piątek, 11 listopada 2016

Od Ismaela C.D Aleksandra

Każdy dzień stawał się dla mnie coraz bardziej uciążliwy. Samotne dni kiedy jedynym moim celem w życiu było zamartwianie się o babcię spędzałem w bibliotece, w kącie pokoju, obserwowałem przchodzących tam ludzi, zabiegani i zestresowani uczniowie, którzy swoje projekty zostawili na ostatnią chwilę plątali sobie nogi begając między wypełnionymi książkami pułkami szukali odpowiednich dzieł z literatury. Większość z nich nie umiała posługiwać się prostym, bibliotecznym systemem przez co pan Samstel miał naprawdę dużo pracy...
Był też i on... Między tym całym bałaganem, codziennie na tym samym miejscu, pochłąnięty w lekturze spędzał sam długie godziny. Ja? Dawno niemal zapomniałem o tym co zrobił... Nie umiałem komuś nie wybaczyć, nie umiałem żyć ze świadomością, że ktoś wie o mojej złości nawet jeśli ta go nie obchodziła.
W końcu się odważyłem, czemu? Sam nie wiem, może miałem dość spędzania czasu wśród ludzi, których jedynym celem w życiu był rozmowa o ich własnych problemach? Nieważne.
- Co Ty tu robisz? - spytałem. Ogarniające mnie zakłopotanie wymieszane ze stresem przewróciło mi cały żołądek do góry nogami, co nasiliło się gdy usłyszałem słowo "czytam" wypowiedziane na tyle oschle, że niemal zabolało. Nie dając jednak za wygraną usiadłem na krześle obok chłopaka, podkulając pod brodę kolana, na których oparłem buzię.
- Olek - burknąłem skępowany nagłym użyciem zdrobnienia imienia chłopaka, na szczęście w końcu zwrócił na mnie swój zaskoczony i lekko zmęczony wzrok. Miał podkrążone i lekko podpuchnięte powieki, jakby długo nie spał, przez chwilę nawet chciałem spytać czy wszystko u niego dobrze, ale w końcu nie w takich celach zacząłem rozmowę. - Ja przepraszam... - wydusiłem ledwie zrozumiale, jak najmocniej się da chowając twarz w swoich kolanach. Powietrze wokół nas jakby zgęstniało, cała atmosfera stała się ciężka, a rozbiegany wzrok zaskoczonego blondyna czułem na sobie aż zbyt wyraźnie.
- Ty, mnie? Za co? - nie wiedziałem czy mówi to z rozbawieniem, czy nadal nie rozumie jednak zaciskając coraz mocniej powieki uświadomiłem sobie, że po prostu boję się sprawidzić.
- Zachowuję się jak głupi szczeniak... Chciałeś mi pomóc, przepraszałeś i... A ja... Bo nie chcę... - język plątał mi się w niewypowiedzianych zdaniach mieszając z niewypowiedzianymi myślami przez co stworzyłem burzę milczenia, którą przerywały jedynie krótkie sylaby i mój przyśpieszony oddech.
- Rozumiem - odparł chłopak, więc odwarzyłem się by spojrzeć na jego twarz, na której czaił się przyjemny dla oka uśmiech.
Odetchnąłem z ulgą czując jak ucisk w moim brzuchu słabnie ustępując miejsca niemal radości.
- Nie szczerz się tak, nie masz powodów - skarcił moją radość, w mimo wszystko przyjemny sposób. W tym niewyjaśnionym przeze mnie momencie ponownie ujrzałem w chłopaku tego Aleksandra, którego zobaczyłem na początku, tego dość pogodnego, zatraconego w pracy samoluba, który uwielbia stawiać na swoim i nie powiem, chciałem żeby taki pozostał. Przewróciłem lekko oczami nadal nie do końca rozumiejąc co się właśnie stało i czy to na pewno było dobre, jednak moje sumienie było czyste, a ja szczęśliwszy, że nie spedzam sam kolejnych, męczących godzin przyklejony do bibliotecznego fotela.
- Jestem głodny - oświadczyłem nagle, gdy wiszący nad nami zegar wybił godzinę, w której pozostali uczniowie zbierali sięw stołówce gotowi na obiad. Siedzący obok mnie chłopak pokręcił jedynie głową mrucząc ciche "jesteś niemożliwy".
- Oj choć, daj spokój - złapałem go za rękaw koszuli i wyciągnąłem z krzesła prosto w stronę wyjścia. Przejście przez szkołę zajęło nam masę czasu, bo Aleksander na złości postanowił się ociągać, co nie zmieniało faktu, że była to miła podróż. W końcu jednak doszliśmy do mojego upragnionego punktu, gdzie kompletnie ignorując towarzyszącego mi leniwca zająłem się pakowaniem masy jedzenia na tacę.
- Jadłeś coś przez te ostatnie dni? - zauważył ironicznie spoglądając na mnie z rozbawieniem.
Nic dziwnego, bo właśnie pochłaniałem porcję dwa razy większą od tego co jadł Ekker i różnica wzrostu mi w tym nie przeszkadzała. - Nie udław się - zadrwił ze mnie poraz kolejny czym przelał szalę goryczy. Wolną dłonią rzuciłem w chłopaka kawałkiem właśnie obieranej mandarynki, co przyjął z jeszcze większym rozbawieniem niż chwilę temu, jednak nie pozostał mi dłużny. Część jego sałatki znalazła się na mojej bluzce i właśnie tak się zaczęło...
Jedzenie latało wokół stolika, przy którym siedzieliśmy dopóki zdenerwowane kucharki i sprzątaczki nie wyzwały dyrektora by choć spróbował nas uspokoić. Surowa obecność pana Lancowskiego wcale nie zepsuła mojego humoru, a i Aleksander nie wydawał się wszystkim zbyt przejęty, chyba. Jego emocji ciągle nie umiałem dobrze odczytać. Załóżmy, że jego twarz po prostu nie wyrażała ogólnego zaskoczenia czy zdenerwowania. Może dobrze ukrywał emocje.
- Skoro tak bardzo lubicie bałagan i bibliotekę, to spokojnie będzie mogli nacieszyć się obydwoma aspektami, wyręczycie dzisiaj bowiem nasz cudowne panie woźne i wysprzątacie ją całą. - oświadczył tonem nie znoszącym sprzeciwu przez co ani ja, ani mój towarzysz nie mieliśmy śmiałości się odezwać.
Nic dziwnego, dyrektor tej szkoły zdecydowanie był postacią, która budziła szacunek i autorytet wśród uczniów. Moim skromnym zdaniem cała jego wiedza kryła się w brodzie, bo jak chodzę do tej szkoły nigdy nie widziałem by była choćby centymetr krótsza lub dłuższa, a zacząłem się temu sumiennie przyglądać.
- Masz makaron na twarzy - odciąłem się gdy ponownie zostaliśmy sami, na szkolnym korytarzu.
- Ty za to cały jesteś brzydki - burknął za co oberwał dość mocną pięść w ramię.
No mocną jak na mnie.
- Idę na ostatni wykład, do zobaczenia w bibliotece - pomachałem chłopakowi na pożegnanie i w niemal podskokach ruszyłem w przeciwną stronę prosto do sali, gdzie przez dwie godziny miałem wysłuchiwać wykładu na temat historii starożytnej...
Myślami co jakiś czas powracałem do całego dzisiejszego dnia, zastanawiając się nad tym, jak to możliwe, że tak dobrze czułem się w towarzystwie kogoś, kogo jeszcze niecałą dobę temu darzyłem ogromną nienawiścią.

***

Po skończonym wykładzie zdążyłem jedynie dobiec do pokoju by czarno-szarą koszulę w kratę i ciemne rurki zamienić w luźny podkoszulek oraz spodnie od dresu, więcej czasu nie było o ile chciałem zdążyć jeszcze na kolację.
Tak, dzisiaj apetyt zdecydowanie mi dopisywał. Wszedłem do stołówki nie zawracając sobie głowy dużo wyższym ode mnie chłopakiem bo miejsce obok mnie zajął Michael, chłopak z mojej klasy, którego dość słabo znałem. Niestety nie mogłem go też poznać lepiej bo przyjemną atmosferę przerwała nam Laura, obrzucając mnie setką pytań na temat Aleksandra.
- Ale na pewno mu to dałeś?
- Tak. I na pewno dziś w nocy się z Tobą spotka. - powtórzyłem po raz setny to samo zdanie licząc, że w jakiś sposób uświadomi to dziewczynę w tym, jak bardzo jest żałosna. Nie rozumiałem jej zachowania, czemu nie mogła do niego zwyczajnie podejść.
- A myślisz, że dzisiaj przyjdzie? - spytała nieco zbyt dotkliwie wbihając mi pazury w ramię.
- Ała... - jęknąłem wkurzony.
- Laura, a jak myślisz jak bardzo pusta i tępa teraz jesteś? - odezwał się chłopak po mojej lewej. Dziewczyna w geście irytacji wstała i nie obdarzając nas żadnym pożegnalnym słowem z impetem opuściłem pokój co, w nieco bardziej uprzejmy sposób zrobiłem zaraz po niej.
Otwierając ogromnych rozmiarów drzwi, zaraz przy ich wejściu zastałem obładowanego narzędziami do sprzątania Olka i nauczyciela, który pewnie właśnie instruował go jak zaprowadzić porządek w bibliotece.
- I lepiej się postarajcie. Zostawiam wam klucze, jeśli spróbujecie numerów to obiecuję, przetrzepię wam te puste łby. - ostrzegł nas gdy chłopak wepchnął mi do dłoni wiadro, mop, małą ściereczkę i szczotkę to wycierania kurzy.
- Naprawdę będziemy sprzątać po nocy bibliotekę? - spytałem retorycznie.
- Tylko mi nie mów, że się boisz
- Oczywiście, że nie - odparłem niezgodnie z prawdą. Ciemność raczej nigdy nie wywoływała u mnie pozytywnych emocji.

**

Praca szła nam bardzo dobrze, powoli zbliżaliśmy się do jej końca, o czym świadczył ból i rany na moich dłoniach. Czując jak od chemicznuch zapachów powoli kręci mi się w głowie podszedłem do balkonu by skorzystać ze śieżego, nocnego powietrza. Napawając się chłodem jaki wypełniał moje płuca obserwowałem piękną pełnię księżyca, która po chwili została zasłonięta przez chłopaka, którego wzrost równał się prawie dwóm metrom.
- Zasłaniasz mi księżyc - zauważyłem opierając policzki na swoich pięściach.
- Mój blask Ci nie wystarcza? - zaśmiał się blondyn leniwie ustępując miejsca naturalnemu światłu, które dziwnie przyjemnie okalało moją twarz.
- Mam pomysł - wypaliłem gdy moją uwagę przykuł tor, znajdujący się naprzeciw nas - Zróbmy rewanż - spojrzałem na chłopaka z błyskiem w oczach.
- Chcesz nielegalnie opuścić teren biblioteki i mierzyć się z pewną porażką ryzykując zawieszenie w prawach ucznia? Oh, gdzie ten wiecznie zatopiony w lekturze chłopak? - zaśmiałem się słysząc aktorsko wygłoszony monolog.
- Zmył się wraz z resztkami jedzenia głupku, wcale nie przegram i... No chodź - poprosiłem gotów skorzystać z drzwi. Aleksander wybrał jednak nieco inną drogę przeskakując przez mały murek otaczający balkon.
- Ja nie skoczę- jęknąłem podchodząc do krawędzi.
- Skocz, najwyżej Cię złapię! - mruknął rozbawiony. Oczywiście na to się nie zgodziłem. Przelazłem przez przeszkodę i puściłem się w dół licząc, że dość spora odległość nie połamie mi nóg (no dobra, może i balkon był nisko, ale ja też nie należałem do wysokich).
- Przeżyłeś? - spytał arogancko Olek czym zdążył mnie lekko wytrącić z równowagi.
- To nie moja wina, że jesteś taki wielki - obruszyłem się mocno przyspieszając by chociaż spróbować dotrzymać tępa blondynowi.
- Musisz nauczyć się szybciej chodzić.
- Za to już teraz szybciej biegam - odciąłem się niemal błyskawicznie i nim zdążył zareagować popędziłem w stronę bieżni.
Stojąc na pasie startowym oczekiwałem przygotowania, który miał dać Ekker gdy tylko dotarł na miejsce. Gdy tylko z jego ust padła ostatnia litera, ruszyłem...
Chłopak wyprzedzał mnie tylko z początku by po chwili zacząć zwalniać i dać mi ogromne szanse na wygraną. Wyprzedziłem go na ostatniej prostej, na metę jako pierwszy dosłownie wpadając. Położyłem się na ziemi by unormować oddech gdy coś zagrzęzło pod moimi plecami.
- Podłożyłeś się? - spytałem, widząc, że przyczyną ruchu ziemi był niebieskooki, który poszedł w moje ślady.
- Nie no co Ty - odparł ale swoje przeczuwałem. Gdyby nie kłamał zareagowałby inaczej. Czując bijący spod żwiru chłód podniosłem się z miejsca i usiadłem pod murkiem obok toru.
- Zimno Ci? - spytał chłopak i jakby samemu udzielając sobie odpowiedzi na to pytanie podał mi bluzę, którą chwilę temu trzymał na własbych ramionach. Tym razme się nie rzucałem. Grzecznie dziękując przyjąłem ubranie, narzucając je sobie na plecy.
- Masz zamiar się z nią dziś spotkać? - spytałem Aleksandra, w odpowiedzi jednak otrzymałem głuche niezrozumienie... - No z tą dziewczyną, dałem Ci od niej list ma tu dziś przyjść - wyjaśniłem w slrócie na co chłopak jakby właśnie dostając olśnienia walną się w czoło kręcąc przecząco głową.
- Nie wiem - odparł tylko.
- To lepiej się zastanów Romeo, bo ona zaraz tu przyjdzie - uśmiechnąłem się do chłopaka. W tej dziewczynie coś mi nie odpowiadało woęc sam nie wiedziałem czy chcę by do tego spotkania faktycznie doszło.
No... Chyba...



Aleksander?
Słodki shit o czwartej nad ranem.
Ale musiałam 8v

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz