Lekki, jesienny wiatr był tylko zapowiedzią niewielkich opadów deszczu, które prędko przeistoczyły się w porządną ulewę. Wraz z Ivy ukryliśmy się pod blaszanym daszkiem jednego ze sklepów monopolowych w pobliżu. Czas jakby stanął w miejscu, a trzeba było jeszcze wrócić do akademii i nie dać się złapać na nocnych eskapadach. Wreszcie, kilkadziesiąt minut od rozpoczęcia się tej paskudnej pogody udało mi się opanować sytuację na tyle, aby nie zmoknąć przy pierwszych kilku sekundach bez dachu nad głową. Ruszyliśmy ciemnymi uliczkami, końcowo trafiając na główną drogę prowadzącą wprost na teren akademika. Duże, podwieszane latarnie zerkały w dół, rozprowadzając światło dookoła siebie na kilka metrów by móc zobaczyć choćby czubki swoich butów. Jasnowłosa niepewnie kroczyła przy moim boku, wiedząc jednak iż ze mną nie ma się czego bać. Pocieszałem ją niekiedy mówiąc, że już niedaleko czy że szybko dotrzemy do celu. Nawet jeśli to nie było prawdą, nadal tak mówiłem. Późną nocą znaleźliśmy się pod ciemnymi drzwiami do pokoju Ivy, gdzie obiecałem ją odprowadzić. Pożegnaliśmy się zwykłym "dobranoc" i rozeszliśmy się w swoje strony. Będąc już otoczonym swoimi czterema ścianami postanowiłem wziąć długą kąpiel, napić się ulubionego piwa, zjeść coś obrzydliwie niezdrowego i nadrobić zaległości w swoich grach konsolowych. Jak planowałem tak i zadziałałem, przez co noc zleciała wyjątkowo szybko. Prawdę mówiąc, ledwo co zorientowałem się, że czas już iść na lekcje, przez co musiałem wykonywać wszystkie poranne czynności trzy razy szybciej niż zwykle. Nie popsuło to jednak mojego dnia, ani tym bardziej pierwsza lekcja nie została oznaczona spóźnieniem przy moim nazwisku. Tradycyjnie ostatnia ławka przy oknie zajęta została jako pierwsza przez moją osobę, chwilę potem dołączyła również Ivy. Blada dziewczyna całą lekcje próbowała skupić się na gadaniu nauczyciela, nadal jednak kątem oka mnie podglądając. Nie pozostawszy dłużnym całą następną godzinę wlepiałem swój wzrok w jej twarz, a ta w odwecie szturchała mnie łokciem kiedy pisałem. Śmieszkowanie skończyło się, kiedy to na czwartej godzinie kolejno Ivy oraz ja zostaliśmy wezwani do tablicy, wypytani z bieżących lekcji i odprawieni do ławki z ocenami za znajomość połowy materiału z zakresu. Nie wiem jak ona, ale ja byłem dumny z siebie, iż pomimo połowy nieobecności wiedziałem tak dużo. Kolejna lekcja, to jest obiecująco zapowiadający się wf rozpoczęła się wraz z głośnym dzwonkiem. Poderwał on tuziny uczniów i zmusił ich do przemierzenia szkolnych korytarzy by w końcu trafić do odpowiednich klas. Moje zadanie było nieco ułatwione, gdyż ogromna sala do ćwiczeń była jednym z miejsc których położenie znałem nawet śpiąc. Rozpoczęliśmy od długiej i ciężkiej rozgrzewki, większość klasy poddała się ledwo po połowie, kilkoro śmiałków przetrwało jednak dłużej. Moja wytrzymałość pomogła mi dotrwać do samego końca wraz z innym chłopakiem, za co nagrodzeni zostaliśmy pozytywnymi ocenami. Kolejnym zadaniem było dobranie się w pary i ćwiczenie różnych, dziwnych chwytów oraz obezwładniania przeciwnika. Każdy dostał parę, oprócz, o ironio - mnie. Nawet taka Ivy, pomimo tego, iż znienawidzona przez zbyt bliską zażyłość z moją osobą ugadała się z jakąś nie znaną mi brunetką. Za to mi przydzielona została jakaś niska blondynka. Nie miałem ochoty wymienić z nią ani jednego słowa i - o dziwo - chyba dobrze się w tej kwestii zrozumieliśmy. Czego nie mogłem powiedzieć o moim powietrzu. Znaczy o Ivy, tak, nazywam ją swoim powietrzem. W każdym możliwym momencie posyłała mi nienawistne spojrzenia i przesiąknięte swoją fałszywością uśmiechy. Nie rozumiałem jej zachowania, toteż szybko przestałem zwracać na nie uwagę. Upragniony koniec ostatniej lekcji zapowiedziała zbiórka całej klasy oraz rozejście się do szatni. Po przebraniu się zaczekałem na jasnowłosą przed budynkiem szkoły. Kiedy już wyszła, udała że mnie nie widzi i odeszła bez słowa. Nie pozwolę się tak traktować. W pół sekundy znalazłem się przed dziewczyną, która z impetem uderzyła głową w moją klatkę piersiową. Spojrzawszy w górę dostrzegłem mieszankę uczuć. Z jednej strony szczęście i ulgę, z drugiej jednak irytację.
- Możesz powiedzieć mi co zmieniło się od wczoraj? - pytam z wyrzutem w głosie, na jaki tylko było mnie stać, ręce zaciskając na jej ramionach. Nie pozwoliłem jej ani odejść, ani wzrokiem skupić się na czymś innym niż na mojej twarzy. W końcu, po kilkuminutowej walce wyrzuciła z siebie suche "zostaw mnie" i odeszła. Tak po prostu. Naprawdę, nie mam pojęcia co tym razem zrobiłem źle. Ale na pewno chciałem się dowiedzieć. Tak więc pozwoliłem dojść Ivy do swojego pokoju, po czym zacząłem pukać w jej drzwi. Robiłem to chwilę czasu. Nie mam pojęcia czy było to sześć czy szesnaście minut, ale palce i tak bolały. Wysiłek jednak się opłacił. W drzwiach stanęła ta sama Ivy co zawsze. Nie, jednak nie była taka sama. Coś się zmieniło. Wyraz twarzy. Spojrzenie. Teraz nie pałało już nienawiścią, w tym momencie koliło bijącym od niego smutkiem. Kilka sekund wpatrywania się w siebie przerwała ona, robiąc krok do przodu i przytulając się do mnie mocno. Przeszliśmy do środka, zamykając z nie małym trzaskiem drzwi za sobą. Szloch wstrząsnął dziewczyną od razu kiedy usiedliśmy na sofie w pokoju dziennym. Rozpoczęła rozmowę, ciągły płacz uniemożliwiał jej jednak mówienie. Podałem mojemu powietrzu chusteczki leżące na stoliku i poczekałem aż się porządnie wysmarka. Dopiero wtedy udało mi się usłyszeć historię o nagłym pogorszeniu stanu jej ojca. Niby po pomocy tego fagasa było trochę lepiej, ale tak naprawdę zrobił człowiekowi jeszcze większą krzywdę.
Całkiem nieświadomie udało mi się zaobserwować u Ivy pięć faz, jakie spotkać można po otrzymaniu wiadomości o nieuleczalnej chorobie. Inaczej nazywane również fazami umierania na raka. Pierwsza czyli nieświadomość. Próbowała wyjaśnić to tylko gorszym dniem, czy czymś całkiem nieistotnym w chorobie. Kolejna, to jest niepewność. Uda się go wyleczyć, na pewno z tego wyjdzie, wszystko będzie tak jak kiedyś. Trzecia - zaprzeczenie. Jasnowłosa zaczęła snuć plany na przyszłość dotyczące jej ojca. Kupi dom, adoptuje psa, będzie jeździł ze swoimi córkami na ryby, kończąc to słowami "to nierealne, wiem". Dalej była agresja. Wyrzuty, że świat jest niesprawiedliwy, tak nie może być, jeśli Bóg istnieje to dlaczego jednym dał szczęścia więcej, a innym mniej. Biła też poduszki i ściskała mocno moją dłoń. Moje powietrze najbardziej przeżywało ostatnią fazę. Depresję. Zaczęła wymieniać, ile straci jeśli odejdzie ten człowiek. Co mogliby zrobić, jak byłoby fantastycznie. Długo przy tym płakała, a żadne pocieszenia nie do niej nie dochodziły. Jedynym sensownym wyjściem, jak mi się wtedy zdawało było zostać z nią i przeczekać tą burzę. Tak też się stało. Oglądaliśmy filmy które sam zaproponowałem, gdyż Ivy niewiele interesowała się światem zewnętrznym. Nieco zamknęła się w sobie i pewnie dużo myślała. Ale nie winiłem jej za to, choć sam nie wiem, jak to jest mieć kogoś bliskiego chorującego.. Nie wiem jak jest mieć kogoś bliskiego, zacznijmy od tego. Po trzech, długich filmach podczas których jedynym zajęciem jasnowłosej było tępe patrzenie się w ekran i zabawa moimi włosami postanowiłem wrócić do obowiązków niańki. Przygotowałem nam kolację którą były kanapki z przeróżnymi produktami oraz gorące kakao. Namówienie Ivy do jedzenia nie było proste, końcowo jednak dała za wygraną i coś zjadła. Potem zajęła łazienkę na długie półtorej godziny i poszła spać. Nim jednak zasnęła poprosiła mnie, bym został. A ja, jako człowiek o miękkim sercu znów się zgodziłem. Leżąc już, przykryty grubą kołdrą i opleciony czterema kończynami dziewczyny próbowałem wymyślić coś, co pomogłoby mojemu powietrzu. Jeśli coś zanieczyści powietrze, zazwyczaj oczyszcza się je.. Czym się oczyszcza powietrze? Mało wiem na temat powietrza, ale dużo wiem o Ivy, tak mi się przynajmniej wydaje. Kiedy księżyc wszedł już wysoko nad horyzont, oświetlając swą ogromną sylwetką najbliższe połacie terenu stawiłem się na miejscu osoby bliskiej kogoś, kto umiera. Myślałem, co jako chory i osoba bliska chciałbym zrobić dla tej drugiej. I wykombinowałem. Późno po północy, czując po oddechu na karku iż dziewczyna nie śpi przekręciłem się twarzą w jej stronę i pomimo ogromnego gorąca zaryzykowałem, zadając jej pytanie.
- Nie chciałabyś go odwiedzić? - błękitne oczy błysnęły w ciemności. Ta iskierka życia, która zawsze towarzyszyła tej dziewczynie wróciła na swoje miejsce. Bardzo mi się to spodobało, więc kontynuowałem temat. - Wiesz, tak sobie myślałem, że na pewno chciałabyś zobaczyć swojego ojca - przerwałem oczekując reakcji z jej strony, choć ta na chwilę obecną wynosiła zero. - Jutro po szkole, pasuje ci? - krótko i na temat. Albo tak, albo nie, wybór jest prosty.
Ivy?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz