiast wstać jak człowiek tłucze się i spada z łóżka. Wiem to, gdyż od razu po usłyszeniu trzasku udaję się do sypialni, gdzie dziewczyna rozwalona na podłodze uśmiecha się do siebie i mamrocze coś niezrozumiale. Pomagam jej podnieść się, samemu przy tym podśmiewając się z kaleki.
- Dzień dobry - wita się zaspanym głosem, zaś szeroki uśmiech nie schodzi z jej twarzy nawet na chwilę. - Choć nie wiem czy taki dobry - śmiech tej dziewczyny zaraża. Dosłownie. Jest wszędzie, wypełnia całe pomieszczenie, przesiąka innych, w końcu i ty sam zaczynasz się śmiać, nawet jeśli nie masz ku temu powodów czy chęci. Ivy zatrudnić mogłaby się jako zawodowy komik, albo ktoś kto pomaga ludziom w depresji ujrzeć świat z trochę lepszej, weselszej strony. Tak, to na pewno nie byłoby takie głupie. - O czym tak myślisz? - wypowiada słowa powoli i z precyzją taką, jaką słyszę z jej ust pierwszy raz, poklepując miejsce na łóżku obok siebie. Korzystam z zaproszenia, zaraz usadawiając się na miękkim, zagrzanym materacu.
- O tobie - urywam pogawędkę krótko, gdzyż moim ciałem zawłada dziwna chęć bliskości. Głos, idealnie zniżony, a słowa prawie wyszeptane pomagają gęsiej skórce w pojawieniu się na rękach jasnowłosej. Zbliżając się do jej twarzy wyczuwam charakterystyczny zapach dziewczyny, ten uwielbiony przeze mnie, tak dokładnie zapamiętany. Mógłbym rozpoznać go z miliona innych, a swojej decyzji byłbym pewien bardziej tego iż ziemia kręci się wokół słońca.

Ivy? Dobrze, mogę być twoim mistrzem, ale jak na razie - uratuj ten wątek bo ja nie wiem.. x-x

piątek, 9 grudnia 2016

Od Devona do Ivy

Wraz z końcem utworu ku końcowi dobiega i nasz taniec. Wysoki facet o długich palcach ogłasza przerwę muzyków i zachęca do skosztowania dzisiejszego dania szefa kuchni, na co wraz z Ivy przystajemy, dość entuzjastycznie. Wracając wolnym oraz przepełnionym elegancją krokiem do naszego stolika czuję czyiś wzrok na swojej osobie. Jak się okazuje, tajemniczym podglądaczem jest nie kto inny jak jasnowłosa, teraz uśmiechająca się od ucha do ucha. Zasiadamy do stołu, gdzie kelner uzupełnia już zawartość naszych kieliszków. Zauważając naszą parę prędko stawia przed nami menu, pyta o danie które chwielibyśmy skosztować jako drugie, przy czym nie może zabraknąć oczywiście wzmiance o szefie kuchni.
- Więc, czym zasłużył sobie ten szef, że tak wszyscy dziś go wychwalają? - pytam uprzejmie przerywając chwilową ciszę powstałą na wskutek zagłębienia się w lekturze. Przelatuję jeszcze raz wzrokiem po nieciekawych nazwach, po czym zatrzymuję go na niewiele starszym od siebie chłopaku.
- W zasadzie.. - zastanawia się nad sensowną odpowiedzią, przez sekundę waha się po czym wznawia rozmowę - W zasadzie dobrze gotuje. Niech państwo sami się przekonują - szczery uśmiech wysłany w kierunku przyglądającej się nam Ivy decyduje o zamówieniu dwóch dań szefa kuchni. W oczekiwaniu na potrawy rozglądam się po sali, a by jeszcze bardziej skrócić czas oczekiwania rozpoczynam pogawędkę z dziewczyną.
- Zatem.. Masz świrniętą siostrę bliźniaczkę - idealnie wybrany temat potrafi zaciekawić nawet najbardziej antyspołeczne ogniwa do rozmowy. Ivy nie jest takim utrudnieniem, toteż rozmowa wchodzi gładko i klarownie, pozostawiając jednocześnie posmak miłego dla ucha słownictwa oraz przystępnego towarzystwa. - Chorującego ojca i..? - dziewczyna potakuje głową na każde kolejne słowo, wiedząc już zapewne iż rozmowa toczyć się będzie wokół niej.
- I tyle - dokańcza posyłając w moją stronę chyry uśmieszek, ten z serii "jeszcze wiele o mnie nie wiesz". Odpowiadam zamyślonym wyrazem twarzy, faktycznie głowiąc się nad kolejnym, sensownym pytaniem. - Teraz coś o tobie - dziewczyna obraca rozmowę na dla mnie niekorzystną stronę, przez co na chwilę zapada cisza. Wypełniają ją głosy ludzi rozmawiających dookoła, sztućcy jeżdżących po zastawie oraz tej składanej i rozkładanej z coraz to nowszymi potrawami. Zapachy rozchodzące się w tym pomieszczeniu są niczym najdroższe olejki i świece, na co niewątpliwie stać ów lokal. Cała sceneria składa się na iście elegancką oraz "z wysokiej półki".
- Nie mam nikogo. Więc, wracając do ciebie.. - podejmuję próbę uratowania się, jednak to jeszcze bardziej mobilizuję Ivy do przerwania mi wpół zdania. Tonący brzytwy się chwyta.
- Jak to nikogo? Proszę, powiedz coś więcej - te maślane oczy i ten słodki głosik niejednego skłonił by do popełnienia największego przestępstwa, co na szczęście nie tyczy się też mnie. Może naturalnie zostałem obdarzony taką, wprost mówiąc obojętnością, a może doświadczenie samo przyszło na przestrzeni lat. Niewiele wiem, choć jedna rzecz, której byłem wtedy na sto procent pewny: obojętność jest bardzo przydatna.
- Normalnie, nikogo kochanie - zwrot na końcu maskuje niechęć do tematu z mojej strony, zaś na obu policzkach dziewczyny pojawia się różanie różowy rumieniec. Kelner, jakby czekając na odpowiednią chwilę podchodzi do nas z dwoma talerzami i ustawia je przed nami poczynając od Ivy i życząc smacznego. Dziękujemy i odciągnięci od tematu wzajemnie życzymy sobie tego samego. Upijając łyk wyśmienitego alkoholu, połączonego z czymś, czego nazwy nie pamiętam (a było cholernie dobre) powiedzieć można by było, iż w tym miejscu spożywają nektar oraz ambrozję w czystej postaci. Porozumiewam się wzrokiem z dziewczyną, która zachwycona jedzeniem równie jak ja przypomina sobie o pozostawionym temacie. I tym razem wyczucie czasu ucisza ją, gdyż na scenę powracają muzycy. Bez zbędnych ceregieli usadawiają się na swoich miejscach i wznawiają koncert. Idealnie dopasowane do siebie instrumenty smyczkowe oraz klawiszowe odgrywają pierwszą rolę, jednakże w tle usłyszeć można również ciche brzdąknięcia harfy. Muzyka na wysokim poziomie w lokalu na jeszcze wyższym poziomie z jedzeniem na jeszcze lepszym poziomie oraz alkoholem na najwyższym z możliwych poziomów. Raj na ziemi. I byłby on dalej naszym rajem, gdyby nie wzbierający w mych płucach kaszel. Uwolniłem się z jego objęć, by jego miejsce zastąpił kolejny, większy od poprzedniego. Zerkam na dziewczynę, jeszcze niczego nie świadomą i wstaję od stołu, by udać się do bocznego wyjścia szybkim krokiem, skupiając całą uwagę by nikogo nie potrącić bądź na nikogo nie wpaść. Tył restauracji nie wyglądał już tak przytulnie, czysto, jasno i zachęcająco, jednak było tam znacznie mniej ludzi. Właściwie byłem tam tylko ja, jakiś Burek goniący za własnym ogonem i pośpiesznie krocząca za mną Ivy. Kolejny raz kaszlę, odchrząkuję, znów kaszlę i nadal duszę się powietrzem. Klepanie w plecy nic nie daje, dopiero chwila na świeżym powietrzu zdaje się działać jakoś na ten dziwny napad. Utkwione we mnie pytające spojrzenie ignoruję wydając polecenie złapania taksówki. W moich planach było wkroczenie do środka, podziękowanie na wieczór i zostawienie napiwku obsługującemu nas kelnerowi. Obyło się bez pytań, podejrzliwych spojrzeń i innych głupich gestów, za co byłem wdzięczny. Dławiąc w sobie kaszel musiałem wyglądać jak burak ćwikłowy, ale cóż, zdrowie nie sługa. Wychodząc już poprawnym wejściem dostrzegam Ivy przed którą akurat zatrzymuje się taryfa. Dołączam do dziewczyny, otwieram przed nią drzwi jak na dżentelmena przystało, odkasłuję przechodząc na drugą stronę samochodu i również pakują się do środka. Wydaję polecenie zawiezienia nas do akademii, jednak dziewczyna protestuje i zmienia nasz kurs na szpital. Jej wymowne spojrzenie ląduje w szybie, gdyż obracam głowę tak, by ukryć całą swą twarz, a i móc poobserwować zatłoczone, kolorowe ulice na zewnątrz. Podróż nie trwa długo, wielki budynek znajduje się dość blisko a i kierowca dobiera ulice tak żeby uniknać tych największych korków. Płacę wysokim nominałem, nie zwracając nawet na to uwagi i wysiadam pospiesznie z pojazdu. Czując nagły zawrót głowy i ogólne przyćmienie mózgu wspieram się na kolanach, oddychając głęboko zimnym, grudniowm powietrzem. Drażni ono moje nozdrza aż po same płuca, a smród spalin nie rozpływa się przez kolejnych kilka sekund. Jasnowłosa dołącza do mnie, obejmuje moje ramie w geście pomocy, na co godzę się już bez większego namysłu. Zdarzenia zaczynają nabierać tempa: najpierw wleczemy się do środka, potem rejestracja w receplcji, kolejny raz duszenie się powietrzem, przyjęcie na oddział (wieźli mnie nawet na wózku pod samo łóżko), kilka nieprzyjemnych badań i kontrolnych pytań. Czas zwalnia kiedy przychodzi mi zostać samemu. Doktor prowadząca mnie zniknęła gdzieś za drzwiami, pielęgniarki zajęły się innymi pacjentami, a kroplówka powoli, stopniowo kapała, by rurką przedostać się do moich żył. Nagłe uczucie zmęczenia dopada mnie pośród miliona otaczających moją głowę myśli, przynosząc ulgę i ukojenie choć na te kilka sekund. Znów przeszkadzają ci lekarze, mówią coś głośno, jakaś reanimacja, nie wiem dokładnie o co chodzi bo właściwie przez kilka minut jestem nieprzytomny. Budzę się wraz z silnym uciskiem w płucach, kaszlą przez kilka sekund kiedy to mój stan stabilizuje się. Od razu, przy pierwszej okazji pytam o Ivy, na co lekarka odpowiada uśmiechem i wychodzi z białej sali, by wrócić za chwilę z dziewczyną. Od razu dostrzegam to przerażone spojrzenie, strach malujący się na jej pięknej twarzy a mój nos wyłapuje ten okropny, szpitalny zapach. Przy okazji: od kiedy leżę pod tą kołdrą? Strasznie tu gorąco, jednak ignoruję to by skupić się na odwiedzającej mnie. Ta przysiada bokiem na łóżku, ujmuje moją chłodną dłoń i świdruje wzrokiem. Robi to jednak łagodnie, troskliwie, próbując dowiedzieć się jak najwięcej, próbując zrozumieć. Biorę kilka głębszych wdechów, gdyż tak teraz przygotowuję się do rozmowy i jednym ciągiem przepraszam moje powietrze.
- To nie był wspaniały wieczór, a miał być - zacinam się by wziąć kolejny, większy oddech - wybacz, obiecuję ci to wynagrodzić - brak tchu ogranicza moje dalsze wyjaśnienia, z drugiej strony widzę jak jasnowłosa zbliża swoją twarz do mojej. Łączymy je w krótkim, acz przepełnionym miłością pocałunku. Nie mogę powiedzieć już więcej tej nocy, gdyż wskazujący palec mej towarzyszki ucisza mnie za każdym razem gdy próbuję złamać tą nowo powstałą zasadę. Oczekujemy w ciszy na lekarkę, są to może minuty, może i godziny, a ta nadal ukazuje się tylko przelotnie, przechodząc z jednego oddziału do drugiego. Kiedy dziewczyna usypia moje poirytowanie sięga zenitu, a w głowie rodzi się myśl. Pewna bardzo zła i pewnie nieodpowiedzialna myśl, którą w tamtym czasie popieram całym sobą. Odpinam od siebie każdy kabel po kolei, a kiedy i to zaczyna się robić denerwujące po prostu orywam je od swojego ciała. Zbudzam tym samym moje powietrze, które wybałuszonymi oczami zerka to na mnie, to na drzwi za swoimi plecami. - Wychodzimy stąd kochanie, nie będę dłużej czekał - kolejny raz zwracam się do niej w ten sposób, tym razem jednak nie kontrolując tego. To źle czy dobrze, mam się zacżąć przyzwyczajać? Nie ograniczany już przez żadne kable, kabelki i taśmy chwytam dłoń zaskoczonej dziewczyny, podnoszę się z łóżka i chwiejnym krokiem opuszczam budynek. Nikt jakoś specjalnie nie przejmuje się moją osobą, może przez dość "zwyczajny" wygląd. W sumie kaszel już nie męczy, czuję się dobrze, więc po co tracić tu czas. Muszę w końcu jakoś wynagrodzić te stracone.. godziny? Minuty? Nie ważne, i tak będę musiał to zrobić. Teraz jednak zatrzymuję się wraz z dziewczyną przed ruchliwą ulicą. Ivy staje naprzeciw mnie, obejmuje i przytula jak do pluszowego misia, co oczywiście odwzajemniam. Co będzie dalej, tego można się jedynie domyślać. Historia zatacza się kołem, keidy to jednak nastąpi.. Pożyjemy, zobaczymy.

Ivy? Co to się porobiło? Wiem, potrafię popsuć każdą piękną chwilę :D

środa, 7 grudnia 2016

Od Devona do Ivy

Ciemna limuzyna, będąca wzorem luksusu i utwierdzeniem w przekonaniu, iż osoba poruszająca się nią dysponuje grubym portfelem zatrzymała się tuż przed mymi stopami. Kierowca sprawujący ogółem rolę szofera wysiadł z pojazdu by otworzyć drzwi naszej dwójce. Ivy, choć oblana czerwonym rumieńcem uśmiechnęła się i ruszyła w kierunku wozu, co wkrótce zrobiłem i ja, uprzednio kiwając na faceta by powrócił za kierownicę. Wnętrze samochodu urządzone było z klasą na jaką przystało ludziom wożącym się takimi zabawkami. Siedzenia obite białą skórą, szyby przyciemnione, niewielki barek wypchany po brzegi najdroższymi szampanami oraz oświetlenie, którego pozazdrościłby nie jeden klub nocny. Całość współgrała ze sobą, jednocześnie pozostawiając tu nieco wolnego miejsca, by nie czuć się zbyt ciasno. Od razu udało mi się dostrzec niewielki podarunek od firmy, którym była butelka dobrego szampana. Posławszy zaczepny uśmiech dziewczynie otworzyłem go i zapełniłem nim dwa kieliszki, z czego jeden potem podałem jasnowłosej. Wzniosłem toast na cześć dzisiejszego wieczoru, stuknąłem się szkłem z Ivy i skosztowałem alkoholu. Ten palił przyjemnie podniebienie, następnie przełyk, po chwili zostawiając za sobą ciepło promieniujące wewnątrz ust. Postanowiłem przerwać ciszę panującą od jakiejś chwili, przez chwilę jednak zastanawiając się co ciekawego powiedzieć. No cóż, w życiu nie byłem na randce, nikt nie może mieć mi tego za złe. Ivy na pewno nie miała, gdyż niespodziewanie zaśmiała się, a wzburzająca nią fala śmiechu nasilała się z każdym kolejnym parsknięciem. Uniosłem jedną brew w geście zapytania, co jeszcze bardziej pogrążyło dziewczynę w oceanie śmiechu.
- Kompletnie nie rozumiem o co ci chodzi - wycedziłem, lecz by załagodzić suchość tego zdania dodałem: - Ale podoba mi się to. - A dziewczyna znów się zaśmiała. Pociągnąłem kolejny łyk szampana, oczekując aż moja towarzyszka choć trochę uspokoi się. Uśmiech przy tym nie schodził mi z ust, ale cóż, tak już mam. Tak już mam przy niej.
- Okay, ten wieczór zapowiada się świetnie - odezwała się wreszcie, opanowawszy śmiech, błądząc swoim wzrokiem po każdym rogu. W końcu nasze spojrzenia skrzyżowały się, na co oboje zareagowaliśmy zmierzeniem każdego milimetra swojej twarzy. Dziewczyna dziś wyjątkowo nałożyła więcej makijażu, choć z umiarem (za co szczerze jej dziękuję). Oczy podkreśliła kredką i cieniami o kolorze zbliżonym do jej cery. Ponad to wydłużyła rzęsy, spod których teraz wydobywało się zaintrygowane spojrzenie. Udało mi się przyuważyć również niewielką, acz widoczną dla sprawnego oka zmianę w kolorystyce jej ust. Cholera, przyglądanie im się musiało okropnie (dwuznacznie!) wyglądać, a myśl ta była tak gwałtowna, że odwróciłem głowę w stronę okna. Chwilę próbowałem ustalić w której części drogi do celu jesteśmy, dając tym samym obraz na moją twarz z profilu dziewczynie. Kątem oka przyuważyłem, jak ta studiuje każdą jej część, skupia się na każdym niechlujnie rozrzuconym włosie, przechodząc w dół, aż do ust. Tego już za wiele, nie będzie.. Zdanie, w samym jego środku, wędrujące po mojej głowie przerwane jest nagle i niespodziewanie pocałunkiem. Teraz skupiam całą swoją uwagę na uspokojeniu myśli i dziewczynie, która jedną dłoń gubi w mojej gęstej czuprynie, drugą zaś kładzie na prawym policzku. By nie pozostać dłużnym swoimi rękoma oplatam Ivy w talii, by przyciągnąć ją do siebie jeszcze bardziej. Odrywamy się od siebie za potrzebą zaczerpnięcia powietrza, co akurat zgrywa się czasowo z dotarciem pod restaurację. Szofer otwiera drzwi, a widząc nas uśmiecha się tylko i gestem dłoni zaprasza do wyjścia. Przepuściwszy jasnowłosą wychodzę i ja, a drzwi zatrzaskują się tuż za moimi plecami. Pojazd odjeżdża, by ustąpić miejsca następnym, również zamierzającym spędzić tu dzisiejszy wieczór. Przyglądam się solidnemu budynkowi, dość minimalistycznie urządzonemu, co przełamuje jednak duża ilość świateł, dobywających się z każdego kąta i oświetlających każdy róg. Trzeźwość myślenia wraca do mnie kiedy Ivy opiera się na moim boku z cichym westchnieniem.. ulgi?
- Tak, ten wieczór będzie świetny - uśmiecham się do dziewczyny łapiąc ją w talii i prowadząc do szklanych drzwi. Zarezerwowany stolik powinien znajdować się gdzieś na uboczu, jednak nie daleko od sceny, na której to dziś miała pojawić się jakaś wyjątkowa atrakcja. Przypomnienie w głowie jest bardzo ważne, aby potem nie nabawić się jakichś bezsensownych i głupich nieporozumień w tak eleganckim miejscu. Pod znakiem zapytania stoi tylko ubiór kroczącej obok mnie Ivy, która nie wiedząc dokąd się wybiera w końcu musiała się w coś ubrać. Choć mogła przyjść również bez niczego. Kobiety są nieobliczalne.

Ivy? Dziękuję ci Pyćągu za wsparcie w trudnych chwilach i.. nienawidzę za to co kazałaś zrobić za tą "pomocną pomoc" (:

sobota, 3 grudnia 2016

Od Devona do Ivy

Samotny tłum, zmierzający donikąd mijał nas szerokim łukiem, jakby nasza skóra zmieniła się na zielony kolor, a zamiast uszu wyrosły długie, szpiczaste i zgniłozielone kolce. Obojętność mieszająca się z odrazą wstrzymała napad śmiechu równie mój jak i dziewczyny. Kamuflaż składający się z kamiennej twarzy i braku emocji kolejny raz dopasował nas do przechodniów, zaś atmosfera pomiędzy mną a Ivy wyraźnie zgęstniała. Opuszczając okalającą nas chmarę ludzi odetchnąłem z ulgą, otrzymując również zatroskane spojrzenie jasnowłosej. Moje powietrze rozumiało. Zaproponowałem powrót taryfą, na co dziewczyna przystała. Oczekując na pojazd przysiedliśmy na ochodzącej z farby ławce tuż pod latarnią. Płaty śniegu, pomiatane przez wzbierający wiatr lądowały na naszych odzieniach, głowach i zamarzniętych dłoniach, pozostawiając po sobie mokre plamy. Z moim wzrokiem dane było mi obejrzeć każdą, nawet najmniejszą kropelkę i podziwiać jej piękno. Rozmyślenia przerwała dziewczyna, opierając się o mój bok, a długimi palcami szukając mojej dłoni. Udało jej się to, z początku niepewnie położywszy je na mojej skórze, która zareagowała gęsią skórką, przez niewinne zaplatanie palców do solidnego uścisku. Zerknąwszy w dół na Ivy przyłapałem ją na gapieniu się. Zawstydzona uciekła wzrokiem do swoich butów, a soczyście różowy rumieniec rozszedł się po jej twarzy. Przybiłem piątkę ze swoją podświadomością, dochodząc do tego że to moja osoba tak na nią działa. Postanowiłem podroczyć się z dziewczyną i podjąć temat dla niej równie niekomfortowy co sytuacja sprzed chwili.
- Ivy, wiesz może jak to jest, kiedy czujesz coś do drugiej osoby i zdaje ci się, że ona czuje to samo? - pytające spojrzenie przeszyło mnie na wylot, a brew jasnowłosej powędrowała do góry. Zaśmiałem się wzrok skupiając na czarnej przestrzeni przed sobą. - No wiesz, niektórzy nazywają to miłością - szeroki uśmiech wpełzł na moją twarz, bez mojej wyraźnej zgody. Nie dało się już tego zatrzymać. Kątem oka dostrzegłem, jak moje powietrze zbiera się na odpowiedź, blokowaną jednak przez zawstydzenie. - No, dajesz, obiecuję, nikomu się nie wygadam - dodałem jej otuchy, obejmując jej ramię.
- Może.. - ledwo co wydukała słowo, a przed nami zatrzymał się pojazd. Biały neon ustawiony na jego dachu z wyraźnym, ciemnym napisem "taxi" utrwalił nas w przekonaniu, iż trzeba wstać.
- Dokończymy tą rozmowę później - mrugnąłem do dziewczyny i jako pierwszy wstałem, by podać jej dłoń którą ta chętnie pochwyciła. Zapakowaliśmy się do środka, prosząc o podwózkę do miejsca, gdzie droga główna stykała się z wyraźnie nową, asfaltową nawierzchnią prowadzącą do akademii. Kierowca przytaknął i zajął się pracą, w mojej zaś głowie zrodził się kolejny ciekawy plan. - Więc pójdziesz ze mną na kolację? Ten piątek? - zapytałem posyłając zdezorientowanej dziewczynie szelmowski uśmiech. Chwilę zajęło jej przemyślenie sprawy, zgodziła się jednak kiwnięciem głowy. - Możesz pochwalić się siostrze że idziesz na randkę - mój dzisiejszy humor poprawiał sam fakt, iż będzie dane spędzić mi więcej czasu z tą osobą. Delikatna w swojej niewinności, silna w konieczności. Osoba intrygująca pod względem osobowości, pociągająca również w sensie fizycznym, co akurat w moim przekonaniu nie grało tak dużej roli jak samo wnętrze człowieka. Reszta drogi upłynęła w przyjemnej ciszy, wypełnianej jedynie cichą muzyką wydobywającą się z radia taksówki. Obserwacja okien w tym przypadku kończyła się czarną plamą przed oczami, wybielającą się niekiedy by za chwilę ponownie zniknąć w mroku, podobnie co do uczuć znikających w duszy człowieka. Niekiedy na zawsze, często jedynie na jakiś okres czasu, by powrócić ze strojoną siłą i dać nam do myślenia.

Ivy? Plany szlachetne, wykonanie.. sama oceń.

wtorek, 29 listopada 2016

Od Devona do Ivy

Lekki, jesienny wiatr był tylko zapowiedzią niewielkich opadów deszczu, które prędko przeistoczyły się w porządną ulewę. Wraz z Ivy ukryliśmy się pod blaszanym daszkiem jednego ze sklepów monopolowych w pobliżu. Czas jakby stanął w miejscu, a trzeba było jeszcze wrócić do akademii i nie dać się złapać na nocnych eskapadach. Wreszcie, kilkadziesiąt minut od rozpoczęcia się tej paskudnej pogody udało mi się opanować sytuację na tyle, aby nie zmoknąć przy pierwszych kilku sekundach bez dachu nad głową. Ruszyliśmy ciemnymi uliczkami, końcowo trafiając na główną drogę prowadzącą wprost na teren akademika. Duże, podwieszane latarnie zerkały w dół, rozprowadzając światło dookoła siebie na kilka metrów by móc zobaczyć choćby czubki swoich butów. Jasnowłosa niepewnie kroczyła przy moim boku, wiedząc jednak iż ze mną nie ma się czego bać. Pocieszałem ją niekiedy mówiąc, że już niedaleko czy że szybko dotrzemy do celu. Nawet jeśli to nie było prawdą, nadal tak mówiłem. Późną nocą znaleźliśmy się pod ciemnymi drzwiami do pokoju Ivy, gdzie obiecałem ją odprowadzić. Pożegnaliśmy się zwykłym "dobranoc" i rozeszliśmy się w swoje strony. Będąc już otoczonym swoimi czterema ścianami postanowiłem wziąć długą kąpiel, napić się ulubionego piwa, zjeść coś obrzydliwie niezdrowego i nadrobić zaległości w swoich grach konsolowych. Jak planowałem tak i zadziałałem, przez co noc zleciała wyjątkowo szybko. Prawdę mówiąc, ledwo co zorientowałem się, że czas już iść na lekcje, przez co musiałem wykonywać wszystkie poranne czynności trzy razy szybciej niż zwykle. Nie popsuło to jednak mojego dnia, ani tym bardziej pierwsza lekcja nie została oznaczona spóźnieniem przy moim nazwisku. Tradycyjnie ostatnia ławka przy oknie zajęta została jako pierwsza przez moją osobę, chwilę potem dołączyła również Ivy. Blada dziewczyna całą lekcje próbowała skupić się na gadaniu nauczyciela, nadal jednak kątem oka mnie podglądając. Nie pozostawszy dłużnym całą następną godzinę wlepiałem swój wzrok w jej twarz, a ta w odwecie szturchała mnie łokciem kiedy pisałem. Śmieszkowanie skończyło się, kiedy to na czwartej godzinie kolejno Ivy oraz ja zostaliśmy wezwani do tablicy, wypytani z bieżących lekcji i odprawieni do ławki z ocenami za znajomość połowy materiału z zakresu. Nie wiem jak ona, ale ja byłem dumny z siebie, iż pomimo połowy nieobecności wiedziałem tak dużo. Kolejna lekcja, to jest obiecująco zapowiadający się wf rozpoczęła się wraz z głośnym dzwonkiem. Poderwał on tuziny uczniów i zmusił ich do przemierzenia szkolnych korytarzy by w końcu trafić do odpowiednich klas. Moje zadanie było nieco ułatwione, gdyż ogromna sala do ćwiczeń była jednym z miejsc których położenie znałem nawet śpiąc. Rozpoczęliśmy od długiej i ciężkiej rozgrzewki, większość klasy poddała się ledwo po połowie, kilkoro śmiałków przetrwało jednak dłużej. Moja wytrzymałość pomogła mi dotrwać do samego końca wraz z innym chłopakiem, za co nagrodzeni zostaliśmy pozytywnymi ocenami. Kolejnym zadaniem było dobranie się w pary i ćwiczenie różnych, dziwnych chwytów oraz obezwładniania przeciwnika. Każdy dostał parę, oprócz, o ironio - mnie. Nawet taka Ivy, pomimo tego, iż znienawidzona przez zbyt bliską zażyłość z moją osobą ugadała się z jakąś nie znaną mi brunetką. Za to mi przydzielona została jakaś niska blondynka. Nie miałem ochoty wymienić z nią ani jednego słowa i - o dziwo - chyba dobrze się w tej kwestii zrozumieliśmy. Czego nie mogłem powiedzieć o moim powietrzu. Znaczy o Ivy, tak, nazywam ją swoim powietrzem. W każdym możliwym momencie posyłała mi nienawistne spojrzenia i przesiąknięte swoją fałszywością uśmiechy. Nie rozumiałem jej zachowania, toteż szybko przestałem zwracać na nie uwagę. Upragniony koniec ostatniej lekcji zapowiedziała zbiórka całej klasy oraz rozejście się do szatni. Po przebraniu się zaczekałem na jasnowłosą przed budynkiem szkoły. Kiedy już wyszła, udała że mnie nie widzi i odeszła bez słowa. Nie pozwolę się tak traktować. W pół sekundy znalazłem się przed dziewczyną, która z impetem uderzyła głową w moją klatkę piersiową. Spojrzawszy w górę dostrzegłem mieszankę uczuć. Z jednej strony szczęście i ulgę, z drugiej jednak irytację.
- Możesz powiedzieć mi co zmieniło się od wczoraj? - pytam z wyrzutem w głosie, na jaki tylko było mnie stać, ręce zaciskając na jej ramionach. Nie pozwoliłem jej ani odejść, ani wzrokiem skupić się na czymś innym niż na mojej twarzy. W końcu, po kilkuminutowej walce wyrzuciła z siebie suche "zostaw mnie" i odeszła. Tak po prostu. Naprawdę, nie mam pojęcia co tym razem zrobiłem źle. Ale na pewno chciałem się dowiedzieć. Tak więc pozwoliłem dojść Ivy do swojego pokoju, po czym zacząłem pukać w jej drzwi. Robiłem to chwilę czasu. Nie mam pojęcia czy było to sześć czy szesnaście minut, ale palce i tak bolały. Wysiłek jednak się opłacił. W drzwiach stanęła ta sama Ivy co zawsze. Nie, jednak nie była taka sama. Coś się zmieniło. Wyraz twarzy. Spojrzenie. Teraz nie pałało już nienawiścią, w tym momencie koliło bijącym od niego smutkiem. Kilka sekund wpatrywania się w siebie przerwała ona, robiąc krok do przodu i przytulając się do mnie mocno. Przeszliśmy do środka, zamykając z nie małym trzaskiem drzwi za sobą. Szloch wstrząsnął dziewczyną od razu kiedy usiedliśmy na sofie w pokoju dziennym. Rozpoczęła rozmowę, ciągły płacz uniemożliwiał jej jednak mówienie. Podałem mojemu powietrzu chusteczki leżące na stoliku i poczekałem aż się  porządnie wysmarka. Dopiero wtedy udało mi się usłyszeć historię o nagłym pogorszeniu stanu jej ojca. Niby po pomocy tego fagasa było trochę lepiej, ale tak naprawdę zrobił człowiekowi jeszcze większą krzywdę.
Całkiem nieświadomie udało mi się zaobserwować u Ivy pięć faz, jakie spotkać można po otrzymaniu wiadomości o nieuleczalnej chorobie. Inaczej nazywane również fazami umierania  na raka. Pierwsza czyli nieświadomość. Próbowała wyjaśnić to tylko gorszym dniem, czy czymś całkiem nieistotnym w chorobie. Kolejna, to jest niepewność.  Uda się go wyleczyć, na pewno z tego wyjdzie, wszystko będzie tak jak kiedyś. Trzecia - zaprzeczenie. Jasnowłosa zaczęła snuć plany na przyszłość dotyczące jej ojca. Kupi dom, adoptuje psa, będzie jeździł ze swoimi córkami na ryby, kończąc to słowami "to nierealne, wiem". Dalej była agresja. Wyrzuty, że świat jest niesprawiedliwy, tak nie może być, jeśli Bóg istnieje to dlaczego jednym dał szczęścia więcej, a innym mniej. Biła też poduszki i ściskała mocno moją dłoń. Moje powietrze najbardziej przeżywało ostatnią fazę. Depresję. Zaczęła wymieniać, ile straci jeśli odejdzie ten człowiek. Co mogliby zrobić, jak byłoby fantastycznie. Długo przy tym płakała, a żadne pocieszenia nie do niej nie dochodziły. Jedynym sensownym wyjściem, jak mi się wtedy zdawało było zostać z nią i przeczekać tą burzę. Tak też się stało. Oglądaliśmy filmy które sam zaproponowałem, gdyż Ivy niewiele interesowała się światem zewnętrznym. Nieco zamknęła się w sobie i pewnie dużo myślała. Ale nie winiłem jej za to, choć sam nie wiem, jak to jest mieć kogoś bliskiego chorującego.. Nie wiem jak jest mieć kogoś bliskiego, zacznijmy od tego. Po trzech, długich filmach podczas których jedynym zajęciem jasnowłosej było tępe patrzenie się w ekran i zabawa moimi włosami postanowiłem wrócić do obowiązków niańki. Przygotowałem nam kolację którą były kanapki z przeróżnymi produktami oraz gorące kakao. Namówienie Ivy do jedzenia nie było proste, końcowo jednak dała za wygraną i coś zjadła. Potem zajęła łazienkę na długie półtorej godziny i poszła spać. Nim jednak zasnęła poprosiła mnie, bym został. A ja, jako człowiek o miękkim sercu znów się zgodziłem. Leżąc już, przykryty grubą kołdrą i opleciony czterema kończynami dziewczyny próbowałem wymyślić coś, co pomogłoby mojemu powietrzu. Jeśli coś zanieczyści powietrze, zazwyczaj oczyszcza się je.. Czym się oczyszcza powietrze? Mało wiem na temat powietrza, ale dużo wiem o Ivy, tak mi się przynajmniej wydaje. Kiedy księżyc wszedł już wysoko nad horyzont, oświetlając swą ogromną sylwetką najbliższe połacie terenu stawiłem się na miejscu osoby bliskiej kogoś, kto umiera. Myślałem, co jako chory i osoba bliska chciałbym zrobić dla tej drugiej. I wykombinowałem. Późno po północy, czując po oddechu na karku iż dziewczyna nie śpi przekręciłem się twarzą w jej stronę i pomimo ogromnego gorąca zaryzykowałem, zadając jej pytanie.
- Nie chciałabyś go odwiedzić? - błękitne oczy błysnęły w ciemności. Ta iskierka życia, która zawsze towarzyszyła tej dziewczynie wróciła na swoje miejsce. Bardzo mi się to spodobało, więc kontynuowałem temat. - Wiesz, tak sobie myślałem, że na pewno chciałabyś zobaczyć swojego ojca - przerwałem oczekując reakcji z jej strony, choć ta na chwilę obecną wynosiła zero. - Jutro po szkole, pasuje ci? - krótko i na temat. Albo tak, albo nie, wybór jest prosty.

Ivy?

sobota, 26 listopada 2016

Od Devona do Ivy

Mowa srebrem, milczenie złotem.. Zatem czym może być prawda? Diamentem? Są pożądane, a jak już je masz, nie wiesz co z nimi zrobić. Niekiedy diamenty odbierają ludziom rozum, tak samo jak i kłamstwo. Zatem czym może być prawda? Pieniądzem? Każdy traci ponad połowę swojego życia aby go zdobyć, a następnie w coś zainwestować. Prawdy się nie inwestuje. Prawdę się ma. Jest w człowieku, wywołuje emocje, niekiedy jest pożądana - innym zaś razem odwlekana jak najdalej. Zatem czym może być prawda? Słusznie byłoby porównać prawdę do duszy. Ja mam duszę, jednocześnie mając i o tym świadomość. Nigdy bardziej nie byłem tak pewny swojej duszy.
Napój leniwie sączony przeze mnie wyglądał z kubka, nadal w tej samej ilości co na początku. Pomimo iż dawno już wystygł, a ja piłem go od jeszcze dłuższego czasu - on nadal się nie kończył. Właśnie odkryłem nieskończone źródło tej ohydnej kawy. Odstawiłem ciecz w kubku na rzecz ubrania się w pobrudzoną koszulkę oraz bluzę z dnia wczorajszego. Rzeczy wydawały się być stare i zużyte, tak naprawdę będąc jedynie solidnie brudne. Kto by pomyślał, że ludzie wyrzucają setki tysięcy takich ubrań, kiedy one naprawdę są tylko brudne. Rozmyślenia na temat nieczystych ubrań i ludzi przerwały głosy dochodzące mnie z zewnątrz. Zaciekawiony wyjrzałem tam, by ujrzeć kopię mojej Ivy padającą z piskiem w ramiona tego parszywego gnoja. Obserwując tę scenę czułem się jak niespełniony widz, któremu podsunięto nieciekawą komedię romantyczną zamiast kultowego horroru. W międzyczasie również dziewczyna dołączyła do mnie. Zaczęła opowiadać coś o tym, jak mu tam, Gabrielu, nie dostając jednak żadnej odpowiedzi podeszła do mnie widocznie zbita z tropu. Nie trzeba było pokazywać nic paluszkiem, gdyż wzrok jej sam poleciał w tamtym kierunku. Gapiliśmy się jeszcze chwilę, jak tamci czule całują się, nim jasnowłosa nie postanowiła czegoś zrobić.
- Jesteś zła, zrobisz coś głupiego i będziesz żałować - tak jak sądziłem moje argumenty zatrzymały ją tuż przed drzwiami z ręką zastygłą na klamce. Westchnęła po czym usiadła na podłodze, tak by słońce oświetlało jej całą twarz. Światło wlewające się do pokoju zaślepiło mnie na chwilę gdy przechodziłem z jednego pomieszczenia do drugiego. Ignorując to zatrzymałem się przed dziewczyną, wyciągając w jej stronę ręce. - Dlatego pójdę z tobą - uśmiechem dodałem jej otuchy i pomogłem wstać. Wstąpiwszy po drodze do mojego pokoju włączyłem telefon do ładowania i przebrałam się w pierwsze lepsze ciuchy, co poskutkowało kompletną, artystyczną klapą. Przynajmniej Ivy miała z tego powodu ubaw. Wędrując przez korytarz ująłem ciepłą dłoń dziewczyny w swoją, dwa razy większą i cztery razy zimniejszą, kolejny raz wywołując uśmiech na jej twarzy. Lubiłem kiedy się uśmiechała. Taka właśnie powinna być moja Ivy. Na zewnątrz zawiewał lekki i jesienny, choć ciepły wiatr, przy okazji miotając kolorowymi liśćmi porozrzucanymi niedbale po żwirowym dziedzińcu. Pogoda zapowiadała się nieźle, dość słonecznie i niekoniecznie zimno na najbliższe dni, co w zasadzie mnie ucieszyło. Zresztą, gdybym chciał śnieg, to śnieg by padał, gdybym chciał tornado, tornado by było. Do wyboru, do koloru. - Ivy, jaka jest twoja ulubiona pora roku? - zadałem pytanie krocząc nadal na przód, splatając nasze palce w jeszcze mocniejszym uścisku.
- Zgaduj głupku - spore zimno przeniknęło przez moją skórę, w momencie rozpowszechniając się do łokcia i dalej, w górę ręki. Pomimo to nadal trzymałem dziewczynę, zerkając co moment na jej twarz. Teraz zagościł na niej grymas niezadowolenia i zdeterminowana. Chwilę później zabarwiła ją gorycz porażki. Chłód zniknął, za to utkwiło we mnie spojrzenie błękitnookiej.
- Nie patrz się tak na mnie bo pomyślę że chcesz mnie zgwałcić - wypowiadam słowa spokojnie, skupiając się jednocześnie na jakimś punkcie przed nami. Nie tylko my wybraliśmy się na romantyczny spacerek. Ivy zatrzymała się, powstrzymując łzy lecące z oczu, pewnie przez ten oklepany żart i opierając głowę o mój bok. Chcąc nie chcąc musiałem poczekać aż ta ogarnie się i będziemy mogli powrócić do przerwanej przechadzki. - Właściwie pamiętasz dlaczego tu jesteśmy? - pytam widząc zmierzające w naszym kierunku dwie sylwetki. Siostra Ivy oraz brunet zatrzymują się przed nami, udając miłą niespodziankę. Pierwszą z bliźniaczek zalewa soczyście różowy rumieniec, druga stoi zszokowana obok chłopaka przyjmującego kamienny wyraz twarzy. Wymiana spojrzeń trwa krótko, w końcu ciszę postanawia przerwać Gabriel. Żegna się ze swoją towarzyszką pocałunkiem w policzek, rzuca gardzące spojrzenie w naszym kierunku i odchodzi. Dziewczyny mają sobie chyba coś do wyjaśnienia.. zatem na co czekają? Zaproszenie?

Ivy? Nie umiem w pisanie, wybacz..

czwartek, 24 listopada 2016

Od Devona do Ivy

Pustka. Nicość.Dziura we wszechświecie. Nagle ogarniające cię uczucie samotności i porzucenia. Jedni się tym karmią, inni tym żyją a jeszcze następni przez to umierają. Taka jest kolej rzeczy i nikt temu nie zaradzi. W tym wszystkim muszę być jak zawsze ja. I Ivy.
Z każdym krokiem coraz bardziej brakowało tchu. Nogi odmawiały posłuszeństwa. Mózg już dawno się wyłączył. Liczyło się tylko to, aby iść przed siebie. Droga znikała za horyzontem, zlewając się ciemnym odcieniem z gęstwiną leśną ciągnącą się od zachodu po wschód, nad którą zaś majaczyło niebo koloru zgniłej śliwki. Zanosiło się na opady, lecz nie miałem na to wpływu. Nie teraz, nie w tym stanie. W końcu nadszedł. Rzęsisty deszcz runął w chwilę otaczając cały krajobraz szarą poświatą wraz z moją sylwetką. Złota łuna wyłaniająca się znad sosen, jodeł oraz innych iglaków spłoszyła leśne ptactwo oraz wszelkiego gatunku ssaki. Wszystkie zwierzęta masowo zaczęły wylewać się by przemierzyć drogę i zniknąć równie szybko jak pojawiły się z drugiej strony lasu. Jeleń, jeden z dziesiątek w stadzie wyraźnie młody i niedoświadczony odłączywszy się od grupy pognał w szaleńczym pędzie wzdłuż drogi. Zbliżał się z każdą sekundą, mój oddech zmienił się w nierówny a palce zadrżały. Będąc już zaledwie kilka metrów ode mnie stanął niczym słup, swoimi mądrymi oczami skanując ciało nieznanego a umięśnionymi nogami przebierając w miejscu. Zdawać by się mogło, że w tym czasie porozmawiamy się jedynie naszą mową ciał oraz oddechami, a łączy nas niewidzialna nić. Jasna gwiazda wschodziła coraz to wyżej nad nieboskłonem, kolejny raz płosząc już i tak spanikowane zwierzęta. Poroże choć niewielkie i tak zmuszające do respektu poruszyło się, poprzedzając gwałtowny skok do przodu zwierzęcia. Nim wykonałem unik kilkadziesiąt kilo mięsa znalazło się tuż przy moim barku, trąciło go i uciekło, jak cała reszta. Teraz moją uwagę zwróciło słońce. Tak, ogromna, żółta gwiazda błyszczała jak za dnia i śmiała się wprost w moją twarz. Co tu się do cholery dzieje? W środku nocy? Spostrzegając że siedzę podniosłem się, tym samym kolejny raz doprowadzając się do silnego ucisku w okolicy skroni. Świat zawirował, kolory zlały się a moje ciało bezwładnie upadło na ziemię. Leżałem chwilę z zamkniętymi oczami zbierając siły by ponownie podnieść się do pionu. W końcu uniosłem wzrok. Słońca już nie było. Czarne niebo przeszył jasny piorun któremu towarzyszył znany odgłos załamania pogody. Jeszcze kilka pozostałych zwierząt zniknęło za grubymi pniami drzew, po czym deszcz ponownie nabrał siły i lał się z nieba nierównymi strużkami. Coś musiało mi się uroić. Ostatnimi czasy zdarza mi się to coraz częściej. Wszystko przez.. Właśnie, Ivy. Cholera. Odzyskawszy trzeźwość myślenia zostaje obrzucony gradem przemyśleń, odczuć i wszystkiego, co nie jest mi teraz w żadnym stopniu potrzebne. Wyłącz się, wyłącz, już! Prośby w postaci myśli na nic się nie zdały. No cóż, czas wrócić i wszytko wyprostować. Tylko.. W którą stronę? Rozmyślenia zeszły na tor mnie oraz Ivy. Wysłuchać jej czy nie, zostawić w spokoju czy nie dać za wygraną.. Pierwsza taka sytuacja w moim życiu - to szczególnie nie pocieszające - na dodatek z osobą tak.. wyjątkową dla mnie. Nie będę się oszukiwał. Zależy mi. Cholernie zależy. A tego gnoja z chęcią bym zabił. Na sam początek jednak muszę wybadać teren, podpytać dziewczynę i zorientować się co ona myśli.. Plan działania wydaje się być prosty i banalny do wykonania. Może nawet zbyt prosty. 
Nie robiąc sobie więcej nadziei wróciłem na teren akademii, podczas gdy pogoda nieco uspokoiła się. Byłem jednocześnie przygotowany na dwie ewentualności. Pojawił się jednak jeszcze jeden problem. Nigdzie nie było jasnowłosej. Ani w pokoju, ani w szkole, gdzieś na terenie akademii, kompletnie nic. Ostatnie minuty spędziłem pod drzwiami jej pokoju. Nie próbowałem tam wejść, nawet nie wpadło mi to do głowy. Do czasu aż dosłownie nie wpadła na mnie jej bliźniaczka. Roztrzęsiona dziewczyna widocznie ucieszyła się na mój widok, od razu zabierając się za wyrzucenie z siebie miliona pytań. Odparłem obojętne 'nie wiem' i opuściłem jej towarzystwo. Nie podobało mi się ono. Niby bliźniaczki ale więcej mają wspólnego z wyglądu niż z charakteru. 
- Devon - dziewczyna zatrzymała mnie chwytając mój nadgarstek, co natychmiastowo poskutkowało agresją. Cisnąłem gniewie spojrzenie w jej stronę wyrywając się z nieproszonego uścisku. - Stój - zabrzmiała dokładnie tak samo jak Ivy jeszcze kilka godzin temu, kiedy to odwróciłem się i odszedłem jak kompletny palant. Nie mogłem pójść i teraz. - Nie wiesz wszystkiego.. Znalazłam ją zapłakaną.. - głos dziewczyny zadrżał, barwiąc odpowiednio całą historię. Wbiłem w nią spojrzenie aby wywołać większą presję i jeszcze szybciej usłyszeć tą historię. Oby jej się nic nie stało, prosiłem.. błagałem o to, kogokolwiek kto siedzi tam na górze czy na dole. - Cała przemoczona i taka.. Taka.. - zacięła się, szukając odpowiedniego określenia. 
- Pusta.. - udało mi się wtrącić tak, by uzyskać dziękujące spojrzenie. - Trzeba ją znaleźć, natychmiast - jedyne co chciałem zrobić to zobaczyć Ivy całą, zdrową i szczęśliwą. Jej siostra dodała jeszcze coś o jakimś chłopaku, pewnie tym z którym widziałem ich obściskujących się w pokoju na łóżku. Nie chciałem tego widzieć. Wymazać obraz z pamięci.. Gdyby to było takie proste. Wówczas wolałem całą swoją uwagę skupić na poszukiwaniach. Przeszedłem całą szkołę od piwnicy po dach, następnie wziąłem się za osobny budynek z pokojami. Puste korytarze odbijały światło księżyca przebijającego się przez ciemne chmury. Burza już przeszła, a deszcz ustał. Zwolniłem kroku aby chwilę przyjrzeć się najbliższemu przyjacielowi i obiecać mu wkrótce więcej czasu sam na sam. Ujrzałem również czyjeś odbicie w szybie. Chudy chłopak o bladej twarzy i pustym wzroku śledził mnie zna przecieka. Lustował swoim wzrokiem brudne ubrania i poszarpane włosy równie intensywnie co ja. No tak, to było moje odbicie. W całym tym marnym obrazku ujrzałem jednak coś. Błysk nadziei w oku. Determinację. Osamotnienie. Typowy ja. Przyłożyłem dłoń i oparłem głowę o zimne szkło myśląc intensywnie gdzie mógłbym znaleźć mój nałóg. Zamknąłem jeszcze oczy, by w pełni myśleć tylko o tym. O niej. O mnie. O nas. 
- Ivy, proszę.. Znajdź mnie - wyszeptałem prośbę nadal nie odrywając się od przezroczystego wyrobu. Szloch. Bardzo cichy płacz obił się o moje uszy. Mój instynkt zadziałał sam, prowadząc mnie wprost do korytarza, skąd pochodził głos. Przeszedłem kilka kroków nim ujrzałem niewielkie zawiniątko na ziemi, opierające się o jakieś drzwi. Łkało cicho, swoją głowę chowając za kolanami i przyjmując pozycje obronną. Broniła się przed światem. Przed rzeczywistością, która ją otacza. Przed ludźmi.. I przede mną. Uklęknąłem obok dziewczyny. Nawet w tej ciemności mogłem dojrzeć rysy jej pięknej twarzy oraz rozmazane kreski pod oczami. Jest idealna a płacze po nocy przez takiego dupka jak ja. Miła, zabawna i chętna do nawiązywania nowych znajomości. To wiem o Ivy na pewno. Wiem też że w środku jest słaba. Potrzebuje wsparcia, bo każdy podmuch może zwiać ją z powierzchni ziemi. Nie mogłem na to pozwolić, objąłem więc dziewczynę tak, aby osłonić ją przed wszystkim. Przed rzeczywistością. Przed ludźmi. Rozpłakała się jeszcze bardziej i wtuliła w mój bok. Zostałem zmuszony do zajęcia miejsca obok niej na zimnej podłodze, ale to nie miało teraz znaczenia. Przemawiałem spokojnie i łagodnie, gładząc jasnowłosą po plecach. Ta nie potrafiła wydobyć z siebie żadnego słowa, choć widać było że chce jak najszybciej wszytko wyjaśnić.
- Nie teraz. Wszytko powiesz mi rano. Teraz jako twój opiekun każę ci iść do łóżka - uspokoiłem ją i zabrałem do odpowiedniego pokoju. Kiedy szloch już ucichł a ja miałem opuścić mieszkanie, Ivy odezwała się cichym szeptem. 
- Proszę. Zostań.. ze mną - potaknąłem głową i poszedłem zamknąć nas od środka, przy okazji również odzyskując telefon. Nigdy nie spodziewałbym się tylu nieodebranych telefonów od jednej osoby. Kolejna szpilka przebiła moje serce. Co ja najlepszego narobiłem? Wcale nie jestem lepszy od Ivy. Nie, stop. Ja przecież nie mam serca. Ani praw do życia. Urządzenie rozładowuje się w momencie kiedy ponownie znajduje się w sypialni dziewczyny. Odkładam je na biurko i zajmuje swoje miejsce niedaleko łóżka. Siedzenie do wygodnych nie należy, ale i tak nie mam zamiaru spać. 
- Tu - Ivy robi miejsce obok siebie, wyglądając spod grubej kołdry tymi swoimi oczami. Morduje mnie wzrokiem, potem błaga a na sam koniec poddaje się i odwraca do mnie plecami. Nadal nie powiedziałem nie. W końcu, po długich trzech minutach stwierdziłem, że czas naprawić to co się zepsuło. Zakradam się do dziewczyny zrzucając z siebie górną część ubioru. Po co pchać się w takim syfie komuś do łózka, lepiej bez. Ułożywszy się już wygodnie obejmuję dziewczynę w pasie i przyciągam do siebie. Ta nie pozostaje dłuża, szybko tuląc swą głowę do mojego torsu, a ręce lokując na moich plecach.
- Przepraszam - szeptam do dziewczyny uświadamiając sobie, że główną winę popełniłem tu ja. Nigdy więcej tego nie powtórzę. O ile w ogóle będzie druga szansa. Pocałunek w czoło zwieńcza dzień. Można było rozegrać to wszystko lepiej.

Ivy? Wybacz że tak długo czekałaś ;x

niedziela, 20 listopada 2016

Od Devona do Ivy

Czas - jedna z bardziej pożądanych rzeczy na tym świecie, oczywiście oprócz pieniędzy i miłości. Gdyby dało kupić się czas, ludzie byliby zbyt szczęśliwi i pewni siebie. A świat grając niesprawiedliwą świnię jednym daje go więcej - innym - mniej. Chciałbym dostać więcej czasu. Choć teraz to już mało ważne.
Wychodząc z pokoju dziewczyny wstrząsnęła mną fala emocji silna na tyle, by doprowadzić mnie do zawrotów głowy. Wyprany, bez myśli, bez uczuć, bez czasu i możliwe bez serca. Tak właśnie czułem się w tamtym czasie. Chcąc zrobić sobie przerwę od ciągłej rutyny wybrałem się do lasu. Tak po prostu. Na moje szczęście dzisiejszy dzień wypadał jako sobota, to jest dwadzieścia cztery godziny spokoju. Plus niedziela, ale o tej myśleć będę już jutro. Maszeruję w stałym tempie, wzrok swój wbijając w czubki zdartych trampek. Blade promienie słońca przenikają przez gęste poszycie drzew tworząc czarno-złotą układankę na tle całego lasu. Kolorowe ptaki ostatni raz wykonują swój podniebny taniec, aby na czas zimy wylecieć do ciepłych krajów. Gdybym mógł tak uciec gdzieś, całkiem bezkarnie.. Ale to niemożliwe. Bycie realistą jest do dupy. Kolejny kilometr zastanawiam się czy gorzej być pesymistą czy optymistą, a następne dwa - określać się jako introwertyk czy ekstrawertyk. Nie mając pojęcia kiedy doszedłem tak daleko postanowiłem o powrocie tą samą drogą, przy okazji orientując się o utracie swojego telefonu. Może to i lepiej. Chwila całkowitej samotności nikomu jeszcze nie zaszkodziła.
***
Przechodząc przez szary dziedziniec nie obyło się od fałszywych uśmiechów ze strony dziewczyn z klasy. Ciekawe co powiedziałyby (albo raczej co zrobiłyby Ivy) gdyby się dowiedziały. Sama myśl poprawiła mi nieco humoru. Przeciskając się przez niecodziennie zapełniony korytarz w stronę swojego pokoju do moich uszu doszedł dźwięk dzwonka mojego telefonu. Jak chwilę potem okazało się drzwi do pokoju Ivy stały szeroko otwarte, a dzwoniące urządzenie czekało na właściciela na stole przed wazonem z kwiatami. Pozwoliłem sobie wejść na chwilę aby odebrać przedmiot przy okazji zamykając za sobą drzwi. To co jednak tam spostrzegłem nie warte byłoby żadnego telefonu. Przejścia łączące sypialnię z kuchnią oraz salonem w którym aktualnie znajdowałem się również stały otwarte. Ciekawość pierwszym stopniem do piekła, a jako iż ja mam je już zapewnione zajrzałem do pierwszego i drugiego pokoju. Tam, siedząca na łóżku para namiętnie całowała się nie zwracając uwagi na nic dookoła. Brunet obejmował dziewczynę w talii cały czas mocno ją do siebie przyciągając. Ta zaś z zamkniętymi oczami zjeżdżała dłońmi po plecach coraz niżej i niżej. Odruch wymiotny na miejscu. Obrzydzenie na miejscu. Odwróciwszy się na pięcie wymaszerowałem z pokoju, kolejny raz zapominając o telefonie. Nie obchodził mnie teraz. Myślałem jedynie o tym, jak bardzo można być ciotą i jakiego pułapu właśnie ja osiągnąłem. Samego dna, na to wychodzi. Wyszedłem z terenu akademii główną bramą, po czym skierowałem się do głównej drogi. W zaledwie pół godziny znalazłem się w mieście, następnie w godzinę z niego wyszedłem dalej kierując się przed siebie. Oby jak najdalej.

Ivy? Jak zapowiadałem: drama time i Ivy taka zła. Dziękuję.

sobota, 19 listopada 2016

Od Devona do Ivy

Czasem wiatr zdmuchnie 
smutek przelotny, 
Ciepłym tchnieniem znów dłonie ogrzeje, 
I przegoni wszystkie kłopoty, 
Więc dziękuję wiatrowi, że wieje. 

Czasem deszcz o szyby zadzwoni 
Mokra trawa kroplami lśni 
Łzami łatwiej tęsknotę zasłonić, 
Więc dziękuję deszczowi za łzy. 

Czasem słońce w gonitwie do lata 
Znowu ogród barwami roznieci 
Pozapala iskry na kwiatach, 
Więc dziękuję słońcu, że świeci. 

No, a czasem się do mnie uśmiechniesz 
Znikną smutki szaro – niebieskie 
Stoisz w progu i słońce masz w oczach, 
Więc dziękuję Ci za to, że jesteś...
- Czesław Miłosz 

Kontemplacje nad sensem życia wydawały się nie mieć końca. Aż do ich końca, kiedy to za grubą, akademicką szybą spostrzegłem dziewczynę. Próbowała porozumieć się ze mną, co w moim obecnym stanie graniczyło z cudem. To istnieje, choć nie ma do tego prawa. Słowa te dźwięczały w mojej głowie niczym pociąg nadciągający z ogromną prędkością, kiedy ty spokojnie leżysz z głową przyklejoną do zimnego metalu szyn. Całe otoczenie zdaje się mieć wylane na ciebie, kiedy ty właśnie docierasz do celu swojej podróży. Wielu decyduje się na ten krok. Podając tu przykład, iż co czterdzieści sekund ktoś odbiera sobie życie niewiele skłamię. I tak przechodząc od sensu życia, przez Ivy do samobójstw - oczekiwałem na pedagoga z którym miałem się spotkać. Nieobecności, kolejny człowiek który nie rozumie życia a interesuje go tylko ta cholerna szkoła. Ze wściekłości zaciskam pięści. Szybko mi przechodzi. Teraz popadam w skrajną rozpacz. Po głowie krążą niczym rozjuszone stado zwierząt teksty dołujących piosenek oraz perfekcyjne głosy ich wykonawców. Podejmuję decyzję o opuszczeniu miejsca, bynajmniej na tą chwilę. Kieruję się już do szerokich schodów prowadzących na parter, kiedy na ramieniu spoczywa ciężka dłoń. Zwracam się w kierunku faceta, który szybko zaprasza mnie do jednej z klas.
- Devonie, Devonie - rozpoczyna swój monolog przeglądając kartki w dzienniku. Moim tymczasowym zainteresowaniem okazuje się samotnie spływająca strużka wody z drugiej strony szkła. Niezauważalne dla przeciętnego człowieka płatki śniegu wirują w powietrzu i opadają na brzegi ziemi, po czym topią się aby ustąpić miejsca innym. Cykl trwa cały czas, nieskończenie od ponad godziny, co zaobserwowałem jeszcze przed wyjściem ze swojego pokoju. Jedyne miejsce w którym miałem ochotę dziś się znajdować. - Widzę, że szkoła nie jest dla ciebie zbyt szczególna, prawda? - zadaje pytanie zatrzaskując wzrok na mojej twarzy. Wzruszam ramionami w odpowiedzi, nadal wyglądając na zewnątrz. - Może jest coś co cię rozprasza? - im więcej pytań tym więcej tłumaczenia. Czekam na następne, które nadchodzi dość szybko. - Albo ktoś.. Hm? - końcówka długopisu kieruje się w moją stronę, przybijając do ściany kilka metrów za mną niewiele gorzej niż wielki, drewniany kołek. Czuję się osazony i natychmiastowo potrzebuję wolności. Byle nie dać po sobie tego poznać, byle nie dać.. Układam usta w wąską linijkę nadal nie udzielając odpowiedzi na żadne z pytań. - Wraz z twoim wychowawcą zastanawiam się czy dobrym pomysłem było przenoszenie cię do tej klasy.. - urywa w środku zdania aby bliżej przyjrzeć się którejś z tabelek w dzienniku. Ivy, no jasne, o nią chodzi. - jednakże teraz nie mamy już na to wpływu. Rok zaczął się na dobre, a ty po prostu musisz nadrobić zaległości - dokańcza myśl i zamyka księgę. Zatem teraz moja kolej. Czuję chęć naubliżania komuś, co jednak nie ma prawa zdarzyć się tu. Biorę się w garść, po czym wygłaszam swoją mowę.
- Szkoła, szkoła, jeszcze raz szkoła. Wszyscy myślą tu tylko o ocenach i obecności. Chce pan wiedzieć co ja o tym myślę? - kiwa głową w moją stronę. Udało mi się go zaciekawić, oby tak dalej. - Gówno obchodzi mnie ta szkoła. Jak i zresztą wszystkie inne - wyrzucam z siebie same prawdziwe informacje, a kiedy dorosły chce coś dorzucić ignoruję to, nadal kontynuując. - Interesuje mnie to, co jest teraz. Nie test za tydzień czy kartkówka jutro. Mam ochotę pójść na miasto - zrobię to. I będę korzystał z każdej takiej okazji, bo nie będzie ich wiele. Każdy w tej szkole ma swoją przeszłość. Inni spokojną i bajkową, zaś reszta.. - zastanawiam się moment nad odpowiednim doborem słów - zaś reszta mniej ciekawą. Otóż moja skromna osoba należy do grupy numer dwa. Najmniejszego zamiaru nie mam wyżalać się niewiele znanej mi osobie o swoich przeżyciach, emocjach i całym gównianym życiu, bo wolę teraz iść gdzieś i coś zrobić. To życie może zakończyć się w każdej chwili. Ścigany jestem w połowie stanów w USA, Rosji, Danii oraz szczególnie Kanadzie. Wszędzie czaić się może osoba pragnąca mojej śmierci i - szczerze - jestem na to przygotowany. W zasadzie czekam na ten moment. Odkąd odzyskałem wolność o niczym innym nie myślę. Żadna akademia, moce czy Szatan wie co też innego nie odciągnie mnie od tej śmierci. Teraz - za przeproszeniem - idę korzystać z czasu o którego tak niegdyś walczyłem, a teraz marnuję go w tak bezczelny sposób - unoszę się z krzesła i opuszczam salę pozostawiając pedagoga w niemałym zaskoczeniu. W pół minuty znajduję się pod drzwiami pokoju Ivy. Nie interesuje mnie fakt, iż jest to mój życiowy rekord. Czuję w sobie pokłady energii tak silnej i wspaniałej w swojej potędze, że roznieść mógłbym to miejsce na proch. Gdybym chciał. Ale nie chcę. Wciągam zimne powietrze do płuc, po czym stukam w drewno przed nosem. Głucha cisza. Ponawiam próbę. Nadal nic. Teraz stukam, a wręcz walę w drzwi cały czas, aż te otwierają się. Zaspany wyraz twarzy dziewczyny rozbawia mnie do łez, które swobodnie ściekają po policzkach. Wchodzę do środka na bezczelnego, zamykam drzwi i wpijam się w usta jasnowłosej. Zaskoczona w pierwszej chwili próbuje odskoczyć, przytrzymuję ją jednak w talii i przyciągam do siebie jeszcze bardziej. Wreszcie poddaje się, a pocałunek (dosłownie jak ten we śnie!) trwa naszą małą nieskończoność. Ręce dziewczyny wędrują po moich plecach przez łopatki oraz kark docierając w końcu do włosów, które czochra zalotnie. Kiedy brakuje nam już tchu odłączamy się od siebie, stojąc jednak nadal w ciasnym uścisku.
- Ivy, może to co teraz powiem będzie głupie, pod wpływem emocji i chwili, ale.. - waham się, co nie uchodzi uwadze dziewczyny. Unosi mój opuszczony podbródek dodając mi nieco odwagi - kocham cię, Lilianne Ivy Bacardie. Od pierwszego momentu, od pierwszej sekundy. Kocham cię całym sobą i kocham całą ciebie. Cokolwiek by teraz miało się nie stać - chcę abyś o tym wiedziała.

Ivy? Miał być post-depresja ale mnie oświeciło. Ja dotrzymuję obietnic ;>

czwartek, 17 listopada 2016

Od Devona do Ivy

Pytanie zadane przeze mnie wzbudziło emocje liczący tyle co nic, gdyż pudełko i tak wylądowało w koszu. Zignorowałem zachowanie dziewczyny wzruszając obojętnie ramionami. Dzisiejszego dnia wyjątkowo słońce wstało na tyle wcześnie, aby o godzinie szóstej było tu już jasno. Ivy zaoferowała się kawą, podziękowałem jednak usprawiedliwiając się zarwaną nocką i chęcią dospania. Na odchodne kazałem jeszcze iść jej do szkoły. Czekałem trzymając otwarte drzwi i wpuszczając przy tym zimne powietrze do środka tak długo, aż nie przyrzekła.. na coś. Po tym szybko przemknąłem się do swojego lokum, gdzie zastałem przylepną, żółtą karteczkę na łóżku. Było tam coś nabazgrane, jednak całkowicie olałem to i owinąłem się chłodną kołdrą w typowego naleśnika. Leżąc tak myślałem o.. niczym, próbowałem zasnąć tak długo, aż nie zadzwonił budzik. Niech to szlag, była już za dwadzieścia ósma. Drzemanie to najgorsze co może mi się zdarzać, naprawdę. Ni to się wyspać, ni nic sensownego. Wychodzi na to, że męczysz się jeszcze bardziej. W pośpiechu wziąłem prysznic oraz wrzuciłem do plecaka pierwsze lepsze książki które wpadły w moje ręce. Dzięki mocy spóźniony byłem jedynie pięć minut, a że było to jedna z tych 'luźniejszych' lekcji i nauczyciel niewiele się przejął. Zajmując swoje miejsce pod oknem rzuciłem jasnowłosej porozumiewawcze spojrzenie, po czym całkowicie oddałem się swojej wyobraźni. Lekcje mijały jak szalone. Raz ta sala i ten nauczyciel, potem inna klasa i całkiem inny przedmiot. Nie zorientowałem się nawet kiedy minęła ostatnia z ośmiu na dzisiaj lekcji i będąc jakby w jakimś transie próbowałem ustalić, co i gdzie teraz mam. W końcu doszło i do tego, że wymuszałem na Ivy fałszywą odpowiedź na pytanie: "Jaka teraz lekcja?", a dostając odpowiedź "Nie mamy już lekcji" pytałem się kolejny raz. I tak aż do drzwi pokoju dziewczyny. Wtedy też ocknąłem się i zdałem sobie sprawę z tego, co się dzieje. Nim tamta zniknęła za drewnianą zaporą rzuciłem marne:
- Jedziemy do miasta? - odpowiedziała cisza, jednak po chili otrzymałem pozytywną odpowiedź. Spotkaliśmy się ponownie pół godziny później przed bramą wjazdową do akademii. Umówieni byliśmy na podróż autobusem do centrum, gdzie potem mieliśmy na myśli pokręcić się aż do wieczora. Ach, te ambitne plany tak bardzo ambitnych ludzi. Przy okazji surowo zabroniłem dziewczynie zbliżania się do jakichkolwiek sklepów z ubraniami. Mina zbitego psa nie robi na mnie wrażenia, co wtedy musiała wyłapać.
***
Ciemno wszędzie, głucho wszędzie, Co to będzie, co to będzie?
Przemierzając coraz bardziej puściejącą ulicę w całkowitym milczeniu zastanawiam się nad naszym losem. Ostatnia podwózka perfidnie zwiała nam sprzed nosa, co oczywiście nie obeszło się bez wyzwisk z obu stron.. w stronę kierowcy busa. Lampy uliczne rzucały bladopomarańczową poświatę na szary beton, kończąc się gdzieś za miastem. Bezmyślnie skręciliśmy w jakąś uliczkę, nadal zamykając się ze swoimi myślami. Uliczka zwężała się z każdym krokiem, a uliczne światło już tu nie docierało. Usłyszawszy cichą muzykę uniosłem głowę. W kierunku w którym zmierzaliśmy, to jest na sam koniec ciemnego zaułka najwidoczniej odbywała się gruba impreza. Muzyka z każdą sekundą stawała się coraz głośniejsza, a jasne światła wydostawały się z każdego okna. Przystając przed lokalem wraz z Ivy spojrzeliśmy się po sobie, jakby czekając na jakieś objawienie. Nie wiem co nam dziś sprzyja i do czego to prowadzi, ale akurat zza drzwi wyłonił się wysoki facet, ubrany na typowego kolesia z grupy rockowej. Dostrzegając nas, wzrok (o dziwo!) zawiesił na chwilę na mnie. Śmiech. Ivy nie potrafi być poważna.
- Ty, śpiewasz? - zapytał wskazując na mnie. Lekko zdziwiony skinąłem głową na "tak". Nie mam pojęcia dlaczego to zrobiłem. Najgłupsza decyzja w moim życiu. - No to już do środka! - ponaglił nas oboje. Kiedy nadal staliśmy w miejscu sam podszedł do zszokowanej Ivy i uniósł ją na ręce. Nie stawiała oporu. Wszystko było takie dziwne. Koleś wszedł do środka, więc i ja udałem się za nim. Dopiero teraz muzyka była naprawdę głośna. Przebijała bębenki moich uszu bardziej niż najznamienitsze słuchawki na tej ziemi. Odgrywano tu właśnie jakiś koncert, wywnioskować to można było łatwo po tłumie ludzi pchającym się w stronę podestu na którym grupa muzyków wykonywała jakiś solidny kawałek. Alkochol przelewał się litrami, a zapach potu towarzyszył nam cały czas. Co, stop. Jakim nam? Facet wytłumaczył, że Ivy usiądzie przy jakimś stoliku i będzie obserwować mój występ. CO?! Mój występ? Jak, gdzie, jak? Na co ja się skazałem? Następnie zaciągnięty zostałem do jakiejś garderoby za sceną. Ostatni raz widziałem ją nim drzwi z hukiem zatrzasnhęły się. W środku kilkoro facetów oraz dwie panie zatrzymały na nas swoje spojrzenia. Nikt z nich nie wyglądał na naćpanego czy chociażby upitego, co niezmiernie mnie ucieszyło. Po kilku sekundach morderczej ciszy wszyscy wrócili do swojej pracy. Panie do wykonywania makijażu panom, a panowie do żywej dyskusji na wszystkie tematy. Mój 'przewodnik' zaprowadizł mnie jeszcze bardziej wgłąb lokalu, końcowo pozostawiając pod opieką makijażystki w pustym pomieszczeniu. Wręczono mi jakieś łachmany z poleceniem przebrania się w nie. W sumie, jeśli to zabrnęło to już tak daleko to.. czemu nie? Poddałem się całemu zamieszaniu. Po niecałych dziesięciu minutach wyglądałem dosłownie jak rockman. Tyle, że ja nim nie byłem, a zauważyć to można było tylko po mojej dość kruchej budowie. Natasza - bo tak na imię miała ta kobieta, która zajmowała się mną - na prędce wytłumaczyła mi co mam robić na scenie i co śpiewać. Ogólnie chodziło o improwizację i udawanie, że jestem w zespole od zawsze. Ponadto udało mi się kilka razy odsłuchać kawałek, który miałem wykonać. Po próbie generalniej cała ekipa za sceną stwierdziła, że nadaję się do tej roboty. I zostałem wepchnięty na scenę. Ludzie zachwyceni i zarazem oszołomieni wpatrzywali się we mnie, wcale nie zauważając żadnej różnicy pomiędzy całym zespołem. Nie miałem tremy. Nie miałem tremy. Nie miałem tremy. Niech to szlag! Miałem tremę jak cholera. Tym bardziej kiedy zauważyłem Ivy siedzącą na niewielkim balkonie naprzeciw dużej sceny wyłożonej skrzypiącym drewnem. Oparta o barierkę i całkiem odmieniona jeśli chodzi o ubrania wbijała we mnie swoje błękitne spojrzenie. Udawałem, że nie widzę. Muzyka zaczęła grać. Nuta wpadła mi w ucho, toteż czułem się jakbym znał tę piosenkę już x lat. Naprawdę. Słowa wypowiadałem intulicyjnie i co mnie zdziwiło - zgodnie z tekstem. Fala energii uderzyła mnie tuż pod koniec utworu, dając mi siłę na dokonczenie go, a i nawet mały bis na prośbę publiki. Po podziękowaniach za wspaniały koncert usunąłem się ze sceny. Gotowałem się w środku, a atmosfera naprawdę była gorąca. Cholera, cały ten lokal szalał i płonął! Odizolowałem się od całej grupki muzyków gratulującej mi wystepu zamykając się w tej samej garderobie, gdzie szykowałem się na te kilka minut. Najbardziej szalonych minut w moim życiu, bynajmniej jeszcze wtedy tak o nich myślałem, bo zaledwie po kwadransie spokoju do pomieszczenia wparowała Ivy. Ona również oddała się zabawie i wyglądała na naprawdę szczęśliwą. Porwała mnie do tańca, nie zwracając uwagi na ramię. Wywijaliśmy w niezgranym połączeniu czegoś z tańców klasycznych i dyskotekowych, co chwila depcząc się po palcach. Nikt się nie przejmował, jedyne co to kolejny raz wybuchaliśmy śmiechem. W pewnym momencie pokój jakby zaczął się zwężać, a nam zaczęło brakować miejsca do tańca. Przekonała się o tym wyjątkowo boleśnie dziewczyna, wpadając na białą ścianę. Co z tego, że zostawiła w niej wgniecenie. Bardziej wystraszył ją sam fakt tego, że coś było za nią. Wyskoczywszy w moim kierunku dokleiła się do mojego torsu. Oboje dyszeliśmy zmęczeni po tańcu i całym dniu. Wycofałem się do kanapy w rogu pomieszczenia nadal wlokąc za sobą dziewczynę. Opadliśmy na nią tak niefortunnie, że to kanapa była moją kanapą, a moje nogi kanapą Ivy. Kolejny raz zaśmiała się i poprawiła się. Nie odsunęła się jednak daleko. Oparła głowę o mój bark, moją rękę przerzucając za swoim centrum myślenia. Siedzieliśmy chwilę w milczeniu podziwiając piękno ściany za potrzebą odetchnięcia. W końcu Ivy odezwała się, spoglądając wprost do moich oczu. Mówią, że oczy są zwierciadłem naszej duszy. To na pewno sprawdza się w wypadku dziewczyny.
- Devon? - odpowiedziałem lekkim poruszeniem głowy. Znów musiałem patrzeć się na nią tak z góry, to było bardzo, ale to bardzo irytujące. - To najbardziej szalony dzień w moim życiu - wyznała ukazując mi szereg swoich białych zębów. Odpowiedziałem tym samym, dodając cicho:
- Mój też - nie wiem co to było, ale kazało mi przysunąć się bliżej. Jakbym walczył ze samaym sobą, ale całkiem w środku. Chciałem ale nie chciałem. Odległość między naszymi twarzami zmniejszała się dreastycznie, aż w końcu oboje czuliśmy swoje nadal niespokojne oddechy. Lekki makijaż dziewczyny dodawał jej uroku, nie miałem jednak szansy przyjrzeć się temu bliżej. Udareminł mi to kosmyk włosów dziewczyny. Zagarnąłem go za jej ucho, po czym wróciłem do wpatrywania się w nią. Zatrzymałem się na soczysto malinowych ustach, teraz lekko przygryzanych przez dziewczynę. Potrzebna była tylko chwila alby złączyć nasze usta w pocalunku, pogłębianym z każdą chwilą przez obie strony. Swoje ręce ułożyłem na talii Ivy, zaś ta na moich policzkach. Oderwaliśmy się od siebie kiedy zaczęło nam brakwać tchu. Figlarny błysk w jej oku dał mi do zrozumienia, że podobało się. Więc powtórzyłem to jeszcze raz, jednocześnie przenosząc dziewczynę na swoje nogi. Usiadła na mnie okrakiem, całkowicie oddając się pocałunkowi. Trwał całą wieczność. Nie wiem co czuła ona ale ja nie myślałem. Całkowicie wyłączyłem mózg, aby przypadkiem nie zniszczyć tej chwili.
***
Twarde podłoże podrywa mnie na nogi. Oślepiony jasnym światłem, ogłuszony ciszą usiadam na znajdującym się za mną łóżku. Przecieram oczy, próbuję uporządkować wszystkie myśli. Zajmuje mi to bardzo długo, jednak dochodzę do siebie w momencie, kiedy na mojej ręce dostrzegam czerwoną maź. Natychmiastowo odzyskuję trzeźwość myślenia oraz wzrok. Jestem w swoim pokoju. Rozglądam się - wszystko wygląda identycznie co rano, nim stąd wyszedłem na zajęcia. Szybko udałem się do łazienki przed lustro. Nie zwróciłem uwagi na wczorajsze ubanie, lecz na rozciętą brew z której obficie sączyła się krew. Opatrzyłem to i zakleiłem plastrem, dokładnie kiedy zadzwonił budzik. Już spokojniej przeszedłem się do sypialni i odnajdując telefon na łóżku wylączyłem alarm. Cholera, była dziewiąta czterdzieści. Co ja wczoraj robiłem..? Bardzo złe pytanie przywołało ogromną falę wspomnień. Bezsilnie opadłem na łóżko, próbując ułożyć wszystko w kolejności chronologicznej. Zajęło mi to pół godziny, ale efektem była kartka zapisana od A do Z wczorajszym dniem. Uśmiechnąłem się czytając ostatni napisany punkt. Jednocześnie jednak walnąłem sobie solidnego facepalma. Co było potem? Totalny szok. Gdzie poszliśmy? Co robiliśmy? Jak się tu znalzałem? Gdzie Ivy? Zalewające mnie pytania przerwanie zostały przez ponowne zadzwonienie telefonu. Tym razem jednak wyłączając alarm już na dobre zawiesiłem wzrok na dacie. Chwila chwila.. Czy to nie wczorajszy numer? Pocierając się w skronie próbowałem wymyślić, który dzień był wczoraj. Tak zleciało kolejne piętnaście minut. I wymyśliłem, że nie było wczorajszego dnia. Jak torpeda pognałem do szkoły, zostawiając wszystko na miejscu. Na swoje szczęście trafiłem na przerwę, a Ivy łatwo dało się odnaleźć. Widząc nieco zabłąkane spojrzenie dziewczyny uspokoiłem się i poprosiłem ją w miejsce, gdzie jest mniej ludzi.
- Pamiętasz wczoraj? - zacząłem niepewnie. Czy to mógł być..? Nie..
- Pamiętam, czemu pytasz? - uniosła pytająco brew. Czy to ja teraz wychodziłem na kompletnego wariata i kretyna czy tylko mi się ta zdawało?
- Aa... Em.. No to może wiesz też, jak znaleźliśmy się spowrotem w akademii - przeciągałem moment najważniejszego pytania jak tylko się dało. Dziewczyna jednak coraz bardziej utwierdzała mnie w mojej teorii.
- Wczoraj po tym wypadku na lekcji siedziałeś ze mną do rana a potem zaczołgałeś się do siebie - wyjaśniła gestykujując rękami w powietrzu. Nie wierzyłem jej słowom. Odebrało mi mowę, co od razu musiała zuważyć. - Devon, dobrze się czujesz? I co z twoją brwią - wskazała palcem na plaster.
- To? To nic, uwoerz mi nic.. Chyba dostałem od kogoś solidnego gonga - moje oszołomienie sięgało zenitu. Przeprosiłem ją i opuściłem, przy okazji obiecując wytłumaczyć to innym razem. Wymknąłem się z akademii całkiem niezauważony i wróciłem do swoich czterech ścian. To był sen. Cholerny sen. Mam zjebany umysł.


Ivy? Wybacz XDDDDDDDD

środa, 16 listopada 2016

Od Devona do Ivy

Teraz naprawdę zacząłem zastanawiać się nad tym, co zrobiłem. Zatrzymała mnie żeby coś mi powiedzieć czy po prostu pragnęła mojego towarzystwa? Próbuję skupić całą swoją uwagę na bandażu, delikatnie zdejmując go z ramienia Ivy. Jednocześnie do tego dziewczyna odpieczętowuje maść o ostrym, miętowym zapachu i nakłada jej część na swoje palce. Odbierając od niej tubkę duża część jej zawartości przypadkiem ląduje na mojej koszulce. Biała maź rozjeżdża się tworząc nierówny ślad na ciemnym materiale. Genialnie. Widząc śmiech wzburzający dziewczyną i ja mimowolnie unoszę kąciki ust. Założywszy opatrunek stwierdzam na głos, iż w takim stanie nigdzie udać się nie mogę. Fakt ten chyba cieszy dziewczynę, nie mniej jednak niż ten, że bluzka idzie do prania, a co za tym idzie - ja zostaję bez ubrania.
- Może więc zamiast tak stać i się na mnie patrzeć przyczynisz się do zrobienia czegoś pożytecznego? - zagaduję dziewczynę stojącą za mną ustawiając odpowiednie wartości na pralce. Kiedy to już jest skończone odwracam się w stronę wyjścia. Ivy stoi tam nadal. Zbliżając się do dziewczyny rośnie pomiędzy nami coraz większa różnica wzrostu. Wkrótce ja muszę patrzeć się o czterdzieści pięć stopni niżej, zaś ona tyle samo wyżej. - Dlaczego tu jeszcze stoisz? - ponaglam ją, co jednak nie daje zamierzanego efektu. W końcu ujmuję kalekę w pasie, podnoszę po czym zarzucam na ramię i kieruję się do części sypialnianej. Petent nie stawia oporu, co znacznie pomaga. - A teraz wyjmiesz książki i nadrobisz zaległości - nakazuję surowym głosem podając dziewczynie szkolną torbę. Choć od niechcenia - w końcu przejmuje ode mnie ciężar.
- Co wolisz: język czy..
- Język - przerywając wpół zdania nieoczekiwanie dostaję kuksańca w bok. Kobiety są tak skomplikowane i niezrozumiałe, niby za co to było? Podejmuję się próby włączenia jakiejkolwiek muzyki na laptopie dziewczyny, leżącym na biurku jednak jest mi to udaremnione już na samym początku, kiedy to mym oczom ukazuje się niewielka ramka gotowa do przyjęcia hasła, którego oczywiście nie znałem. Kolejne urządzenie które wpadło w moje ręce to telefon, niestety również nie mój. Ostatecznie udało mi się znaleźć coś godnego odsłuchania. Puszczając głośno dubstepa obrzucony jestem masą poduszek wprost z łóżka. Nie pozostaję dłużny, kierując te same poduszki z powrotem. Kończę ostrą wymianę ognia odbierając przeciwnikowi ostatnią poduszkę, tym samym również wygrywając.
- Teraz weźmiesz mnie do niewoli i zabierzesz do swojego królestwa? - do tego mają fantazję. Niekiedy zazdroszczę dziewczynom.
- Wprost do lochów gdzie spoczywa twój pra-pradziadek - wygodnie usadawiam się na miejscu obok Ivy, plecy opierając o zimną ścianę. Popołudniowe słońce przysłaniają szare chmury, jednak nie na tyle rozległe aby zasłonić całą taflę światła. Wlewa się ono do pokoju niczym woda z wodospadu, rozjaśniając całe pomieszczenie. Pomimo pozorów na zewnątrz panuje chłód, a trawy i niedawno opadnięte iście pokrywa szron. Wieczorem, kiedy kończymy lekcje zaczyna nawet padać śnieg. Niewielkie płatki szybują w powietrzu, aby tuż przy ziemi zmienić się w wodę. Szybko ciemni się, a najjaśniejsza z gwiazd ginie za pasmem leśnym majaczącym w oddali.
- Ty to robisz? - cichy głos przerywa ciszę panującą tu od chwili kiedy muzyka skończyła się a żadnemu z nas nie chciało się ruszyć aby uruchomić ją ponownie. Odpowiadam przeczącym skinieniem głowy, nadal swój wzrok wlepiając w okno. Kilka, a może i kilkanaście minut siedzę nieruchomo rozmyślając nad wszechświatem. - Wiesz, niekiedy chciałabym wiedzieć co inni myślą.. Byłoby łatwiej.
- Byłoby nawet za łatwo - komentuję całkowicie nieprzemyślawszy swoich słów. Pierwszy raz powiedziałem coś spontanicznie, co ten człowiek ze mną robi? Ziewnięcie z boku uświadamia mnie o później godzinie. Szybko zrywając się z miejsca zrzucam leżące na moich nogach książki, robiąc przy tym dużo hałasu. - Zbieram się - dodaję podnosząc z podłogi przedmioty.
- Masz jakieś plany? - zaciekawiona Ivy - zła Ivy. Warto zapamiętać. Próbuję przypomnieć sobie, czy faktycznie mam coś do roboty, co nie trwa długo. - No to możesz zostać tu - pociągnięcie mnie w stronę łóżka kończy się fatalnie, gdyż w tym momencie objawia się moja mała fobia. Wyrywam gwałtownie rękę z uścisku dziewczyny i odsuwam się o krok, kolejny raz zadziwiając jasnowłosą. Usta jej układają się w okrągłe "o", ręce smętnie opadają a wzrok mętnieje.
- Nie wiesz o mnie wszystkiego - wyznaję z rezygnacją. Czeka mnie potem długa rozmowa na temat moich reakcji na dotyk i sporo wyjaśnień. W końcu jednak udaje się dojść do momentu, kiedy żadna ze stron nie ma więcej pytań, a w pokoju kolejny raz zapada cisza. Widząc kolejny z rzędu ziew przypominam sobie o dość późnej godzinie. Miałem być niańką, a nie daję jej się wyspać. Koszmarny ze mnie opiekun. - No dobra, to teraz spać - wydaję polecenie, na które Ivy reaguje błyskawicznie uciekając do łazienki. Znów daje mi do myślenia swoim nietypowym zachowaniem, zajmując mnie na czas kiedy ona szykuje się do spania. Wraca już przebrana w piżamę wiążąc włosy w kitkę. Zdaje się, że bardziej zaskakującą osobą tu jestem ja niż ona, bo wzrok utkwiony we mnie mógłby być również tym, którym patrzymy się na ducha. - Nie myśl, że dam ci tak szybko spokój. Spać to spać i ja już tego dopilnuję.
- Tak jest - czy ten szeroki uśmiech ma coś znaczyć? Nie powiedziałem przecież, że mam zamiar z nią spać. Tak czy inaczej właśnie skazałem się na coś, co niekoniecznie chciałem zrobić.



Ivy? Rozpisuj się śmiało, po prostu opublikuj to jeszcze dziś. Za to ja znów piszę taki szit, przepraszam ;x

wtorek, 15 listopada 2016

Od Devona do Ivy

- Wybacz złotko, ale do moich zasad wlicza się nie bicie kobiet - rozśmiewam się ironicznie kiedy dziewczyna ponawia próbę ataku. Mniej zabawny wydaje się fakt, iż robi to chorą ręką. Wystarcza moment aby ból przeszył jej ramię, co widać po marnym wyrazie twarzy. Wołam szybko nauczyciela który po obejrzeniu rany nakazuje udać się do punktu medycznego. Przejść z tą kaleką na drugi koniec akademii? Czeka mnie ciekawe doświadczenie, jednak nie tylko ja mam zamiar towarzyszyć dziewczynie. Jej kumpela obrzuca mnie morderczym spojrzeniem, na co tamta uderza ją wyjątkowo mocno w bok. Dobrze. Tym razem ja zostaję. Westchnienie ulgi zaraz po moim geście poddania się utwierdza mnie w przekonaniu że nie jestem szczególnie lubianą osobą. Zresztą - mało mnie to obchodzi. Wracam do lekcji, skupiając się na nowym przeciwniku. Szło mi całkiem dobrze, powiedziałbym nawet że miałem szansę na wygraną kiedy na sali kolejny raz nie pojawiła się Sara, tak jej chyba było na imię. Szybki nokaut eliminuje mnie i odsyła do materaca leżącego na ziemi. Postanowiłem poobserwować 'konkurentkę' która po wymienieniu kilku zdań z nauczycielem skinęła na mnie głową. Brązowe i potargane włosy zasłoniły pół jej twarzy przez co nie do końca dane mi było dojrzeć kolejne, gniewne spojrzenie wysłane w moim kierunku. Byłem potrzebny bardziej niż ona? Bardzo mi przykro. Szybkim krokiem ruszyłem do wyjścia za którym skierowałem się według mnie najkrótszą drogą do małego, jasnego gabinetu. W środku Ivy leżała na łóżku typowo szpitalnym. Nieobecny wzrok, blada twarz i rozmazany makijaż - kolejny raz oglądałem dziewczynę w tak (nie oszukujmy się) fatalnym stanie. Oderwałem od niej wzrok kiedy obok pojawiła się pani zajmująca się tym miejscem. Wypytała o przyczyny powstania urazu, czy było to jakkolwiek leczone i inne takie duperele. Zastanawiało mnie dlaczego nie mogła zapytać się o to Ivy. Przecież to ona umiera ruszając ramieniem nie ja. Podejrzenia tuzinami zaczęły rodzić się w mojej głowie. Od diagnozy ciężkiej kontuzji po zwykłą nieufność kobiety - każdy możliwy wariant został przeze mnie wtedy dokładnie rozpatrzony. Tak, to robi się czekając na na wpół przypomną *koleżankę* w tak nudnym miejscu jakim jest ten gabinet. Po podaniu leków i odczekaniu kolejnych minut dostałem zadanie zabrania dziewczyny do pokoju i opieki nad nią. Pasuje mi taki układ. Ivy może być osobą którą będę niańczyć i dzięki niej opuszczać lekcje. Tak, bardzo mi się to podoba. Gorzej będzie chyba z wykonaniem. Stwierdzam to od razu kiedy przychodzi mi unieść na swoim boku nieco ważącą Ivy. Ledwo co stała na nogach, zabrałem ją więc na ręce w stylu 'panny młodej', wcześniej oddając jej również swoją bluzę na drogę. Muszę pamiętać żeby ją odzyskać.
***
Pierwsza rzecz która wpadła w moje oczy wchodząc do pokoju dziewczyny był to duży bukiet kolorowych tulipanów, zza których wystawał biały kawałek papieru. Pozostawiłem kwiaty na swoim miejscu chcąc zająć się Ivy, choć przyznam, sprawa nieco mnie intrygowała. Pokój sypialniany mieścił się tuż za kuchnią i stanowiąc jej przeciwność był całkiem duży. Ciemne meble zasłaniające całą jedną ścianę oświetlane były teraz przez słońce wpadające tu przez okno, naprzeciw którego stało łóżko - cel podróży. Ułożyłem jasnowłosą na miękkim materacu, potem przykrywając ją kołdrą. Przez moment stałem w miejscu wpatrując się w już od dawna śpiącą Ivy. Nie pamiętam o czym myślałem, może po prostu na tą krótką chwilę wyłączyłem się. Pamiętam jednak, iż po tym zawieszeniu się złożyłem pocałunek na jej czole cicho szepcąc 'dobranoc' i wyszedłem z pokoju. To było dziwne i całkowicie nieprzemyślane. Czułem coś do niej? Nie, niemożliwe. Nawet nie wiem jak to mogłob wyglądać. Z drugiej strony jednak nikt *nigdy* nie był mi tak bardzo bliski. Więc.. może jednak?

Ivy? Cukrzyca? 

poniedziałek, 14 listopada 2016

Od Devona do Ivy

Kłamstwo tak naprawdę jest częścią prawdy. Każdy kłamie, jednocześnie mówiąc prawdę. Zatem po co kłamać? Mówiąc prawdę oszczędzasz sobie słów, zdartego gardła i niepotrzebnej burzy mózgu. Więc..
Pytające spojrzenie nauczyciela przenosi się z Ivy na mnie, jakbym właśnie ocalił świat przed jedną zagładą i jednocześnie uruchomił drugą. Nie muszę słyszeć pytania z ust starszego faceta aby przygotować już w głowie sensowną odpowiedź.
-Tak, byłem na wagarach. Tak, była ze mną Ivy - spoglądam na jeszcze niczego nieświadomą dziewczynę do której moje słowa zaczynają powoli dochodzić, co ujawnia grymas pojawiający się na jej twarzy. - Tak, może się wypierać ale raczej już nie będzie. I tak, mogłem wymyślić jakieś bezsensowne uzasadnienie na które nikt by się nie nabrał, zatem postanowiłem zaszpanować - figlarne oczko puszczone w kierunku ostatniej ławki pod oknem wywołuje więcej uśmiechów niż mogłem się spodziewać - i powiedzieć całą prawdę - kończę wywód pozostawiając klasę sam na sam ze swoimi myślami, samemu ruszając nonszalanckim krokiem w stronę swojego miejsca. Ivy ze zdumieniem wlepia we mnie wzrok, a nauczyciel kończy formalności związane z dziennikiem. Lekcja mija szybko i spokojnie, czyli tak jak najbardziej lubię. Kiedy dzwonek na przerwę głośno rozbrzmiewa za drzwiami wszyscy w pośpiechu pakują się i pchają do wyjścia, przy którym już dawno stoję. Wychodzę na korytarz aby nie blokować przejścia, kiedy w kieszeni rozbrzmiewa alarm telefonu. Budzik, no tak, jak zawsze o odpowiedniej porze. Próbuję uporać się z urządzeniem, nie zauważając nawet stającej przede mną dziewczyny. Moja cierpliwość kolejny raz w ciągu ostatnich dwunastu godzin wystawiona jest na próbę która kolejny raz wychodzi niepowodzeniem. Zamachuję się na telefon, jednocześnie usta zaciskając w wąską linijkę. Zauważa to Ivy i szybko odbiera ode mnie ofiarę. Ma szczęście, następnym razem z szybki zostanie tylko pył.
-Czym ci zawinił? - dziewczyna pyta z rozbawieniem machając urządzeniem tuż przed moimi oczami.
-Wszystkim - wycedzam nabierając powietrza do płuc by nieco się uspokoić. Odbieram swoją własność i chowam ją w głąb plecaka. - Nadal chcesz się ze mną zadawać? - zdanie wyraźnie zabija dziewczynę z tropu. Odpowiedzią na jej pytające spojrzenie jest mój jeden firmowy uśmiech oraz szybkie zniknięcie z pola widzenia.

Ivy? Przeze mnie twoja wena R. I. P. a przez ciebie moja. Przepraszam (*)

niedziela, 13 listopada 2016

Od Devona do Ivy

Mimo iż szpital nie należy do moich ulubionych miejsc prowadzę do niego dziewczynę z nadzieją iż nie zostaniemy pełniej poczekalni albo - co gorsza - pustego gabinetu lekarza. Nakazuje dziewczynie usiąść, kiedy sam rejestruje ją i czekam na informacje o pokoju do którego powinniśmy się udać. Sztuczny, szpitalny zapach uderza do mojej głowy coraz mocniej, wywołując niewielkie zawroty głowy.  Cholera, nigdy więcej tu mnie nie zobaczą. Rozglądam się jeszcze po pomieszczeniu i stwierdzam, że jest tu wyjątkowo spokojnie, pomimo nie tak późnej godziny 22.43. Trzeba się szybko uwinąć żeby zdążyć do akademii przed świtem. Chociaż.. I tak mam już przewalone, pierwsze dwa tygodnie w szkole i już tyle wagarów. No ładnie. Widać jak bardzo szkoła jest dla mnie ważna. Co innego z nią.. Spoglądam na dziewczynę wiercącą się na krześle. Kilka niesfornych, jasnych kosmyków opada na jej czoło. Kiedy odgarnia je wzrok jej pada na moją osobę. Oboje nie ustępujemy do czasu aż recepcjonistka z drugiej strony głowy nie odchrząkuje by zwrócić moją uwagę. Dostaję instrukcję dojścia do odpowiedniego korytarza po czym zostaje sam ze swoimi myślami. Wzrok tępo wbijam w ścianę, całkiem wyłączając myślenie i odcinając się od rzeczywistości, która wraca do mnie nagle, niespodziewanie i całkiem nieświadomie. Kolejny, tym razem silniejszy zawrót głowy mówi mi 'wyjdźmy już stąd albo to źle się skończy' - co jest całkowicie zgodne z prawdą. Ruszam szybko do odpowiednich drzwi, dając tym samym znak dziewczynie.
***
Ludzie siedzą tu ze stłuczonymi palcami albo receptami, blokując kolejkę kiedy inni tak naprawdę potrzebują pomocy. Na przykład taka Ivy - w ciągu ostatniej godziny ból wzrósł trzykrotnie, do tego jest lekko odwodniona i przemęczona. Gdzie tu logika? Koniec mojej cierpliwości jest tam gdzie koniec kolejki do lekarza. Wychodzę na świeże powietrze, bez namysłu zostawiając dziewczynę samą na krześle. Jej kroki słyszę za sobą aż do samochodu, o którego maskę opieram się aby spojrzeć w niebo.
-Nie musimy tu sterczeć.. - rozpoczyna łagodnym głosem a jej dłoń ląduje na moim ramieniu.
-Nie byłbym tutaj gdyby nie było ku temu powodów - skutecznie uciekam od rozmowy, kolejny raz mogąc oddać się swoim myślom.
-Jedźmy do akademii, marzę jedynie o łóżku - teraz moje ramię służy jako poduszka dla głowy Ivy. Lekki acz zimny wiatr zmusza nas do ukrycia się w samochodzie i wybraniu pomiędzy kolejką a dalszą podróżą.
-Masz rację, czas wracać.
***
Droga mija mi na słuchaniu spokojnych piosenek w radiu, obserwowaniu drogi i co jakiś czas doglądaniu dziewczyny. Żadne z tych nie sprawia mi trudności, więc szybko dobieramy na miejsce. Tam pojawia się niewielka trudność. Brak serca do zbudzenia dziewczyny podsuwa mi pomysł zabrania jej do siebie na tę noc i zaopiekowanie się nią do samego rana. Wykonanie nie jest złe dopóki nie pojawiają się wąskie drzwi. Przeciskam się bokiem ze smacznie śpiącą jasnowłosą na rękach, tym samym docierając do swojego pokoju. Udadzam Ivy na łóżku, przykrywam ją kołdrą po czym wracam po nasze torby do auta zamykając za sobą drzwi na klucz. Kolejne dwa kursy męczą mnie na tyle, aby powieki same nasuwały się na oczy domagając się odpoczynku. Kładę się na kanapie, więcej już nie myśląc. Nie wiem nawet czy zamknąłem drzwi, gdzie zostawiłem rzeczy i czy auto nie jest otwarte. Po prostu odpływam bez zbędnego wytężania umysłu.

Ivy? Nie obchodzi mnie jak to zrobię, ale ten wątek ciągnąć dalej będę. Koniec kropka. Bunt szatana.

czwartek, 3 listopada 2016

Od Devona do Ivy

Każdy dzień kończy się zachodem słońca jak i życie uwieńcza śmierć. Każda noc pokazuje nam, że po dniu jest coś więcej niż pustka. Tak może i po śmierci nie skazani jesteśmy na czarną, niekończącą się otchłań..
Takimi myślami raczę się oglądając wspaniałe zjawisko pełni księżyca, a robię to bynajmniej do czasu, nim z domu nie dochodzi mnie krzyk. Biegiem ruszam w tamtą stronę, wydłużając kroki jak najbardziej się dało. Niemalże upadam na schodach twarzą wprost na ostrą krawędź, co nieco burzy mój rytm. Na miejscu pojawiam się jednak nie dość wcześnie jak i nie za późno. Pierwsze co zauważam w kompletnej ciemności to Ivy podciągająca kolana jak najbardziej pod brodę, siedzącą na łóżku. Po włączeniu lampki oślepia nas na chwilę jasne światło żarówki. Zdaje się, że dopiero wtedy dziewczyna mnie zauważa. W świetle lepiej mogę się przyjrzeć jej bladej twarzy oraz rozbieganemu wzrokowi. Przysiadam obok niej, przy okazji spostrzegając niewielkie zasinienie wyłaniające się spod jej koszulki. Zbliżam dłoń w celu wybadania sprawy, na co ta odsuwa się. Morduję dziewczynę wzrokiem do czasu aż ta ustępuje i odwraca wzrok.
- Nie patrz na to - prosi zrezygnowanym głosem, samemu nie wierząc w powodzenie swoich słów. Ja też w nie nie wierzyłem i zajrzałem. Zasinienie było samym czubkiem góry lodowej. Rana była poważna i bez dłuższego zastanowienia przyrzekłem sobie, że zabiorę ją do tego cholernego szpitala choćby nie wiem co. Na razie jednak odwiedziłem kuchnię, gdzie przygotowałem kilka okładów na ranę oraz zaparzyłem dziewczynie herbaty. Wracając na górę z całym tym zaopatrzeniem zastałem ją drzemiącą. Ranę przykryła ręką, spod której wyłaniała się biała para, przyjemnie zimna. Włada więc lodem, albo czymś powiązanym. Wystarczyło ruszyć się o milimetr, aby Ivy obudziła się i wróciła do tego okropnego świata. Bez słów założyłem jej opatrunek, po czym podsunąłem jej pod nos ciepły napar. Zgodziła się go wypić, pod warunkiem że będzie chłodniejszy. Zatem musiałem przypilnować jej, aby nie zasnęła.
- Czemu krzyczałaś? - zadałem pytanie prosto z mostu. Ciekawość nie dała za wygraną, pytanie nieuniknione.
- Spadłam - wymamrotała wymijająco, co oczywiście było kłamstwem.
- Nie trzeba być Sherlockiem Holmsem żeby widzieć że kłamiesz - westchnienie. Czy tak bardzo bała się prawdy? Może to coś głupiego, może się czegoś wstydzi albo.. w zasadzie nie ma żadnych innych "albo". Mówi albo nie, prosta sprawa.
- Po prostu zły sen, ok? - ot tak po prostu? Zły sen? Ciężki temat, odpuścić na jakiś czas i kiedyś do tego wrócić, to była dobra taktyka. Potwierdziłem to jeszcze krótkim "okay", co wyraźnie sprawiło ulgę dziewczynie. Tego samego nie mogłem stwierdzić o okładach własnej roboty. Na szczęście usypianie tej małej kaleki nie trwało długo. Uśpiła się sama, kolejny raz łamiąc zasadę nr. 1.
Przyznaję, coraz mniej mi to przeszkadza. Oprócz tego, że człowiek nie należy do lekkiej kupki mięsa.
W końcu i mi udało się trochę zdrzemnąć. Cały czas oczywiście będąc przypartym do łóżka przez Ivy. Kompletnie bez możliwości ruchu.
***
Pobudka nie należy do jednego z moich ulubionych momentów. To niemiłe uczucie wyrwania z czegoś co było ci tak potrzebne i upragnione, odebrane jakby siłą. No i oczywiście najgorsza myśl ze wszystkich możliwych: zaraz muszę wstać. Opuścić moją kołdrę. Będzie mi jej brakować. Dlatego tak bardzo nie lubię spać. Po prostu jestem bardzo związany ze swoją kołdrą, tyle. W zasadzie teraz nie tylko z kołdrą, ale i z pół żywym ciałem dziewczyny, konkretniej Ivy. Tyle szczęścia w tym nieszczęściu, że nie wierciła się tak bardzo przez te trzy godziny i czterdzieści minut, kiedy to łaskawie oczekiwałem, aż pani wstanie. Kiedy to już nastąpiło wystarczyło poczekać następne pół godziny nim zostanę uwolniony. Czy ona robiła to specjalnie? Nie mam pojęcia, ale i nie chcę wiedzieć. Pierwsze kroki skierowałem do prysznica oraz lodówki. Dojadłem wczorajszą kolację, przypominając sobie też o grillu. Ten, biedny, pozostawiony sam na całą noc na dworze zdążył dawno ugasić żar w węgielkach i samoistnie ostudzić się. Odprowadziłem przedmiot do garażu, ogólnie posprzątałem dom i wybrałem się do czterokopytnych. Nie można w końcu zapominać o istotach żyjących, to nie zabawki. Dostarczyłem zwierzętom siana, wyczyściłem je i przyprowadziłem pod dom. Idealne zgranie czasu z wyjściem dziewczyny na dwór - nie mógł to być czysty przypadek. Nie wierzę w przypadki. Tak oto rozpoczęła się kilkugodzinna wyprawa w teren by: Devon i Ivy. Błądziliśmy po lesie, rozmawialiśmy i przekomarzaliśmy się - jak gdyby czas zupełnie stanął w miejscu. Dopiero w środku lasu, pomiędzy drzewem a drzewem uświadomiłem sobie, że dziś jest poniedziałek. Kolejne wagary, to nie ma prawa się dobrze skończyć. Nie myślałem jednak o tym. Miała być dobra zabawia i była.
Po południu zatrzymaliśmy się przy mniejszym zbiorniku wodnym od tego za naszą chatką. Spożywaliśmy prowiant przygotowany przez część piękną tej wyprawy i wpatrywaliśmy się w błękitne niebo. Ptaki emigrujące stąd na zimę ostatni raz tańczyły w powietrzu swoje układy, tak samo jak i słońce ostatni raz tej jesieni zaświeciło tak mocno, aby oświetlić każdy, nawet najmniejszy zakamarek puszczy za i przed nami. Zielony mech na którym sadowiliśmy się przyozdobiony był jeszcze niedawno poranną rosą, która niedługo zmieni się jak i wszystko inne. Zmęczone konie stały obok siebie spokojnie, skubiąc się nawzajem. Wszystko było tak idealne, dopóki Ivy nie zadała tego pytania. Jednocześnie odważnego, jak i wielce krępującego.. mnie. Ułożenie sensownej odpowiedzi zajęło mi chwilę, ale w końcu dziewczyna dostała to, na co niewątpliwie tak długo już czekała.

Ivy? Cóż to mogło być, hmm?