Jeden krok powodował albo złamanie się jednej z gałęzi leżącej pod moimi stopami, lub szelestem wyschniętych, obłoconych liści. A co było dziwne? Drzewa nie były łyse- wręcz przeciwnie. Zaskakiwały swoją zieloną, gęstą koroną. Lecz skąd kolorowe liście? To była zagadka nie do rozwiązania..Zaczęła myśleć, że ten las ma w sobie coś magicznego.
W oddali, zauważyłam wodę. Gdy podeszłam bliżej, okazało się to być małą, spokojnie płynącą rzeczką. ten nurt prowadził do większego zbiornika wodnego, do jeziora, otoczonego pięknym krajobrazem, przypominającym ten, kiedy z Danielem odwiedziliśmy takowe miejsce obok autostrady. No, ale muszę przyznać, to jest o niebo lepsze...Góry? Były wysokie, szpiczaste i pokryte śniegiem. Tam wszystko wyglądało zupełnie inaczej! Jak jakaś lodowa kraina. Jednak najbardziej skupiłam się na chatce, stojącej obok. Dopiero teraz ją zauważyłam, a mała to ona nie była. Deski w niej były przygniłe okna powybijane a drzwi leżały gdzieś parę metrów dalej. Co tu się stało?
Chciałam tam wejść, ale poczułam coś jak niepokój. Ignorując go, zbliżała się, mętnym wzrokiem szukając w ciemnym pomieszczeniu jakiś oznak życia. Nic. Myśląc, że nic tam na mnie nie czyha, złapałam się luźnej, drewnianej powierzchni i postawiłam krok w stronę drewnianego krzesła, stojącego na środku. Zmrużyłam oczy... Łamiące się gałęzie powróciły. Ale nie były wywołane przeze mnie...czyli...
Moje myśli przerwał nagły ból w okolicy pleców. Upadłam, wydając z siebie jęk bólu. Czułam, jak w moich oczach zbierają się łzy. Znalazłam jednak siły, by spojrzeć do góry. No, nie... To on. Morderca mojej rodzicielki...
- J-jak mnie tu znalazłeś? - wyjąkałam, nie wiedząc w jaki sposób dobrać słowa. Jedyną odpowiedzią był jego parssywy uśmiech. Potem znów cios, tym razem w brzuch, za którego się złapałam. I co? Tak zginę? Przez jakiegoś cholernego zabójcę? Tutaj, w lesie? Może dla niektórych osób moja śmierć byłaby rozkoszą, ale nie dam się... Prawda?
W obawie przed kolejnym ciosem, przeturlałam się do wnętrza i zamknęłam oczy. Piekący ból znów w okolicy pleców. Poczułam metaliczny smak krwi w ustach. Pomóż mi... No proszę, nie teraz!
W tym momencie przypomniałam sobie o broni. Kolejne, ciężkie kroki zbliżały się w moją stronę. Panicznie przeszukiwałam kieszenie kurtki, by znaleźć pistolet. Ciężko mi się oddychało, co powodowało dezorientację.
- Nikt ci nie pomoże. - wzruszył bezlitośnie ramionami - zginiesz jak ta su*a!- skuliłam się, wycierając łzy.
- Kayline! - nawet nie zareagowałam, myśląc że to tylko moja wyobraźnia. Że odgłos łamanych kości należy do mnie. Że szelest liści oznacza, że nie żyję a napastnik dał sobie spokój. I wtedy wystrzał. Czyj?
Otworzyłam oczy i wyczołgałam się na zewnątrz.
- A ty gdzie? - nóż lądujący na mojej skroni, przejeżdżał delikatnie, powodując ciarki na moich plecach. Po chwili złapał mnie za kurtkę i siłą pociągnął do góry tak, że z łatwością zaczął ze mną iść w stronę wody. Z przerażonym spojrzeniem starałam się wyrwać, jednak nie udało się. Był zdecydowanie silniejszy.
- Zostaw! - udało mi się kopnąć go w krocze, przez co poluźnił uścisk, dając mi możliwość ucieczki. Oczywiście ją wykorzystałam, kierując się z dala od chatki wody no i jego. Jeden rzeczy nie przemyślałam... Jego szybkości. Z odnowioną złością pojawił się tuż obok mnie, gwałtownie pchając mnie na ziemię. Przygwodził mnie do ziemi
Mimo to starałam się cofnąć, a coś ciemnego przebiegło tuż za nami. Najwyraźniej także to zauważył, gdyż odwrócił głowę. Daniel...
- Daniel! - krzyknęłam najgłośniej jak potrafiłam.
<Daniel? HELP!;_;>
Chciałam tam wejść, ale poczułam coś jak niepokój. Ignorując go, zbliżała się, mętnym wzrokiem szukając w ciemnym pomieszczeniu jakiś oznak życia. Nic. Myśląc, że nic tam na mnie nie czyha, złapałam się luźnej, drewnianej powierzchni i postawiłam krok w stronę drewnianego krzesła, stojącego na środku. Zmrużyłam oczy... Łamiące się gałęzie powróciły. Ale nie były wywołane przeze mnie...czyli...
Moje myśli przerwał nagły ból w okolicy pleców. Upadłam, wydając z siebie jęk bólu. Czułam, jak w moich oczach zbierają się łzy. Znalazłam jednak siły, by spojrzeć do góry. No, nie... To on. Morderca mojej rodzicielki...
- J-jak mnie tu znalazłeś? - wyjąkałam, nie wiedząc w jaki sposób dobrać słowa. Jedyną odpowiedzią był jego parssywy uśmiech. Potem znów cios, tym razem w brzuch, za którego się złapałam. I co? Tak zginę? Przez jakiegoś cholernego zabójcę? Tutaj, w lesie? Może dla niektórych osób moja śmierć byłaby rozkoszą, ale nie dam się... Prawda?
W obawie przed kolejnym ciosem, przeturlałam się do wnętrza i zamknęłam oczy. Piekący ból znów w okolicy pleców. Poczułam metaliczny smak krwi w ustach. Pomóż mi... No proszę, nie teraz!
W tym momencie przypomniałam sobie o broni. Kolejne, ciężkie kroki zbliżały się w moją stronę. Panicznie przeszukiwałam kieszenie kurtki, by znaleźć pistolet. Ciężko mi się oddychało, co powodowało dezorientację.
- Nikt ci nie pomoże. - wzruszył bezlitośnie ramionami - zginiesz jak ta su*a!- skuliłam się, wycierając łzy.
- Kayline! - nawet nie zareagowałam, myśląc że to tylko moja wyobraźnia. Że odgłos łamanych kości należy do mnie. Że szelest liści oznacza, że nie żyję a napastnik dał sobie spokój. I wtedy wystrzał. Czyj?
Otworzyłam oczy i wyczołgałam się na zewnątrz.
- A ty gdzie? - nóż lądujący na mojej skroni, przejeżdżał delikatnie, powodując ciarki na moich plecach. Po chwili złapał mnie za kurtkę i siłą pociągnął do góry tak, że z łatwością zaczął ze mną iść w stronę wody. Z przerażonym spojrzeniem starałam się wyrwać, jednak nie udało się. Był zdecydowanie silniejszy.
- Zostaw! - udało mi się kopnąć go w krocze, przez co poluźnił uścisk, dając mi możliwość ucieczki. Oczywiście ją wykorzystałam, kierując się z dala od chatki wody no i jego. Jeden rzeczy nie przemyślałam... Jego szybkości. Z odnowioną złością pojawił się tuż obok mnie, gwałtownie pchając mnie na ziemię. Przygwodził mnie do ziemi
Mimo to starałam się cofnąć, a coś ciemnego przebiegło tuż za nami. Najwyraźniej także to zauważył, gdyż odwrócił głowę. Daniel...
- Daniel! - krzyknęłam najgłośniej jak potrafiłam.
<Daniel? HELP!;_;>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz