czwartek, 24 listopada 2016

Od Aleksandra C.D Ismaela

Jesienny wiatr delikatnie rozwiewał czuprynę chłopaka. Niecierpliwił się. Wiedziałem jakiej oczekuje odpowiedzi, ale jedyne do czego byłem zdolny to głupie wpatrywanie się w przestrzeń. Chciałem mu przekazać, że skończę z niszczeniem naszej relacji. Byłem gotów rzucić, dla niego nawet używki.
Przytaknąłem głową na zarzuty, zbierając myśli na swoją wypowiedź.
- Ismael, zrobię wszystko żebyś czuł się przy mnie dobrze - mruknąłem mozolnie, a on odetchnął głęboko, jakby kamień spadł mu z serca. - Zerwę z nią kontakt jeżeli chcesz. Przestanę... startować do innych. To z tobą chcę spędzać czas. Wspólnie zasypiać, żeby pierwszą osobą jaką zobaczę po przebudzeniu był ty. Przypominać ci jakim jesteś krasnalem - zaśmiałem się spoglądając niepewnie na jego twarz. - Przegrywać w biegach i... przesiadywać w takich miejscach.
Rozglądałem się dookoła siebie szukając powodu do zaczepienia wzroku. Chyba po prostu nie byłem gotów na reakcje szatyna.
- Nie znudzisz mi się - dodałem pod nosem, palcem rysując bez celu w piasku.
Poczułem jak oparł twarz na moim barku, a dłonie zacisnął wokół przedramienia.
Siedzieliśmy w ciszy. Jednocześnie nie miałem już czego dodawać, ani nie chciałem przerywać tego spokoju.
Jezioro było wystarczająco rozległe, żeby zamienić swój drugi koniec w cienką linię. Ponad widnokręgiem rozciągało się błękitne niebo, pokryte kłębiastymi chmurami. Słońce co chwilę chowało się za nimi, ponieważ wiatr wystarczająco szybko nimi poruszał. Strzeliste sitowie porastające nadbrzeże, także tańczyło jak mu Zefir zagrał. Martwe liście co jakiś czas opadały na taflę wody, delikatnie zakłócając jej falę.
Wydawało się jakby już nic nie mogło zakłócić tego stanu błogości, dopóki nieboskłon nie zaczął szarzeć. Ptaki wystraszone, zrywającą się wichurą zaczęły wydawać okropne dźwięki. Fale coraz mocniej biły o brzeg, a rozpryskująca się woda moczyła nam spodnie.
- Będzie padać - Ismael, podkurczywszy nogi, mruknął pod nosem i oparł brodę na kolanach.
- Widzę - odparłem tak samo cicho jak on, cały czas bacznie obserwując zmianę pogody.
Pierzaste i okazałe obłoki powoli ustępowały miejsca ciemnej, burzowej pierzynie. Stwierdziłem, że jeżeli zabawimy tu dłużej to ulewa spokojnie nas dopadnie.
Otrzepawszy się z piasku podałem rękę chłopakowi. Pochwycił ją, pomagając sobie wstać, jednak nie miał zamiaru już jej puszczać.
- Dopiero przyszliśmy, nie chcę wracać - burknął niezadowolony mozolnie stawiając kroki przed siebie.
- Musimy - posłałem mu ciepły uśmiech próbując rozweselić sytuację mimo zniszczonych planów.
Maszerowaliśmy średnim tempem ścieżką przez las pełen starych, ogromnych dębów. Słychać było pierwsze, póki co ledwo słyszalne, uderzenia piorunów, a mieliśmy przed sobą jeszcze kawał drogi.
Cartenly, czując zimny powiew wiatru, złapał wolną dłonią za dwie części bluzy próbując bardziej schować się przed chłodem.
Dróżka zdawała się nie mieć końca. Nie rozmawialiśmy. Raczej nie dlatego, że nie mieliśmy o czym, ale oboje woleliśmy pozostawić wszystko w swojej głowie.
Cisza między nami zaczęła mi trochę przeszkadzać. Nie byłem pewien co Ismael teraz o mnie myśli. Wszystko jedynie coraz bardziej się komplikowało, zamiast wychodzić na prostą.
- Nadal się gniewasz? - spytałem czując jak kropla deszczu, której udało się przedostać przez korony drzew uderzyła mnie w czoło.
Szatyn, wyraźnie zdziwiony pytaniem, zatrzymał się i otworzył szerzej oczy, myśląc nad odpowiedzią.
- Nie... nie wiem - burknął wbijając spojrzenie w ziemię i ruszając dalej.
Przytaknąłem skinieniem głowy, ale nie zauważył już tego.
- Powinniśmy się pośpieszyć - poradziłem, gdy kolejne krople zostawiły mokry ślad na moim ubraniu.

***

Po godzinnym bezcelowym truchcie byliśmy już całkiem przemoczeni. Wokół panowała okropna ciemność i tylko pojedyncze przebłyski światła dodawały jakiejś nadziei. Miałem wrażenie jakbyśmy krążyli w kółko.
Siedzenie pod drzewem w czasie burzy nigdy nie było dobrym pomysłem, ale byliśmy już kompletnie zmarznięci i zmęczeni . Musieliśmy odpocząć, więc usiadłem na pniu drzewa. Ismael szczękając zębami i trzęsąc się bez przerwy zajął miejsce na kolanach szukając ciepła w moich ramionach.
- Olek... - drżący głos nastolatka przerwało dosadne uderzenie pioruna. - Nie wiem gdzie jesteśmy
- Zdążyłem zauważyć - próbowałem uśmiechnąć się, kiedy ciarki przeszyły moje ciało.
Chciałem jakoś pocieszyć szatyna. Chciałem, żeby czuł się bezpiecznie. Ale nie dość, że psułem go psychicznie i emocjonalnie, to w tym momencie nie miałem nawet jak ogrzać tego drobnego ciała kulącego się jak zbity pies, żeby zatrzymać choć trochę ciepła. Sam się bałem. Nie wiedziałem jak wrócić i chyba jedyne co mi pozostało to przynajmniej udawać, że nad wszystkim panuję.
Przejechałem policzkiem po mokrych, oklapniętych włosach chłopaka, zaciskając przy tym powieki.
Mógłbym powiedzieć, że oddałbym wszystko, żeby leżeć teraz w cieplutkim łóżeczku w akademii, ale skłamał bym. W tym okropnym miejscu dotarło do mnie jak bardzo potrzebuję tego malucha. Nie chcę niczego bardziej, niż jego bliskości.
Kolejne wyładowania sprawiały, że ściskał mnie coraz mocniej chowając buzię przy mojej szyi. Usta zdominował siny kolor, odbierając im naturalny koloryt.
- Idziemy dalej - zarządziłem stając na nogi resztkami sił.

Ismael?
Ehh, przerasta mnie pisanie chyba

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz