Obudziłam się wczesnym rankiem w nieznanym mi łóżku i
pokoju. Próbowałam przypomnieć sobie, jak się znalazłam w pomieszczeniu, jednak
jedyne co pamiętam to Devon odjeżdżający z parkingu szpitalnego. Na palcach
podeszłam do okna i ze zdumieniem stwierdziłam, że jestem w Akademii.
Czy ja coś brałam?
Wychodzę z białego pokoju, gdzie przy drzwiach zauważyłam dwie ciemne torby, a na kanapie bardziej drzemiącego niż śpiącego ciemnookiego przyjaciela. Salon wygląda znajomo ale cała reszta przytulnego mieszkanka – no nie bardzo. Zaczynam łączyć fakty…
No tak! Jestem u Devona. Byłam u niego raz, z nudów. Przywitał mnie wtedy z umięśnioną, aczkolwiek gołą klatą i drażnił się ze mną, kiedy poprosiłam go, żeby się ubrał. Taki z niego śmieszek. Kilka dni później na lekcji napisał te swoje święte zasady, w których zaznaczył, że nie mogę sobie do niego przychodzić bez zaproszenia.
Chwyciłam torbę i zakradłam się do łazienki. Schłodziłam odrobinę ramię, które nie wyglądało już tak źle jak przedwczoraj i ostrożnie zabandażowałam, ubrałam się w workowatą bluzę i jeansy, umyłam twarz i spięłam włosy. Zarzuciłam torbę na zdrowe ramię i ponownie na palcach przeszłam do drzwi wyjściowych. Kiedy zakładałam buty Devon poruszył się leniwie na kanapie i popatrzył na mnie. Wyszczerzyłam się w uśmiechu.
-Idę się ogarnąć do swojego pokoju, ponieważ dzisiaj już muszę iść do szkoły. Do zobaczenia, mam nadzieję. –szepnęłam salutując od niechcenia i zamknęłam za sobą drzwi. Akademik był pusty, większość pewnie jeszcze słodko spała pod ciepłą pierzyną, więc nie miałam problemu, żeby dostać się do własnego pokoju zostając przy tym zauważoną. W moim lokum zastaję jako taki porządek i zaznaczam w głowię, że dzisiaj popołudniu muszę tu ogarnąć. Rzucam torbę niechlujnie w kąt i kieruję się do kuchni, w celu przygotowania sobie jakiejś przekąski i ciepłej herbaty. Czekając na zagotowanie się wody wzięłam do ręki telefon, który o dziwo przez wszystkie te dni się nie rozładował. Miał te swoje 17%, 36 nieodebranych wiadomości i 11 połączeń, głównie od siostry. Ups. Chyba zapomniałam wspomnieć, że wyjeżdżam. Podłączam komórkę do ładowania, a sama wchodzę do łazienki żeby się porządnie pomalować – pierwszy raz od tych kilku pięknych dni. Następnie pakuję szkolne podręczniki do torby i ubieram się. Dzisiaj w czarną bluzę, którą wybrał dla mnie Devon, podczas naszych pierwszych wspólnych wagarów i zwykłe czarne spodnie. Pożeram szybko przygotowane śniadanie i wybiegam z domu, bo i tak już jestem spóźniona.
Do klasy wparowuję od razu po zamknięciu się drzwi, przez co udało mi się uniknąć większej wtopy. Siadam na swoim miejscu przy oknie i dociera do mnie, że nie ma mojego przyjaciela. Nie ma opcji, żeby się nie zjawił – i tak będzie ciężko się wyplątać z tej całej sytuacji, a kolejny dzień wagarów nam tego nie ułatwi. Pan Phelps zaczyna sprawdzać obecność, gdy moje dłonie zaczynają się kurczowo ściskać.
Dawaj Devi, szybko.
Z każdym wywołanym nazwiskiem coraz szybciej bije mi serce. Najpierw jestem ja. Numerek po mnie on. Muszę grać na zwłokę.
-Lilianne Bacardie? –wzrok nauczyciela przeszywa powietrze zatrzymując się na mojej osobie. Czuję się trochę przezroczysta, jakby wiercił we mnie dziurę tymi swoimi ciemnymi oczkami. –Niezmiernie się cieszę, że do nas dotarłaś, nie mniej jednak może zechciałabyś wytłumaczyć swoje ostatnie nieobecności?
Nie, nie chciałabym stary przydupasie.
-No… ym, tak. Ostatnio trochę gorzej się czułam, więc postanowiłam zostać w domu, wie pan, –wzruszyłam ramionami gestykulując, jakbym opowiadała o niezwykle ważnym wydarzeniu z mojego życia. –nie chciałam nikogo zarazić, bo byłoby to okropnie egoistyczne z mojej strony i… -jakieś mignięcie koło drzwi zupełnie rozprasza całą uwagę, jaką skupiłam na wymyśleniu tej jakże kreatywnej wymówki, na którą tylko głupi by się nabrał. Drzwi się otwierają, a w nich staje Devon. Widać, że próbuje zachować powagę i nienaganną sylwetkę, ale szczerze to średnio mu wychodzi. Nasze oczy na moment się spotykają, jednak przyjaciel od razu zaczyna się tłumaczyć ze spóźnienia i reszty wybryków.
Nauczyciel wskazuje mi gestem ręki, że mogę usiąść, a ja staram się niezauważalnie dodać ‘otuchy’ chłopakowi stojącemu na środku sali i mrugam do niego porozumiewawczo unosząc kąciki ust w delikatnym uśmiechu.
Dev? Wybacz, twoja nieobecność nie wyszła mi na dobre
i troszkę się opuściłam… Ale się poprawię!
Czy ja coś brałam?
Wychodzę z białego pokoju, gdzie przy drzwiach zauważyłam dwie ciemne torby, a na kanapie bardziej drzemiącego niż śpiącego ciemnookiego przyjaciela. Salon wygląda znajomo ale cała reszta przytulnego mieszkanka – no nie bardzo. Zaczynam łączyć fakty…
No tak! Jestem u Devona. Byłam u niego raz, z nudów. Przywitał mnie wtedy z umięśnioną, aczkolwiek gołą klatą i drażnił się ze mną, kiedy poprosiłam go, żeby się ubrał. Taki z niego śmieszek. Kilka dni później na lekcji napisał te swoje święte zasady, w których zaznaczył, że nie mogę sobie do niego przychodzić bez zaproszenia.
Chwyciłam torbę i zakradłam się do łazienki. Schłodziłam odrobinę ramię, które nie wyglądało już tak źle jak przedwczoraj i ostrożnie zabandażowałam, ubrałam się w workowatą bluzę i jeansy, umyłam twarz i spięłam włosy. Zarzuciłam torbę na zdrowe ramię i ponownie na palcach przeszłam do drzwi wyjściowych. Kiedy zakładałam buty Devon poruszył się leniwie na kanapie i popatrzył na mnie. Wyszczerzyłam się w uśmiechu.
-Idę się ogarnąć do swojego pokoju, ponieważ dzisiaj już muszę iść do szkoły. Do zobaczenia, mam nadzieję. –szepnęłam salutując od niechcenia i zamknęłam za sobą drzwi. Akademik był pusty, większość pewnie jeszcze słodko spała pod ciepłą pierzyną, więc nie miałam problemu, żeby dostać się do własnego pokoju zostając przy tym zauważoną. W moim lokum zastaję jako taki porządek i zaznaczam w głowię, że dzisiaj popołudniu muszę tu ogarnąć. Rzucam torbę niechlujnie w kąt i kieruję się do kuchni, w celu przygotowania sobie jakiejś przekąski i ciepłej herbaty. Czekając na zagotowanie się wody wzięłam do ręki telefon, który o dziwo przez wszystkie te dni się nie rozładował. Miał te swoje 17%, 36 nieodebranych wiadomości i 11 połączeń, głównie od siostry. Ups. Chyba zapomniałam wspomnieć, że wyjeżdżam. Podłączam komórkę do ładowania, a sama wchodzę do łazienki żeby się porządnie pomalować – pierwszy raz od tych kilku pięknych dni. Następnie pakuję szkolne podręczniki do torby i ubieram się. Dzisiaj w czarną bluzę, którą wybrał dla mnie Devon, podczas naszych pierwszych wspólnych wagarów i zwykłe czarne spodnie. Pożeram szybko przygotowane śniadanie i wybiegam z domu, bo i tak już jestem spóźniona.
Do klasy wparowuję od razu po zamknięciu się drzwi, przez co udało mi się uniknąć większej wtopy. Siadam na swoim miejscu przy oknie i dociera do mnie, że nie ma mojego przyjaciela. Nie ma opcji, żeby się nie zjawił – i tak będzie ciężko się wyplątać z tej całej sytuacji, a kolejny dzień wagarów nam tego nie ułatwi. Pan Phelps zaczyna sprawdzać obecność, gdy moje dłonie zaczynają się kurczowo ściskać.
Dawaj Devi, szybko.
Z każdym wywołanym nazwiskiem coraz szybciej bije mi serce. Najpierw jestem ja. Numerek po mnie on. Muszę grać na zwłokę.
-Lilianne Bacardie? –wzrok nauczyciela przeszywa powietrze zatrzymując się na mojej osobie. Czuję się trochę przezroczysta, jakby wiercił we mnie dziurę tymi swoimi ciemnymi oczkami. –Niezmiernie się cieszę, że do nas dotarłaś, nie mniej jednak może zechciałabyś wytłumaczyć swoje ostatnie nieobecności?
Nie, nie chciałabym stary przydupasie.
-No… ym, tak. Ostatnio trochę gorzej się czułam, więc postanowiłam zostać w domu, wie pan, –wzruszyłam ramionami gestykulując, jakbym opowiadała o niezwykle ważnym wydarzeniu z mojego życia. –nie chciałam nikogo zarazić, bo byłoby to okropnie egoistyczne z mojej strony i… -jakieś mignięcie koło drzwi zupełnie rozprasza całą uwagę, jaką skupiłam na wymyśleniu tej jakże kreatywnej wymówki, na którą tylko głupi by się nabrał. Drzwi się otwierają, a w nich staje Devon. Widać, że próbuje zachować powagę i nienaganną sylwetkę, ale szczerze to średnio mu wychodzi. Nasze oczy na moment się spotykają, jednak przyjaciel od razu zaczyna się tłumaczyć ze spóźnienia i reszty wybryków.
Nauczyciel wskazuje mi gestem ręki, że mogę usiąść, a ja staram się niezauważalnie dodać ‘otuchy’ chłopakowi stojącemu na środku sali i mrugam do niego porozumiewawczo unosząc kąciki ust w delikatnym uśmiechu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz