***
Przez całe popołudnie przeglądałem nierozpakowane jeszcze, od czasu wprowadzenia się tu, rzeczy. Głównie były to książki; liczne biografie, kryminały, kilka horrorów, wiele dzieł filozoficznych, a także literatura piękna. Przeglądając kolejno pozycje zauważyłem wystającą butelkę rozmiaru mojej dłoni. Było ich więcej. Zacząłem wyciągać wszystkie, kolejno rozkładając je na podłodze wokół
siebie. Dopiero teraz przypomniałem sobie o farbach, które zabrałem. Nabrałam mnie straszna ochota na tworzenie. Wyrzucałem lektury garściami w poszukiwaniu pędzli. Musiały gdzieś być, je też pakowałem. Po długich poszukiwaniach odnalazłem kilka, lekko uszkodzonych przyrządów do malowania z syntetycznego włosia o niezbyt pokaźnych rozmiarach. Największy problem stanowił, jak stwierdziłem w pierwszej chwili, brak płótna, kartek, tektury czy czegokolwiek z podobnym przeznaczeniem. Zostawiłem wszystko porozrzucane po podłodze i zrezygnowany usiadłem na łóżku. W pewnym momencie olśniło mnie. Dlaczego ściany nie mogły zostać moją ofiarą? Paletę pod farby zastąpiłem zwyczajnym talerzem pożyczonym ze stołówki. Nikt nie musiał wiedzieć, że nie wróci w pierwotnym stanie.
Bez konkretnego pomysłu począłem mieszać oleje, by uzyskać kolory zbliżone do barwy skóry. Ludzkie, nagie ciało miało specjalne miejsce w moim sercu. Pierwsze zarysy, ze względu na rozmiar powierzchni na której chciałem coś stworzyć i narzędzi jakie miałem do dyspozycji, sprawiło, że trwało to wieczność. Znudzony zabrałem się do tego trochę inaczej. Do malowania służyły mi już teraz tylko dłonie. Czas płynął, a moim oczom powoli ukazywały się ludzkie postury. Postacie klęczały, dobijając się do mnie jakby były zamknięte gdzieś, w czymś. Zabawa światłocieniem jeszcze bardziej skupiła uwagę na więźniach. W moim początkowym zamyśle posiadały przerażone i błagające o pomoc wyrazy twarzy. W momencie, gdy i one zostały wstępnie ukończone przetarłem je ścierką, rozmazując ich strach jakby byli nic nie wartymi marionetkami.
Mój zapał do pracy powoli opadał. Odstawiłem wszystko na bok i zacząłem mozolne zmywanie farb z ciała. Mimo, iż posiadałem terpentynę nie chciały współpracować. Na rękach zostało pełno bladych plam. Z ubrań nawet nie próbowałem ich zetrzeć. Byłoby tylko gorzej.
To był dobry dzień dla mojej fizyczności, ale okropny dla psychiki. Burze myśli i nie przerwane dyskusje pojawiające się od momentu przebudzenia i trwające przez cały dzień, bez przerwy. I choć na co dzień idzie z tym żyć, to zdarzają się gorsze dni, kiedy dobijają człowieka.
Rozsiadłem się wygodnie na łóżku i przeszukawszy kieszenie wydobyłem telefon i różowy podarunek, który kilka godzin wcześniej został mi przekazany. Całkiem o nim zapomniałem. Miałem jakieś dziwne, mieszane uczucia co do tego. Nie chciałem się do tego zabierać. Przynajmniej nie w takim humorze. Ściągnąłem obudowę od komórki, by wyciągnąć mały woreczek, który miał mi zafundować poprawę nastroju i chwilową swobodę w myśleniu.
Usypałem dwie kupki na wyświetlaczu, a nie mając przy sobie żadnej karty, posłużyłem się listem do uformowania małych, równych ścieżek. Przytykając jedną dziurkę nosa palcem, wciągnąłem nie do końca biały proszek, to samą czyniąc z drugą stroną. Nie czekałem długo na efekty. Swobodnie opadłem na łóżko czując coraz silniejszy przypływ euforii i przyśpieszone bicie serca. Na twarzy widniał szeroki uśmiech, oczy lekko przymknąłem zatracając się w błogości. Zdecydowałem, że nie będę dłużej przeciągał otwarcia koperty. Odklejanie zajęło mi trochę czasu. Nigdzie się nie śpieszyłem. Papier w środku był identycznego koloru co jego opakowanie. Zawierał tylko kilka zdań. W głównej mierze była to sugestia spotkania, ale autor zapomniał o podpisie. Uznając za nie wartą uwagi informacje odłożyłem kartkę na jej miejsce. Dopiero teraz zauważyłem ten wiersz na odwrocie. I chociaż rymy były strasznie banalne, a wszystko prezentowało się trochę prymitywnie, jak teksty kolejnej disco polowej, zakochanej piosenkarki, to nie widziałem przeszkód by skojarzyć to z twórczością chłopca z biblioteki. Wszystko dopełniła wzmianka o różnicy wzrostu.
Minęło już sporo czasu. Specyfik przestawał działać, a ja nadal pragnąłem pewnej rozrywki. Powtórzyłem czynności z kolejną dawką. Musiałą być ostatnia, nie miałem więcej. Podniosłem swój ciężar, delikatnie podpierając się o ścianę. Chwiejnym krokiem opuściłem mieszkanie. Zaplanowałem małe odwiedziny.
***
Wystukałem rytm jakiejś melodii, chodzącej mi po głowie, o drewniane drzwi. Nikt nie otwierał, więc powtórzyłem czynności.
- Kto tam? - Ismael ukazał się w drzwiach, pytając cichym i zachrypniętym głosem. Przecierał oczy, jakbym przerwał jego sen.
Oparłem całe ciało o futrynę razem z policzkiem, co blokowało mi swobodne uśmiechanie się. Przyjemnie oglądało się tego chłopca stojącego w samych bokserkach, którego ciało co jakiś czas lekko trzęsło się z zimna.
- Co Ty tu robisz? - znów ta sama chrypka rozbrzmiała w moich uszach.
Zachowywał się bardzo spokojnie, bez konkretnych emocji. Prawdopodobnie wciąż myślał o ciepłym łóżku, z którego go wyciągnąłem.
- Chciałeś się spotkać. Nie mogę spać. - gospodarz nie opierając się przed moim wejściem do środka, odsunął się, gdy zrobiłem krok w przód. - Pomyślałem, że...może... Zapewnię
sobie rozrywkę. - zająłem miejsce na łóżku. - I Tobie oczywiście też.
- Nie rozumiem. - podążył moimi śladami stając może 2 metry ode mnie i krzyżując ręce na piersi.
- Podejdź. - wyprostowałem górną kończynę w kierunku ciemnowłosego i kilkakrotnie machnąłem palcami zachęcając do podejścia. Postawił niepewny krok i znieruchomiał.
- Bliżej. - nadal ponaglałem dłonią.
Zrobił kolejne kroki i gdy dystans zmniejszył się na tyle, że dałem radę go sięgnąć, pochwyciłem drobne ciało i przyciągnąłem do siebie maksymalnie.
Przejechałem delikatnie nosem po jego brzuchu i zostawiłem wilgotny ślad ust na skórze.
Chłopak nie za bardzo rozumiejąc co planuje zaczął się wyrywać.
- Ej! Puść mnie wreszcie. - udało mu się uwolnić przy małym wysiłku.
Stał teraz ciut przestraszony spoglądając na mnie z oburzeniem.
- Daj spokój! - warknąłem zrywając się na równe nogi. Nie był to idealny pomysł. Kokaina upośledzała znacznie moje ruchy. Gdybym nie oparł się o ścianę, pewnie runął bym na ziemie.
- Czego Ty chcesz? - widząc, że po raz kolejny próbuję do niego podejść, zaczął się cofać.
- Nie wiem. - wzruszyłem ramionami i dodałem ironicznie, podśmiewając się pod nosem. - Chyba bliskości.
- Lepiej by było, gdybyś już szedł. - wyraźnie próbował manipulować głosem, aby zabrzmieć wystarczająco groźnie i stanowczo.
- Myślę, że nie mam zamiaru.
Ismael?
- Nie wiem. - wzruszyłem ramionami i dodałem ironicznie, podśmiewając się pod nosem. - Chyba bliskości.
- Lepiej by było, gdybyś już szedł. - wyraźnie próbował manipulować głosem, aby zabrzmieć wystarczająco groźnie i stanowczo.
- Myślę, że nie mam zamiaru.
Ismael?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz