- Chyba pójdę do higienistki - wypaliłem podnosząc się z łóżka mozolnie. Ciało nie chciało współpracować.
- Pójdę z tobą - dodał ochoczo, także zrywając się na równe nogi i oplatając moje ramię.
- Nie, chcę żebyś został - delikatnie odepchnąłem chłopaka siląc się na uśmiech.
Nie dał za wygraną. Postawiwszy pierwsze kroki w stronę drzwi ponownie podbiegł, próbując mnie przekonać.
- Na prawdę, to nie problem - mruknął wsuwając się pod mój bark chcąc służyć jako podpora.
- Powiedziałem, że chcę iść sam - warknąłem, odtrącając szatyna w bok.
Zdziwiony stanął przy ścianie przyjmując pasywną postawę. Możliwe, że trochę przesadziłem, ale wyraźnie oznajmiłem, iż chcę zostać sam. Wyszedłem z pokoju trzaskając drzwiami za sobą co zdecydowanie źle odbiło się na bólu głowy.
W jego oczach pewnie wyglądało by to jak gdyby nastąpiła zmiana planów, ale od samego początku nie miałem zamiaru korzystać z leczenia jakiego mi zaoferował. Wolałem radzić sobie na własną rękę.
Wparowałem do swojego mieszkania zabierając się za przegrzebywanie szafek przy biurku. Nie miałem kompletnie cierpliwości, więc tylko rozrzucałem ich zawartość w poszukiwaniu swojego lekarstwa. Szczerze nie chciałem go znaleźć. Wolałbym, żeby wyparowało i już nigdy nie wróciło. Jednak pech chciał, żebym je znalazł. Mimo chwilowego uczucia zwycięstwa, dopadło mnie jakieś, swego rodzaju przygnębienie. Ból i wycieńczenie sprawiało, że nie mogłem myśleć zbyt trzeźwo i oprzeć się pokusie. Byłem pewien, że to zły pomysł i nie skończy się dobrze. Mój umysł natarczywie nalegał by wrócić do Ismaela, ale organizm miał swoje własne zdanie. Rozsypałem wszystko na stoliku przy łóżku i lekko drgającymi rękami niedbale uformowałem swoje prywatne schody do nieba.
Opadłem na łóżko w oczekiwaniu na działanie. Ulga przyszła w niebywałym tempie. Biała śmierć idealnie zakamuflowała męczącą chorobę pozwalając na chwilę odetchnąć.
Niestety wszystko co dobre kiedyś się kończy, a ja nie miałem zamiaru wracać do mdłej rzeczywistości. Powtórzyłem destrukcyjne działania nie przywiązując zbytnio uwagi do zwiększonej dawki. Zaczęło doskwierać mi kłucie w okolicy klatki piersiowej, jakiego nie doznałem od dobrych kilku lat. Z trudem łapałem powietrze przy przyśpieszonym oddechu i torturze, która właśnie rozgrywała bitwę z moim sercem. Coś nie zbyt przyjemnego delikatnie spływało nad górną wargą. Przetarłem nos rękawem od koszulki. Spojrzawszy na materiał, poczułem jak strach opanowuje moje ciało. Puściłem koniec poplamionej krwią bluzki tylko po to by zatamować palcami jej źródło. Serce przestało bić miarowo, zmieniając swoje tempo na życzenie. Przestałem całkowicie martwić się o spływającą po twarzy, o metalicznym zapachu substancje. Walczyłem o każdy oddech, pozwalając sobie na zsunięcie pleców ze ściany lądując przy tym w miękkiej pościeli.
- Olek... - ledwo słyszalny głos nastolatka przedarł się do pokoju, sprowadzając moje myśli na ziemię.
Wiedziałem, że pójdzie za mną. Byłem tego wprost pewien. Pewnie nie znalazł mnie tam gdzie tego oczekiwał, więc rozum przywiódł go tutaj. Nie chciałem, żeby akurat teraz mnie oglądał, choć potrzebowałem pomocy.
- Wyjdź - rzuciłem półkrzykiem nie mogąc zapanować nad dziwnym rytmem serca, które biło tak intensywnie, jakby miało za chwilę rozerwać żebra.
Nie posłuchał co było, aż nazbyt oczywiste. Wystarczyło, że cofnął się na chwilę ze zdziwienia, żebym mógł zrozumieć, że nie wyglądam zbyt dobrze.
Ciśnienie rozsadzające moje żyły jakby nagle przestało mi, aż tak doskwierać. Widziałem jak Cartenly usiadł tuż obok, obejmując moją twarz dłonią. Krzyczał coś nie wyraźnie. A może to ja nie dosłyszałem... Chyba nawet samotna łza zakręciła się mu w kąciku oka. Obraz przestał być wystarczająco wyraźny... Nawet nie próbowałem walczyć z zasłabnięciem. Zwyczajnie się poddałem...
Ismael?
Nie dam rady więcej, zrób z nim co chcesz
Niestety wszystko co dobre kiedyś się kończy, a ja nie miałem zamiaru wracać do mdłej rzeczywistości. Powtórzyłem destrukcyjne działania nie przywiązując zbytnio uwagi do zwiększonej dawki. Zaczęło doskwierać mi kłucie w okolicy klatki piersiowej, jakiego nie doznałem od dobrych kilku lat. Z trudem łapałem powietrze przy przyśpieszonym oddechu i torturze, która właśnie rozgrywała bitwę z moim sercem. Coś nie zbyt przyjemnego delikatnie spływało nad górną wargą. Przetarłem nos rękawem od koszulki. Spojrzawszy na materiał, poczułem jak strach opanowuje moje ciało. Puściłem koniec poplamionej krwią bluzki tylko po to by zatamować palcami jej źródło. Serce przestało bić miarowo, zmieniając swoje tempo na życzenie. Przestałem całkowicie martwić się o spływającą po twarzy, o metalicznym zapachu substancje. Walczyłem o każdy oddech, pozwalając sobie na zsunięcie pleców ze ściany lądując przy tym w miękkiej pościeli.
- Olek... - ledwo słyszalny głos nastolatka przedarł się do pokoju, sprowadzając moje myśli na ziemię.
Wiedziałem, że pójdzie za mną. Byłem tego wprost pewien. Pewnie nie znalazł mnie tam gdzie tego oczekiwał, więc rozum przywiódł go tutaj. Nie chciałem, żeby akurat teraz mnie oglądał, choć potrzebowałem pomocy.
- Wyjdź - rzuciłem półkrzykiem nie mogąc zapanować nad dziwnym rytmem serca, które biło tak intensywnie, jakby miało za chwilę rozerwać żebra.
Nie posłuchał co było, aż nazbyt oczywiste. Wystarczyło, że cofnął się na chwilę ze zdziwienia, żebym mógł zrozumieć, że nie wyglądam zbyt dobrze.
Ciśnienie rozsadzające moje żyły jakby nagle przestało mi, aż tak doskwierać. Widziałem jak Cartenly usiadł tuż obok, obejmując moją twarz dłonią. Krzyczał coś nie wyraźnie. A może to ja nie dosłyszałem... Chyba nawet samotna łza zakręciła się mu w kąciku oka. Obraz przestał być wystarczająco wyraźny... Nawet nie próbowałem walczyć z zasłabnięciem. Zwyczajnie się poddałem...
Ismael?
Nie dam rady więcej, zrób z nim co chcesz
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz