Pytanie zadane przeze mnie wzbudziło emocje liczący tyle co nic, gdyż pudełko i tak wylądowało w koszu. Zignorowałem zachowanie dziewczyny wzruszając obojętnie ramionami. Dzisiejszego dnia wyjątkowo słońce wstało na tyle wcześnie, aby o godzinie szóstej było tu już jasno. Ivy zaoferowała się kawą, podziękowałem jednak usprawiedliwiając się zarwaną nocką i chęcią dospania. Na odchodne kazałem jeszcze iść jej do szkoły. Czekałem trzymając otwarte drzwi i wpuszczając przy tym zimne powietrze do środka tak długo, aż nie przyrzekła.. na coś. Po tym szybko przemknąłem się do swojego lokum, gdzie zastałem przylepną, żółtą karteczkę na łóżku. Było tam coś nabazgrane, jednak całkowicie olałem to i owinąłem się chłodną kołdrą w typowego naleśnika. Leżąc tak myślałem o.. niczym, próbowałem zasnąć tak długo, aż nie zadzwonił budzik. Niech to szlag, była już za dwadzieścia ósma. Drzemanie to najgorsze co może mi się zdarzać, naprawdę. Ni to się wyspać, ni nic sensownego. Wychodzi na to, że męczysz się jeszcze bardziej. W pośpiechu wziąłem prysznic oraz wrzuciłem do plecaka pierwsze lepsze książki które wpadły w moje ręce. Dzięki mocy spóźniony byłem jedynie pięć minut, a że było to jedna z tych 'luźniejszych' lekcji i nauczyciel niewiele się przejął. Zajmując swoje miejsce pod oknem rzuciłem jasnowłosej porozumiewawcze spojrzenie, po czym całkowicie oddałem się swojej wyobraźni. Lekcje mijały jak szalone. Raz ta sala i ten nauczyciel, potem inna klasa i całkiem inny przedmiot. Nie zorientowałem się nawet kiedy minęła ostatnia z ośmiu na dzisiaj lekcji i będąc jakby w jakimś transie próbowałem ustalić, co i gdzie teraz mam. W końcu doszło i do tego, że wymuszałem na Ivy fałszywą odpowiedź na pytanie: "Jaka teraz lekcja?", a dostając odpowiedź "Nie mamy już lekcji" pytałem się kolejny raz. I tak aż do drzwi pokoju dziewczyny. Wtedy też ocknąłem się i zdałem sobie sprawę z tego, co się dzieje. Nim tamta zniknęła za drewnianą zaporą rzuciłem marne:
- Jedziemy do miasta? - odpowiedziała cisza, jednak po chili otrzymałem pozytywną odpowiedź. Spotkaliśmy się ponownie pół godziny później przed bramą wjazdową do akademii. Umówieni byliśmy na podróż autobusem do centrum, gdzie potem mieliśmy na myśli pokręcić się aż do wieczora. Ach, te ambitne plany tak bardzo ambitnych ludzi. Przy okazji surowo zabroniłem dziewczynie zbliżania się do jakichkolwiek sklepów z ubraniami. Mina zbitego psa nie robi na mnie wrażenia, co wtedy musiała wyłapać.
***
Ciemno wszędzie, głucho wszędzie, Co to będzie, co to będzie?
Przemierzając coraz bardziej puściejącą ulicę w całkowitym milczeniu zastanawiam się nad naszym losem. Ostatnia podwózka perfidnie zwiała nam sprzed nosa, co oczywiście nie obeszło się bez wyzwisk z obu stron.. w stronę kierowcy busa. Lampy uliczne rzucały bladopomarańczową poświatę na szary beton, kończąc się gdzieś za miastem. Bezmyślnie skręciliśmy w jakąś uliczkę, nadal zamykając się ze swoimi myślami. Uliczka zwężała się z każdym krokiem, a uliczne światło już tu nie docierało. Usłyszawszy cichą muzykę uniosłem głowę. W kierunku w którym zmierzaliśmy, to jest na sam koniec ciemnego zaułka najwidoczniej odbywała się gruba impreza. Muzyka z każdą sekundą stawała się coraz głośniejsza, a jasne światła wydostawały się z każdego okna. Przystając przed lokalem wraz z Ivy spojrzeliśmy się po sobie, jakby czekając na jakieś objawienie. Nie wiem co nam dziś sprzyja i do czego to prowadzi, ale akurat zza drzwi wyłonił się wysoki facet, ubrany na typowego kolesia z grupy rockowej. Dostrzegając nas, wzrok (o dziwo!) zawiesił na chwilę na mnie. Śmiech. Ivy nie potrafi być poważna.
- Ty, śpiewasz? - zapytał wskazując na mnie. Lekko zdziwiony skinąłem głową na "tak". Nie mam pojęcia dlaczego to zrobiłem. Najgłupsza decyzja w moim życiu. - No to już do środka! - ponaglił nas oboje. Kiedy nadal staliśmy w miejscu sam podszedł do zszokowanej Ivy i uniósł ją na ręce. Nie stawiała oporu. Wszystko było takie dziwne. Koleś wszedł do środka, więc i ja udałem się za nim. Dopiero teraz muzyka była naprawdę głośna. Przebijała bębenki moich uszu bardziej niż najznamienitsze słuchawki na tej ziemi. Odgrywano tu właśnie jakiś koncert, wywnioskować to można było łatwo po tłumie ludzi pchającym się w stronę podestu na którym grupa muzyków wykonywała jakiś solidny kawałek. Alkochol przelewał się litrami, a zapach potu towarzyszył nam cały czas. Co, stop. Jakim nam? Facet wytłumaczył, że Ivy usiądzie przy jakimś stoliku i będzie obserwować mój występ. CO?! Mój występ? Jak, gdzie, jak? Na co ja się skazałem? Następnie zaciągnięty zostałem do jakiejś garderoby za sceną. Ostatni raz widziałem ją nim drzwi z hukiem zatrzasnhęły się. W środku kilkoro facetów oraz dwie panie zatrzymały na nas swoje spojrzenia. Nikt z nich nie wyglądał na naćpanego czy chociażby upitego, co niezmiernie mnie ucieszyło. Po kilku sekundach morderczej ciszy wszyscy wrócili do swojej pracy. Panie do wykonywania makijażu panom, a panowie do żywej dyskusji na wszystkie tematy. Mój 'przewodnik' zaprowadizł mnie jeszcze bardziej wgłąb lokalu, końcowo pozostawiając pod opieką makijażystki w pustym pomieszczeniu. Wręczono mi jakieś łachmany z poleceniem przebrania się w nie. W sumie, jeśli to zabrnęło to już tak daleko to.. czemu nie? Poddałem się całemu zamieszaniu. Po niecałych dziesięciu minutach wyglądałem dosłownie jak rockman. Tyle, że ja nim nie byłem, a zauważyć to można było tylko po mojej dość kruchej budowie. Natasza - bo tak na imię miała ta kobieta, która zajmowała się mną - na prędce wytłumaczyła mi co mam robić na scenie i co śpiewać. Ogólnie chodziło o improwizację i udawanie, że jestem w zespole od zawsze. Ponadto udało mi się kilka razy odsłuchać kawałek, który miałem wykonać. Po próbie generalniej cała ekipa za sceną stwierdziła, że nadaję się do tej roboty. I zostałem wepchnięty na scenę. Ludzie zachwyceni i zarazem oszołomieni wpatrzywali się we mnie, wcale nie zauważając żadnej różnicy pomiędzy całym zespołem. Nie miałem tremy. Nie miałem tremy. Nie miałem tremy. Niech to szlag! Miałem tremę jak cholera. Tym bardziej kiedy zauważyłem Ivy siedzącą na niewielkim balkonie naprzeciw dużej sceny wyłożonej skrzypiącym drewnem. Oparta o barierkę i całkiem odmieniona jeśli chodzi o ubrania wbijała we mnie swoje błękitne spojrzenie. Udawałem, że nie widzę. Muzyka zaczęła grać. Nuta wpadła mi w ucho, toteż czułem się jakbym znał tę piosenkę już x lat. Naprawdę. Słowa wypowiadałem intulicyjnie i co mnie zdziwiło - zgodnie z tekstem. Fala energii uderzyła mnie tuż pod koniec utworu, dając mi siłę na dokonczenie go, a i nawet mały bis na prośbę publiki. Po podziękowaniach za wspaniały koncert usunąłem się ze sceny. Gotowałem się w środku, a atmosfera naprawdę była gorąca. Cholera, cały ten lokal szalał i płonął! Odizolowałem się od całej grupki muzyków gratulującej mi wystepu zamykając się w tej samej garderobie, gdzie szykowałem się na te kilka minut. Najbardziej szalonych minut w moim życiu, bynajmniej jeszcze wtedy tak o nich myślałem, bo zaledwie po kwadransie spokoju do pomieszczenia wparowała Ivy. Ona również oddała się zabawie i wyglądała na naprawdę szczęśliwą. Porwała mnie do tańca, nie zwracając uwagi na ramię. Wywijaliśmy w niezgranym połączeniu czegoś z tańców klasycznych i dyskotekowych, co chwila depcząc się po palcach. Nikt się nie przejmował, jedyne co to kolejny raz wybuchaliśmy śmiechem. W pewnym momencie pokój jakby zaczął się zwężać, a nam zaczęło brakować miejsca do tańca. Przekonała się o tym wyjątkowo boleśnie dziewczyna, wpadając na białą ścianę. Co z tego, że zostawiła w niej wgniecenie. Bardziej wystraszył ją sam fakt tego, że coś było za nią. Wyskoczywszy w moim kierunku dokleiła się do mojego torsu. Oboje dyszeliśmy zmęczeni po tańcu i całym dniu. Wycofałem się do kanapy w rogu pomieszczenia nadal wlokąc za sobą dziewczynę. Opadliśmy na nią tak niefortunnie, że to kanapa była moją kanapą, a moje nogi kanapą Ivy. Kolejny raz zaśmiała się i poprawiła się. Nie odsunęła się jednak daleko. Oparła głowę o mój bark, moją rękę przerzucając za swoim centrum myślenia. Siedzieliśmy chwilę w milczeniu podziwiając piękno ściany za potrzebą odetchnięcia. W końcu Ivy odezwała się, spoglądając wprost do moich oczu. Mówią, że oczy są zwierciadłem naszej duszy. To na pewno sprawdza się w wypadku dziewczyny.
- Devon? - odpowiedziałem lekkim poruszeniem głowy. Znów musiałem patrzeć się na nią tak z góry, to było bardzo, ale to bardzo irytujące. - To najbardziej szalony dzień w moim życiu - wyznała ukazując mi szereg swoich białych zębów. Odpowiedziałem tym samym, dodając cicho:
- Mój też - nie wiem co to było, ale kazało mi przysunąć się bliżej. Jakbym walczył ze samaym sobą, ale całkiem w środku. Chciałem ale nie chciałem. Odległość między naszymi twarzami zmniejszała się dreastycznie, aż w końcu oboje czuliśmy swoje nadal niespokojne oddechy. Lekki makijaż dziewczyny dodawał jej uroku, nie miałem jednak szansy przyjrzeć się temu bliżej. Udareminł mi to kosmyk włosów dziewczyny. Zagarnąłem go za jej ucho, po czym wróciłem do wpatrywania się w nią. Zatrzymałem się na soczysto malinowych ustach, teraz lekko przygryzanych przez dziewczynę. Potrzebna była tylko chwila alby złączyć nasze usta w pocalunku, pogłębianym z każdą chwilą przez obie strony. Swoje ręce ułożyłem na talii Ivy, zaś ta na moich policzkach. Oderwaliśmy się od siebie kiedy zaczęło nam brakwać tchu. Figlarny błysk w jej oku dał mi do zrozumienia, że podobało się. Więc powtórzyłem to jeszcze raz, jednocześnie przenosząc dziewczynę na swoje nogi. Usiadła na mnie okrakiem, całkowicie oddając się pocałunkowi. Trwał całą wieczność. Nie wiem co czuła ona ale ja nie myślałem. Całkowicie wyłączyłem mózg, aby przypadkiem nie zniszczyć tej chwili.
***
Twarde podłoże podrywa mnie na nogi. Oślepiony jasnym światłem, ogłuszony ciszą usiadam na znajdującym się za mną łóżku. Przecieram oczy, próbuję uporządkować wszystkie myśli. Zajmuje mi to bardzo długo, jednak dochodzę do siebie w momencie, kiedy na mojej ręce dostrzegam czerwoną maź. Natychmiastowo odzyskuję trzeźwość myślenia oraz wzrok. Jestem w swoim pokoju. Rozglądam się - wszystko wygląda identycznie co rano, nim stąd wyszedłem na zajęcia. Szybko udałem się do łazienki przed lustro. Nie zwróciłem uwagi na wczorajsze ubanie, lecz na rozciętą brew z której obficie sączyła się krew. Opatrzyłem to i zakleiłem plastrem, dokładnie kiedy zadzwonił budzik. Już spokojniej przeszedłem się do sypialni i odnajdując telefon na łóżku wylączyłem alarm. Cholera, była dziewiąta czterdzieści. Co ja wczoraj robiłem..? Bardzo złe pytanie przywołało ogromną falę wspomnień. Bezsilnie opadłem na łóżko, próbując ułożyć wszystko w kolejności chronologicznej. Zajęło mi to pół godziny, ale efektem była kartka zapisana od A do Z wczorajszym dniem. Uśmiechnąłem się czytając ostatni napisany punkt. Jednocześnie jednak walnąłem sobie solidnego facepalma. Co było potem? Totalny szok. Gdzie poszliśmy? Co robiliśmy? Jak się tu znalzałem? Gdzie Ivy? Zalewające mnie pytania przerwanie zostały przez ponowne zadzwonienie telefonu. Tym razem jednak wyłączając alarm już na dobre zawiesiłem wzrok na dacie. Chwila chwila.. Czy to nie wczorajszy numer? Pocierając się w skronie próbowałem wymyślić, który dzień był wczoraj. Tak zleciało kolejne piętnaście minut. I wymyśliłem, że nie było wczorajszego dnia. Jak torpeda pognałem do szkoły, zostawiając wszystko na miejscu. Na swoje szczęście trafiłem na przerwę, a Ivy łatwo dało się odnaleźć. Widząc nieco zabłąkane spojrzenie dziewczyny uspokoiłem się i poprosiłem ją w miejsce, gdzie jest mniej ludzi.
- Pamiętasz wczoraj? - zacząłem niepewnie. Czy to mógł być..? Nie..
- Pamiętam, czemu pytasz? - uniosła pytająco brew. Czy to ja teraz wychodziłem na kompletnego wariata i kretyna czy tylko mi się ta zdawało?
- Aa... Em.. No to może wiesz też, jak znaleźliśmy się spowrotem w akademii - przeciągałem moment najważniejszego pytania jak tylko się dało. Dziewczyna jednak coraz bardziej utwierdzała mnie w mojej teorii.
- Wczoraj po tym wypadku na lekcji siedziałeś ze mną do rana a potem zaczołgałeś się do siebie - wyjaśniła gestykujując rękami w powietrzu. Nie wierzyłem jej słowom. Odebrało mi mowę, co od razu musiała zuważyć. - Devon, dobrze się czujesz? I co z twoją brwią - wskazała palcem na plaster.
- To? To nic, uwoerz mi nic.. Chyba dostałem od kogoś solidnego gonga - moje oszołomienie sięgało zenitu. Przeprosiłem ją i opuściłem, przy okazji obiecując wytłumaczyć to innym razem. Wymknąłem się z akademii całkiem niezauważony i wróciłem do swoich czterech ścian. To był sen. Cholerny sen. Mam zjebany umysł.
Ivy? Wybacz XDDDDDDDD
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz