niedziela, 13 listopada 2016

Od Devona do Ivy

Mimo iż szpital nie należy do moich ulubionych miejsc prowadzę do niego dziewczynę z nadzieją iż nie zostaniemy pełniej poczekalni albo - co gorsza - pustego gabinetu lekarza. Nakazuje dziewczynie usiąść, kiedy sam rejestruje ją i czekam na informacje o pokoju do którego powinniśmy się udać. Sztuczny, szpitalny zapach uderza do mojej głowy coraz mocniej, wywołując niewielkie zawroty głowy.  Cholera, nigdy więcej tu mnie nie zobaczą. Rozglądam się jeszcze po pomieszczeniu i stwierdzam, że jest tu wyjątkowo spokojnie, pomimo nie tak późnej godziny 22.43. Trzeba się szybko uwinąć żeby zdążyć do akademii przed świtem. Chociaż.. I tak mam już przewalone, pierwsze dwa tygodnie w szkole i już tyle wagarów. No ładnie. Widać jak bardzo szkoła jest dla mnie ważna. Co innego z nią.. Spoglądam na dziewczynę wiercącą się na krześle. Kilka niesfornych, jasnych kosmyków opada na jej czoło. Kiedy odgarnia je wzrok jej pada na moją osobę. Oboje nie ustępujemy do czasu aż recepcjonistka z drugiej strony głowy nie odchrząkuje by zwrócić moją uwagę. Dostaję instrukcję dojścia do odpowiedniego korytarza po czym zostaje sam ze swoimi myślami. Wzrok tępo wbijam w ścianę, całkiem wyłączając myślenie i odcinając się od rzeczywistości, która wraca do mnie nagle, niespodziewanie i całkiem nieświadomie. Kolejny, tym razem silniejszy zawrót głowy mówi mi 'wyjdźmy już stąd albo to źle się skończy' - co jest całkowicie zgodne z prawdą. Ruszam szybko do odpowiednich drzwi, dając tym samym znak dziewczynie.
***
Ludzie siedzą tu ze stłuczonymi palcami albo receptami, blokując kolejkę kiedy inni tak naprawdę potrzebują pomocy. Na przykład taka Ivy - w ciągu ostatniej godziny ból wzrósł trzykrotnie, do tego jest lekko odwodniona i przemęczona. Gdzie tu logika? Koniec mojej cierpliwości jest tam gdzie koniec kolejki do lekarza. Wychodzę na świeże powietrze, bez namysłu zostawiając dziewczynę samą na krześle. Jej kroki słyszę za sobą aż do samochodu, o którego maskę opieram się aby spojrzeć w niebo.
-Nie musimy tu sterczeć.. - rozpoczyna łagodnym głosem a jej dłoń ląduje na moim ramieniu.
-Nie byłbym tutaj gdyby nie było ku temu powodów - skutecznie uciekam od rozmowy, kolejny raz mogąc oddać się swoim myślom.
-Jedźmy do akademii, marzę jedynie o łóżku - teraz moje ramię służy jako poduszka dla głowy Ivy. Lekki acz zimny wiatr zmusza nas do ukrycia się w samochodzie i wybraniu pomiędzy kolejką a dalszą podróżą.
-Masz rację, czas wracać.
***
Droga mija mi na słuchaniu spokojnych piosenek w radiu, obserwowaniu drogi i co jakiś czas doglądaniu dziewczyny. Żadne z tych nie sprawia mi trudności, więc szybko dobieramy na miejsce. Tam pojawia się niewielka trudność. Brak serca do zbudzenia dziewczyny podsuwa mi pomysł zabrania jej do siebie na tę noc i zaopiekowanie się nią do samego rana. Wykonanie nie jest złe dopóki nie pojawiają się wąskie drzwi. Przeciskam się bokiem ze smacznie śpiącą jasnowłosą na rękach, tym samym docierając do swojego pokoju. Udadzam Ivy na łóżku, przykrywam ją kołdrą po czym wracam po nasze torby do auta zamykając za sobą drzwi na klucz. Kolejne dwa kursy męczą mnie na tyle, aby powieki same nasuwały się na oczy domagając się odpoczynku. Kładę się na kanapie, więcej już nie myśląc. Nie wiem nawet czy zamknąłem drzwi, gdzie zostawiłem rzeczy i czy auto nie jest otwarte. Po prostu odpływam bez zbędnego wytężania umysłu.

Ivy? Nie obchodzi mnie jak to zrobię, ale ten wątek ciągnąć dalej będę. Koniec kropka. Bunt szatana.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz