Każda emocja, która zawładnęła moim ciałem kumulowała się by po chwili opaść ustępując miejsca chłodzie jaki czułem, przez co mój organizm stawał się bolesną mieszanką wybuchową.
Nie wiedziałem czego bałem się bardziej, chłopaka, który wczorajszego wieczora próbował mnie zranić, czy trzech nieznanych mi postaci, które raniły mnie teraz. Nie chciaem być ofiarą głupoty Aleksandra. Moje wysobodzone ręce nadal nie wróciły do normalnego stanu, za to bolały bardziej niż gdy skrępowane uniemożliwiały mi ruch.
Przez chwilę nawet pożałowałem, że nie przyjąłem od niego tego durnego płaszcza gdy miałem okazję. Teraz leżałem na ziemi próbując znaleźć w tym całym otępieniu i bólu dość siły by podnieść się i wrócić do akademii.
Zdołałem jedynie doczołgać się za drzewo i przysługując się rozmowie zbierałem się do odejścia..
Moje chwiejne kroki coraz bardziej zatracały równowagę całego ciała sprawiając, że musiałem się opierać o drzewa by nie runąć na ziemię. Coś zżerało mnie od środka, poczucie winy, że zostawiam człowieka na pastwę swoich kłopotów choć mogę pomóc...
Czegokolwiek nie czułem wobec Olka, nie chciałem by stało mu się coś złego. Nie chciałem by komukolwiek stało się coś złego...
Walka między zdrowym rozsądkiem i dumą, a wyrzutami sumienia nie trwała długo. Dla nikogo nie chciałem zle, zawsze starałem się nieść innym pomoc...
Więc i teraz nie mogło być inaczej. Rozglądając się za czymkolwiek co mogłoby posłużyć jako narzędzie ewentualnej zbrodni, nie zauważyłem nic, poza mokrą, zimną ziemią i sporych rozmiarów złamaną gałęzią. W gruncie rzeczy z samej ziemi też można było wydobyć wodę... Postawiłem na bezpieczniejszą opcję i używając przy tym całej swojej siły podniosłem z podłoża gałąź i zarzuciłem na swoje ramię. Moja skóra w dotknięciu ze spruchniałym drewnem natychmiast popękała sztywna od mrozu, krew umazała mi koszulkę i ręce aż do łokci.
Niezauważony zbliżyłem się do trójki napastników, no prawie niezauważony... Wiedziałem, że Aleksander od początku obserwuje moje ruchy na tyle dyskretnie, że żaden z degeneratów nawet nie spodziewał się mojego powrotu. Wyczekując odpowiedniego momentu obserwowałem jak dziewczyna, subtelnie kładzie dłoń na ramieniu blondyna. Poruszała się jak jaszczurka, sunęła po jego policzku, plecach. W jej ruchach było coś osobistego, poza niesamowitą pewnością siebie, coś, co przyciągało. Nic dziwnego, nawet ja zdawałem sobie sprawę z tego jak bardzo jest seksowna i jak doskonale potrafii uwodzić chyba samym wzrokiem. Wyczekując odpowiedniego momentu pozwoliłem odwrócić się jej do mnie tyłem i korzystając z takiego obrotu spraw zbliżyłem się do przodu i z całej siły jaka została w moich niemal martwych dłoniach uderzyłem jednego z wysokich mężczyzn prosto w głowę.
Siła uderzenia mnie samego odrzuciła na ziemię, powodując ogólne zamieszanie, na tyle skuteczne, że Aleksander wyrwał się spod więzi drugiego chłopaka, a ja pożałowałem, że to Ekker nie dostałam polo tym cholernie pustym łbie.
Nie czekałem na dalszy rozwój akcji, moje pokłonić nie była mu potrzebna i wbrew każdej swojej wartości życiowej nie chciałem mu pomagać.
Zbyt zamarznięty by iść dalej czułem jak nogi odmawiają mi posłuszeństwa opadłem bezwładnie na ziemię. Podkuliłem nogi pod klatkę piersiową rozcierając je zakrwawionymi dłońmi by uzyskać trochę ciepła. Stwarzałem teraz wyjątkowo depresyjny obraz samego siebie, który przykuł uwagę wracającego do szkoły blondyna, wyglądał na całego i zdrowego więc większej krzywdy mu nie zrobili. Chłopak zbliżył się do mnie jeszcze w chodzie zdejmując płaszcz, o który za chwilę niemal się poszarpaliśmy.
- Nie chcę go - po raz kolejny odepchnąłem od siebie chłopaka, który chyba liczył, że ten właśnie element mojego ubioru będzie przedmiotem mojego wybaczenia.
- Jesteś pojebany - mruknąłem podkulając nogi trochę mocniej pod brode. Wysłuchując obelg, prawdopodobnie na swój temat obserwowałem jak chłopak odchodzi i jeśli teraz jakikolwiek cierpiał to nie było mi go nawet szkoda.
Zostając sam w kompletnych ciemnościach i okrutnych myślach, poczułem jak bardzo chcę już wrócić do domu, do swojego domu tego w Perth, w Australii. Chciałem opuścić to chore miejsce, zapomnieć o tym, że nie jestem jak inni i żyć ze swoją ukochaną babcią.
Starłem słone łzy, gdy zdałem sobie sprawę jest wiele straciłem zgadzając się tu przyjechać, te jednak cały czas powracały na nowo. Czułem się jak dziecko, które pierwszy raz wyjechało na obóz, gdy nadeszła pierwsza samotna noc, zaczęło tęsknić za bliskością swojej mamy i beczalo po nocach bojąc się komukolwiek do tego przyznać. Ostatni raz przesunąłem po zmęczonych oczach, próbując podnieść się z zajmowanego miejsca i choćby ostatkiem sił wrócić do swojego pokoju.
***
Sen przyszedł niemal natychmiast, za wszelką cenę chciałem zapomnieć o wydarzeniach sprzed dwóch dni i korzystając z pomocy środków nasennych odpłynąłem w słodką krainę odpoczynku, gdzie nie nękały mnie żadne koszmary, nie tym razem.
Jasnooki blondyn nie zagościł w moich snach nawet na chwilę co wcale nie sprawiło, że czułem się lepiej. Nie rozumiałem czemu to dla mnie takie trudne, w końcu czy stało się coś tak naprawdę złego...?
Oczywiście, że tak.
Pokręciłem przecząco głową ostatni raz poprawiając swoją nienaganną fryzurę i zgarniając że stołu czarną torbę, wyszedłem z pokoju by stawić czoła dzisiejszemu dniu. Szło mi naprawdę dobrze, nie przejmowałem się obecnością Ekkera, nie przejmowałem się niczym spędzając naprawdę udany dzień. Nawet w porze obiadowej, zajmując miejsce wśród innych osób z moich klasy nie szukałem go wzrokiem.
Choć gdzieś w głębi wiedziałem, że po prostu nadal się boję.
Dzień minął, a do mnie wreszcie zadzwoniła babcia...
Ta rozmowa przeważała nad wszystkim. Siedziałem na szkolnym korytarzu dusząc napływające do oczu łzy.
- Czemu jesteś w szpitalu? - spytałem w przestrzeń, w odpowiedzi jednak cichy głos wyszeptał krótkie nic mi nie jest oraz do zobaczenia, co kompletnie mnie dobiło. Wiedziałem, że muszę do niej pojechać choć na parę dni. Wsadziłem komórka do kieszeni stawiając kroki w stronę swojego pokoju, a z każdym krokiem czułem jak moje życia rozpada się mocniej i mocniej...
Zachowując resztki spokoju podszedłem do własnych drzwi p, na których widniała średnich rozmiarów kartka.
"Powiedz mu, że go dopadnę, choćby na końcu świata. Obietnice nie umierają"
Poczułem jak ogarniajaca mnie wściekłość bierze nade mną górę i odbiera racjonalne myślenie. Zerwałem kartkę z drzwi i ruszyłem biegiem do pokoju blondyna, w którym dzięki Bogu był.
- Czy Ty nie możesz się ode mnie odpieprzyć? Nie mogłeś powiedzieć swojej dziewczynie gdzie masz swój pokój? - głos w złości ugrzązł mi w garfle, przez co nie zdobyłem się na wypowiedzenie ostatniego zdania. Rzuciłem kartką w stronę chłopaka i opuszczając pokój zwróciłem uwagę na namazany na ścianie obraz.
Widać jego sztuka tak samo pojebana jak on.
- Psychol - mruknąłem po czym wykorzystując całą swoją siłę w jakiej skumulowałem każdą emocję, trzasnąłem drzwiami najmocniej jak mogłem.
Aleksander?
Przepraszam nie stać mnie dziś na więcej (jak zwykle pa)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz