Czasem wiatr zdmuchnie
smutek przelotny,
Ciepłym tchnieniem znów dłonie ogrzeje,
I przegoni wszystkie kłopoty,
Więc dziękuję wiatrowi, że wieje.
Czasem deszcz o szyby zadzwoni
Mokra trawa kroplami lśni
Łzami łatwiej tęsknotę zasłonić,
Więc dziękuję deszczowi za łzy.
Czasem słońce w gonitwie do lata
Znowu ogród barwami roznieci
Pozapala iskry na kwiatach,
Więc dziękuję słońcu, że świeci.
No, a czasem się do mnie uśmiechniesz
Znikną smutki szaro – niebieskie
Stoisz w progu i słońce masz w oczach,
Więc dziękuję Ci za to, że jesteś...
- Czesław Miłosz
Kontemplacje nad sensem życia wydawały się nie mieć końca. Aż do ich końca, kiedy to za grubą, akademicką szybą spostrzegłem dziewczynę. Próbowała porozumieć się ze mną, co w moim obecnym stanie graniczyło z cudem. To istnieje, choć nie ma do tego prawa. Słowa te dźwięczały w mojej głowie niczym pociąg nadciągający z ogromną prędkością, kiedy ty spokojnie leżysz z głową przyklejoną do zimnego metalu szyn. Całe otoczenie zdaje się mieć wylane na ciebie, kiedy ty właśnie docierasz do celu swojej podróży. Wielu decyduje się na ten krok. Podając tu przykład, iż co czterdzieści sekund ktoś odbiera sobie życie niewiele skłamię. I tak przechodząc od sensu życia, przez Ivy do samobójstw - oczekiwałem na pedagoga z którym miałem się spotkać. Nieobecności, kolejny człowiek który nie rozumie życia a interesuje go tylko ta cholerna szkoła. Ze wściekłości zaciskam pięści. Szybko mi przechodzi. Teraz popadam w skrajną rozpacz. Po głowie krążą niczym rozjuszone stado zwierząt teksty dołujących piosenek oraz perfekcyjne głosy ich wykonawców. Podejmuję decyzję o opuszczeniu miejsca, bynajmniej na tą chwilę. Kieruję się już do szerokich schodów prowadzących na parter, kiedy na ramieniu spoczywa ciężka dłoń. Zwracam się w kierunku faceta, który szybko zaprasza mnie do jednej z klas.
- Devonie, Devonie - rozpoczyna swój monolog przeglądając kartki w dzienniku. Moim tymczasowym zainteresowaniem okazuje się samotnie spływająca strużka wody z drugiej strony szkła. Niezauważalne dla przeciętnego człowieka płatki śniegu wirują w powietrzu i opadają na brzegi ziemi, po czym topią się aby ustąpić miejsca innym. Cykl trwa cały czas, nieskończenie od ponad godziny, co zaobserwowałem jeszcze przed wyjściem ze swojego pokoju. Jedyne miejsce w którym miałem ochotę dziś się znajdować. - Widzę, że szkoła nie jest dla ciebie zbyt szczególna, prawda? - zadaje pytanie zatrzaskując wzrok na mojej twarzy. Wzruszam ramionami w odpowiedzi, nadal wyglądając na zewnątrz. - Może jest coś co cię rozprasza? - im więcej pytań tym więcej tłumaczenia. Czekam na następne, które nadchodzi dość szybko. - Albo ktoś.. Hm? - końcówka długopisu kieruje się w moją stronę, przybijając do ściany kilka metrów za mną niewiele gorzej niż wielki, drewniany kołek. Czuję się osazony i natychmiastowo potrzebuję wolności. Byle nie dać po sobie tego poznać, byle nie dać.. Układam usta w wąską linijkę nadal nie udzielając odpowiedzi na żadne z pytań. - Wraz z twoim wychowawcą zastanawiam się czy dobrym pomysłem było przenoszenie cię do tej klasy.. - urywa w środku zdania aby bliżej przyjrzeć się którejś z tabelek w dzienniku. Ivy, no jasne, o nią chodzi. - jednakże teraz nie mamy już na to wpływu. Rok zaczął się na dobre, a ty po prostu musisz nadrobić zaległości - dokańcza myśl i zamyka księgę. Zatem teraz moja kolej. Czuję chęć naubliżania komuś, co jednak nie ma prawa zdarzyć się tu. Biorę się w garść, po czym wygłaszam swoją mowę.
- Szkoła, szkoła, jeszcze raz szkoła. Wszyscy myślą tu tylko o ocenach i obecności. Chce pan wiedzieć co ja o tym myślę? - kiwa głową w moją stronę. Udało mi się go zaciekawić, oby tak dalej. - Gówno obchodzi mnie ta szkoła. Jak i zresztą wszystkie inne - wyrzucam z siebie same prawdziwe informacje, a kiedy dorosły chce coś dorzucić ignoruję to, nadal kontynuując. - Interesuje mnie to, co jest teraz. Nie test za tydzień czy kartkówka jutro. Mam ochotę pójść na miasto - zrobię to. I będę korzystał z każdej takiej okazji, bo nie będzie ich wiele. Każdy w tej szkole ma swoją przeszłość. Inni spokojną i bajkową, zaś reszta.. - zastanawiam się moment nad odpowiednim doborem słów - zaś reszta mniej ciekawą. Otóż moja skromna osoba należy do grupy numer dwa. Najmniejszego zamiaru nie mam wyżalać się niewiele znanej mi osobie o swoich przeżyciach, emocjach i całym gównianym życiu, bo wolę teraz iść gdzieś i coś zrobić. To życie może zakończyć się w każdej chwili. Ścigany jestem w połowie stanów w USA, Rosji, Danii oraz szczególnie Kanadzie. Wszędzie czaić się może osoba pragnąca mojej śmierci i - szczerze - jestem na to przygotowany. W zasadzie czekam na ten moment. Odkąd odzyskałem wolność o niczym innym nie myślę. Żadna akademia, moce czy Szatan wie co też innego nie odciągnie mnie od tej śmierci. Teraz - za przeproszeniem - idę korzystać z czasu o którego tak niegdyś walczyłem, a teraz marnuję go w tak bezczelny sposób - unoszę się z krzesła i opuszczam salę pozostawiając pedagoga w niemałym zaskoczeniu. W pół minuty znajduję się pod drzwiami pokoju Ivy. Nie interesuje mnie fakt, iż jest to mój życiowy rekord. Czuję w sobie pokłady energii tak silnej i wspaniałej w swojej potędze, że roznieść mógłbym to miejsce na proch. Gdybym chciał. Ale nie chcę. Wciągam zimne powietrze do płuc, po czym stukam w drewno przed nosem. Głucha cisza. Ponawiam próbę. Nadal nic. Teraz stukam, a wręcz walę w drzwi cały czas, aż te otwierają się. Zaspany wyraz twarzy dziewczyny rozbawia mnie do łez, które swobodnie ściekają po policzkach. Wchodzę do środka na bezczelnego, zamykam drzwi i wpijam się w usta jasnowłosej. Zaskoczona w pierwszej chwili próbuje odskoczyć, przytrzymuję ją jednak w talii i przyciągam do siebie jeszcze bardziej. Wreszcie poddaje się, a pocałunek (dosłownie jak ten we śnie!) trwa naszą małą nieskończoność. Ręce dziewczyny wędrują po moich plecach przez łopatki oraz kark docierając w końcu do włosów, które czochra zalotnie. Kiedy brakuje nam już tchu odłączamy się od siebie, stojąc jednak nadal w ciasnym uścisku.
- Ivy, może to co teraz powiem będzie głupie, pod wpływem emocji i chwili, ale.. - waham się, co nie uchodzi uwadze dziewczyny. Unosi mój opuszczony podbródek dodając mi nieco odwagi - kocham cię, Lilianne Ivy Bacardie. Od pierwszego momentu, od pierwszej sekundy. Kocham cię całym sobą i kocham całą ciebie. Cokolwiek by teraz miało się nie stać - chcę abyś o tym wiedziała.
Ivy? Miał być post-depresja ale mnie oświeciło. Ja dotrzymuję obietnic ;>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz