poniedziałek, 21 listopada 2016

Od Ivy do Devona

Rozdarcie – moment, gdy musisz dokonać wyboru, a wiesz, że ani jeden, ani drugi nie uczyni cię szczęśliwym…
Podrywam się gwałtownie z łóżka czując narastającą we mnie świadomość tego, na co właśnie się skazałam i wycieram wierzchem dłoni wilgotne usta chcąc zmyć z nich gorzki posmak pomarańczy. Obok mnie siedział Gabriel – tajemniczy brunet, nadawca wszystkich prezentów przeznaczonych dla mnie w ciągu ostatnich dni i w pewnym sensie nowy pomocnik. Nie chcę tego.

-Chyba musisz już iść. –stwierdzam stanowczo przecierając czoło. Wbija we mnie zdezorientowany wzrok i kładzie na moim udzie dłoń, którą z impetem strącam nie zważając na iskierki złości w jego oczach.

-Ale umowa aktualna? –biorę głęboki wdech szykując się na słowa, jakie mają przejść przez moje gardło. Dlaczego akurat dzisiaj? Akurat ja?
-Tak. –szepczę zachrypniętym głosem czując cisnące się do oczu łzy.  Muska ponownie moje usta ułożone teraz w wąską linię. Przymykam powieki i stoję tak w bezruchu dopóki nie usłyszę trzasku drzwi wejściowych sygnalizujących upragnioną samotność wśród własnych czterech ścian. Opadam z impetem na łóżko oddychając płytko. W co ja się wpakowałam? I jak wytłumaczę to Devonowi? Pokój zaczyna się robić ciasny, czuję jakby zbliżający się atak klaustrofobii, dlatego też chwytam kurtkę i wybiegam z mieszkania chcąc znaleźć się jak najdalej od tego chorego miejsca. Truchtam wąską ścieżką wsłuchując w nierówny chrzęst żwiru pod moimi stopami, kieruję się przed siebie.Przy parkingu dla busów dostrzegam ciemno ubraną postać jak większość, jednak takie oczy posiada tylko jedna osoba na świecie. Podbiegam do niego i łapię za nadgarstek nakłaniając, by się odwrócił. Z początku wydaje się być zaskoczony ale ostatecznie w jego oczach szkli się tylko irytacja. Wyrywa rękę z mojego uścisku i odpycha odwracając się do mnie plecami.
Wie.
-Devon, proszę. –mówię błagalnie starając się, by serce nie wyskoczyło mi z piersi. Nie zatrzymał się. –On obiecał, że pomoże mojemu ojcu. Daj mi wytłumaczyć!
Nie dziwię się, że nie zwrócił uwagi na moje słowa. Też bym tak zrobiła na jego miejscu. Połykając łzy biegnę w przeciwnym kierunku.

Kiedy zaczyna mi brakować tchu przysiadam na zamszonym kamieniu w jakiejś nieznanej mi dzielnicy i ściągam kurtkę ogrzewającą dodatkowo moje, i tak już rozgrzane ciało, łapiąc głębokie wdechy. Wyciągam z kieszeni telefon i drżącymi palcami stukam w klawiaturę musząc co chwilę ponawiać napisanie wyrazów, gdyż nie zawsze celowałam w poprawne litery. 
Coś jest nie tak. Coś bardzo nie tak. Muszę pogadać. Proszę.
Niestety, Devon nie odpisuje, co nakłania mnie do wydzwaniania do niego przez kolejne piętnaście minut, jednak wszystkie próby kontaktu kończą się niepowodzeniem. Podkurczam kolana opierając na nich brodę i wsłuchuję się w cichy szum płynącej nieopodal rzeki, bo nie wiem, co innego mogłabym teraz zrobić. Ze sobą. Z całą tą sytuacją. Nigdy mi nie wybaczy. Jest zbyt inteligentny żeby zapomnieć. A jeszcze wczoraj…Mimowolnie dotykam swoich warg, delikatnie przejeżdżając palcem po ich obrysie i przypominając sobie słodki smak jego ust -Devona. Boże, co się ze mną dzieje? Nigdy nie byłam osobą uczuciową. Nigdy nie kochałam. Nigdy nie chciałam darzyć innych uczuciem, bo uważałam, że to cecha słabości. Jednak wiem, że to co zrobiłam jest ohydne. Sama się siebie brzydzę. I nie chcę tracić tego, co aktualnie znajduje się w moim sercu. Ocieram pojedynczą łzę spływającą po policzku i zaciskam pięści, spod których zaczyna wydobywać się biała, zimna para. Może bez emocji byłoby łatwiej? Jakby nie patrzeć, taki kamień ma wspaniałe życie.


Kamyk jest stworzeniem 
doskonałym


równy samemu sobie 
pilnujący swych granic 

wypełniony dokładnie 
kamiennym sensem 

o zapachu który niczego nie przypomina 
niczego nie płoszy nie budzi pożądania 

jego zapał i chód 
są słuszne i pełne godności 

czuję ciężki wyrzut 
kiedy go trzymam w dłoni 
i ciało jego szlachetne 
przenika fałszywe ciepło 

- Kamyki nie dają się oswoić 
do końca będą na nas patrzeć 
okiem spokojnym bardzo jasnym
~Zbigniew Herbert




Żal, wstręt i obrzydzenie zamieniają się w złość, którą czuję w całym moim ciele, w każdej żyle i organie. Muszę to opanować, powstrzymać. W trawie błyska kawałek szmaragdowego szkiełka, zapewne odłamek butelki po alkoholu, która pewnej nocy została rozbita przez jakiegoś śmierdzącego menela, gdy okazała się być pusta i niepotrzebna. Bez wahania chwytam go i podwijam wysoko rękaw bluzki, odsłaniając blade, jeszcze niedawno kontuzjowane ramię. Przymykam oczy, przykładam chłodny okruch do skóry i wraz z następnym dużym wdechem wpuszczającym do moich płuc kolejną dawkę spalin i tlenu  przejeżdżam mocno tworząc na przedramieniu głęboką, czerwoną linię, z której powoli sączyła się krew. Patrzyłam na spływające krople tworzące czerwony wzór na mojej skórze nie zwracając uwagi na jakikolwiek ból czy pieczenie. Moja pięść na powrót zacisnęła się kurczowo tak samo, jak szczęka. Niestety, złość wciąż panowała nade mną. Zdjęłam szybko spodnie, nie zwracając uwagi na kilku ludzi cieszących się ostatnimi jesiennymi dniami nad rzeką i bez skrupułów wbiegłam na lodowatej, stojącej wody. Zanurzyłam się cała, pozwoliłam by ciałem wstrząsnęły nerwowe spazmy, a z ust wydobywał się krzyk zagłuszany przez wodę dookoła i ulatniający się z małymi bąbelkami uciekającymi na powierzchnię. Zanurkowałam głębiej, czując coraz większe zimno na skórze. Chciałam dopłynąć do dna – miejsca, do którego w obecnej sytuacji najbardziej pasuję, jednak brak powietrza uniemożliwił mi to brutalnie. Zadarłam brodę przebijając taflę wody swoją głową, zaczesując palcami mokre włosy do tyłu tak, by nie przeszkadzały mi w widzeniu i skupiając się od razu na nieznośnym szczypaniu rany. Zakażenie w tym wypadku to i tak niewystarczająca kara. Kładę się na plecach na wodzie ukazując gołe nogi i klatkę piersiową oklejoną przesiąkniętą koszulką nie zważając na przypadkowych gapiów patrzących się na mnie z brzegu i zastanawiam się czy wszystko to ma sens.

Jeżeli Devon pozwoli mi się wytłumaczyć i faktycznie uwierzy w mój totalny brak zainteresowania Gabrielem, może jest jakaś szansa na naprawienie tego?
Nie, on nie jest głupcem.
Więc już tak zostanie?
Przerażenie. Kolejna emocja, władająca dziś moim umysłem. Nie mogę temu przeszkodzić.
Nurkuję ponownie pod wodę wracając na brzeg rzeki, gdyż mocne drgawki wstrząsające moim ciałem nie wróżą absolutnie nic dobrego.

***


Budzi mnie dźwięczny głos wymawiający moje imię. Gdy otwieram oczy ukazuje mi się Camille, zaniepokojona ale i dziwnie szczęśliwa. 

-Co tu robisz? I co ci się stało? –pyta z kwaśnym grymasem na twarzy. Uświadamiam sobie, jak muszę wyglądać. Oparta o betonowy mur kończący wąską plażę z mokrymi włosami i podkoszulkiem, rozmazanym makijażem i opatulona kurtką, z pod której wyłania się czerwona plama krwi i drzemiąca niespokojnie w przedzimowe popołudnie. Dziewczyna chwyta mnie pod ramię, ja jednak odrzucam jej rękę i wstaję o własnych siłach.
Bądź jak kamień.
-Nic. Znalazłam człowieka, który będzie w stanie pomóc ojcu. –tłumaczę wzruszając od niechcenia ramionami. Siostra unosi brew niedowierzając i zaplata ręce na piersi.
-Aha. To dlatego siedzisz mokra w temperaturze poniżej dziesięciu stopni dziewięć kilometrów od twojej akademii i ryczysz? Jesteś normalna? –Zaciskam mocno dłoń na nadgarstku drugiej ręki, czując wbijające się w skórę paznokcie. Kamień, kamień.
-Nie, nie jestem normalna. Nie masz nic ciekawszego do roboty? –nie otrzymuję odpowiedzi, za to zastaję prowadzona przez kolejne żwirowe ścieżki, którymi przybyłam w to miejsce. Zaprowadziła mnie do drewnianej ławki, w parku pokrytym różnorodnymi drzewami. Jedne były już prawie całkiem ogołocone, inne machały na wietrze ostatnimi kolorowymi liśćmi, a iglaki stały, wciąż zielone i najbardziej żywe.
-Lil, powiedz mi co się dzieje. Stan ojca się poprawił, więc o co chodzi? –wzdycham głęboko szykując się na słowa, jakie miałam właśnie wypowiedzieć, kiedy zrozumiałam…
-Czekaj. Stan ojca się poprawił? Jak? – pytam z przejęciem moją kopię, niedowierzając w to, co słyszę. Czyli nie muszę okłamywać sama siebie?
-No, znalazłam w Paresscot takiego przystojniaka, co się wszystkim zajął. Może ojczulek nie wyzdrowieje ale na pewno pożyje dłużej i będzie się lepiej czuł. –zastanawiam się czy moja twarz też jest zdolna do takiego uśmiechu. Kiedy Camille się śmieje, to nie tylko ustami. Śmieją się jej oczy, brwi, czoło nawet uszy i zęby. Promienieje uroczo chichocząc. –Ten chłopak pytał o Ciebie. Jakiś…Gabriel?
Jedyna wada kamieni? Jeżeli spadną z dużej wysokości, mogą się roztrzaskać w drobny mak, miliony kawałeczków.
Nie wytrzymuję ponownych nowinek i ruszam szybko w stronę, z której przyszłam nie spostrzegając nawet, że każdy mój krok odbija się na ziemi w postaci kałuży szronu. Byle do akademii. Zabiję skurwiela. 
-Lilianne? Lilianne! –słyszę wołanie za mną. Nie zwracam na nie uwagi. Są ważniejsze rzeczy do zrobienia.

Nie wiem, ile czasu idę, ani jakim cudem odnalazłam drogę. Nie interesuje mnie to. W pośpiechu wbiegam na schody akademika potykając się co chwila. Oddycham płytko wraz z rozszerzającymi się ze zdenerwowania nozdrzami nosa. Nie kontroluję łez spływających strumieniem po policzkach bez szlochu. Możliwe jest, że jestem jakąś niepoczytalną wariatką, bo właśnie zamierzam zrobić temu palantowi krzywdę.
Odnajduję drzwi jego pokoju i bez ostrzeżenia mocno szarpię za klamkę od drzwi, które okazują się być zamknięte. Przez chwilę stoję pod wejściem pukając, waląc i kopiąc w białe drewno, jednak nie otrzymuję  jakiegokolwiek oddźwięku. Zrozpaczona, zirytowana ostatni raz uderzam w drzwi i opadam pod nimi na kolana oddając się fali spazmów i łkania. Opieram się plecami o framugę i chowam głowę w ręce.
Da się upaść jeszcze niżej?
Moją czujność ponownie rozpala dźwięk kroków. Podnoszę wzrok żeby upewnić się, że mam fart i mam okazję wyłamać tej kanalii każdy palec u rąk. Niestety, nie tym razem. W moim kierunku zmierza Devon. Jego wzrok wbity jest we mnie ale nie tak jak zwykle. Tym razem z pogardą, repulsją. Odwracam głowę. Nie mogę tego znieść. Nawet kamień uroniłby łzę.
<Devon? Przepraszam za... wszystko ogółem. W najbliższym czasie będzie mnie tu mniej [przez jakieś dwa tygodnie] ale obiecuję się pojawiać! A ten tekst zostawmy w spokoju, bo nie nadaje się do komentowania ;-;>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz