Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ansel. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ansel. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 22 stycznia 2017

Od Ansela c.d Laurencego

W sobotę jak to w każdy inny dzień wolny obudziłem się dopiero po 9:00. Zadowolony, że natrętny budzik nie miał z tym nic wspólnego i nareszcie mogłem spać tyle ile chciałem wygrzebałam się spod ciepłej, a wręcz gorącej kołdry. To zawsze pozostawało niezmienne -nie ważne o której godzinie i w jakiej porze roku- po opuszczeniu łóżka zawsze pojawiały się na moim ciele ciarki spowodowane różnicą temperatur. Zgarniając z krzesła niedbale zwinięte w kulkę ubrania zniknąłem za drzwiami łazienki.
Był to pierwszy wolny od szkoły dzień, który spędzałem w tej akademii. Jeszcze wczoraj miałem masę pomysłów co do tego jak go spędzić. Dziś każda z tych opcji wydawała mi się głupia. Może dlatego, że wszystko musiałbym robić jedynie w swoim towarzystwie. Wprawdzie myśl o namówieniu na coś Noah'a pojawiła się w mojej głowie już kilka razy kusząc mnie bezustannie jednak nie byłej pewien czy jest to dobry pomysł. Nadal pamiętałem reakcję Laurencego gdy spotkałem go na schodach. Nie chciałem by Noah także pomyślał, że się do niego przyczepiłem.
Ubrany i odświeżony wróciłem z powrotem do pokoju. Nie miałem ochoty na przygotowywanie posiłku a tym bardziej zmywanie potem naczyń więc zadowoliłem się kromką chleba, na którą położyłem plaster wędliny. Pochłoniwszy to w parę sekund wytarłem dłonie o spodnie i wyszedłem z pokoju.
Udałem się za szkołę w miejsce gdzie kończy się podwórko akademii a zaczyna las. Był to teren raczej mało popularny, więc nie musiałem się martwić o zbyt duży tłok. Szczególnie, że teraz nie miałem ochoty napotkać na swojej drodze nikogo. Gdy dotarłem na miejsce okazało się, że trawa jest zbyt mokra by móc na niej usiąść nie ryzykując tym samym mojej plamy na tyłku, więc wdrapałem się na jego z drzew i usadowiłem na grubej gałęzi pozwalając moim nogom bezwiednie zwisać po obu jej stronach. Było dość wygodnie choć nierówny i chropowaty pień drzewa wbijał mi się w plecy. Siedziałem tak dłuższą chwilę aż oczy same zaczęły mi się zamykać zmęczone zbyt długim wpatrywaniem w jeden, bliżej nieokreślony punkt.

***

- Niebezpiecznie jest spać na drzewie -zachrypnięty, niski głos dobiegał gdzieś z oddali.
Uchyliłem lekko powieki starając się zidentyfikować jego właściciela. Mrugnąłem leniwie kilka razy nim w końcu całkowicie otworzyłem oczy pozbywając się jednocześnie uczucia senności. Dopiero wtedy zdałem sobie sprawę, że głos wcale nie dobiegał z daleka, a wręcz przeciwnie. Jego źródło znajdowało się pode mną. Zaciekawiony kim jest przybysz przechyliłem się na gałęzi i od razu napotkałem spojrzenie Noah'a.
- Pilnujesz tu porządku czy jak? -spytałem zeskakując na ziemię.
Chłopak zbył moje pytanie wzruszeniem ramion. Oparł się o drzewo, na którym jeszcze niedawno siedziałem i splótł ręce na klatce piersiowej.
- Masz na dziś jakieś plany? - spytał przyglądając mi się uważnie.
Pytanie mnie zaskoczyło. Noah był starszy i z tego co zauważyłem wielu zabiega o jego przyjaźń i względy. Czemu miałby proponować spotkanie akurat mi?
- Nie a co?
Odpowiedź musiała usatysfakcjonować chłopaka, bo kąciki jego ust uniosły się w górę. Wyglądało to niemal drwiąco ale zaślepiony tym, że już w pierwszych dniach w tej szkole zdobyłem przyjaźń jak zgaduję najpopularniejszej osoby nie zwróciłem na to większej uwagi.
- Idziemy dziś do klubu. Możesz się przyłączyć jak chcesz.
Ciekaw byłem kim są ci "oni" ale chyba to, że są to znajomi Noah'a powinno mi wystarczyć. Kiwnąłem więc głową na znak zgody.
- Super. O 20:00 przy tylnym wyjściu -poinformował i odklejając plecy od pnia odszedł.
Mimowolnie przypomniałem sobie o korze, która przez cały czas mojej drzemki odciskała mi się na plecach. Sięgnąłem dłonią i przesunąłem nią po skórze otaczającej kręgosłup. Pod palcami wyraźnie czułem małe wklęsłości. Nie przejmowałem się tym jednak. Cały mój umysł zaprzątała wizja dzisiejszego wieczoru. Nie miałem pojęcia jak była ona odległa od rzeczywistości, z którą przyszło mi się zderzyć kilka godzin później.

Pod tylnym wejściem czekali już wszyscy. A w każdym razie tak mi się wydawało, bo przecież nie miałem pojęcia ilu "ich" miało iść z nami. Wszyscy ubrani byli w skórzane czarne kurtki. W ciemności panującej dookoła dość trudno było ich wypatrzeć.
- Nareszcie jesteś -przywitał mnie chłopak, którego jako jedynego kojarzyłem z tej grupy- To Ansel -mruknął ale nie miał zamiaru zawracać sobie głowy przedstawianiem mi swoich znajomych.
Ruszyliśmy więc przez las w stronę głównej ulicy.
- Noah -odezwałem się czując się dziwnie niekomfortowo w głuchej ciszy- Znasz Laurencego?
To pytanie cisnęło mi się na usta odkąd tylko Laurence przestrzegł mnie przed nim.
- Czemu pytasz? -wspomnienie o chłopaku wyraźnie go rozdrażniło.
- Wydaje się jakby za Tobą nie przepadał. Ty za nim chyba też nie?
- Wydaje mi się, że to nie jest twoja sprawa. Po za tym radziłbym ci się nie zadawać z Bantley'em. Zarozumiały dupek i tyle.
Patrzyłem przed siebie zastanawiając się nad sensem tych słów. Może rzeczywiście tak było. Może nie powinienem więcej się z nim zadawać.... Z resztą Laurence chyba nawet sam tego nie chciał. Zamyślony wziąłem od Noah'a puszkę piwa, nie zdając sobie sprawy, że nie jest to pierwsza, a trzecia jaką podał mi w trakcie drogi do klubu. Klubu, który zdawał się być na drugim końcu kraju. Czy nie powinniśmy już tam być? Pytanie, które chciałem zadać nie było w stanie uformować się w moich ustach, więc wydobył się tylko cichy bełkot.

Laurence?

poniedziałek, 2 stycznia 2017

Od Ansela CD Laurencego

Ściana. Ciemna, zimna ściana lekko rozświetlona przez światło padające zza okna. Odwróciłem się do niej plecami chyba po raz setny tej nocy, licząc że w tej pozycji znajdę ukojenie. Niestety. Moje oczy zupełnie nie znużone całym dniem spędzonym na nauce wgapiały się w mroczne niebo. Rozciągające się za oknem sklepienie pokryte było niemal całkowicie szarymi chmurami pozostawiając jedynie mały otwór dla księżyca, który bezczelnie zaglądał mi do pokoju. Westchnąłem gdy już zdałem sobie sprawę z tego, że nie ma takiej opcji bym zasnął w ciągu najbliższych kilku godzin. Po omacku, nie odrywając wzroku od Srebrnego Globu sięgnąłem po telefon. Światło ekranu skierowane w moją twarz zmusiło mnie do chwilowego zmrużenia oczu ale nie całkowitego ich zamknięcia, gdyż w pokoju już wcześniej nie było aż tak ciemno jak by się mogło wydawać. 23:45. Zrzuciłem z sobie kołdrę i drżąc lekko z zimna udałem się do łazienki. Na szybko poprawiając włosy przed lustrem, drugą ręką złapałem rozwieszone na grzejniku ubrania. Przyłożyłem je do policzka napawając się ich ciepłem po czym pośpiesznie naciągnąłem na siebie luźne spodnie moro oraz czarną koszulkę.
Właściwie nie miałem pojęcia dlaczego się tak spieszę. I tak nie miałem żadnego konkretnego planu. Z nikim nie pogadam, bo wszyscy już śpią, a w każdym razie siedzą zamknięci w swoich pokojach.
Wciskając dłonie w kieszenie spodni ruszyłem schodami na dół. Do mojego nosa najpierw wdarł się dym papierosowy, a następnie pokonując kilka dalszych stopni zauważyłem siedząca na dole postać. Nie musiałem się długo zastanawiać, niemal od razu rozpoznałem w niej Laurencego. Być może dlatego, że był on jedyną osobą, z którą do tej pory zamieniłem choć słowo i miałem okazję by dłużej mu się przyjrzeć. -Wszystko gra? -spytałem pokonując ostatnie stopnie tak, że teraz znajdowałem się tuż przed nim.
- Czemu się do mnie przyjebałeś?
Jego, nie ma co ukrywać, dość chamska odpowiedź zbiła mnie z tropu. Nie sądziłem bym się mu kiedykolwiek narzucał. A tym bardziej "przyjebał". Pomysł z oprowadzką mnie po szkole nie był mój. A spotykając go na schodach chyba nie będę udawał, że go nie widzę. Choć jego zdaniem pewnie to powinienem był zrobić. A już na pewno ucieszyłby się gdybym wybrał sobie inną trasę i zostawił go samego z odurzającą wonią tytoniu, która nadal drażniła moje nozdrza. Z jakiegoś powodu nienawidziłem tego zapachu.
- To nie jest tak, że cię nie lubię ale jeśli szukasz towarzystwa to nie jestem odpowiednią osobą. Noah też nią nie jest. Mój wzrok powędrował za lądującym na ziemi papierosie. Tak. W tej chwili to ten pieprzony niedopałek skupiał całą moją uwagę na sobie. Nie kierujący się do szkoły Laurence. Nie trzask zamykanych za nim drzwi.
- "Jasne" -pomyślałem- "Z całą pewnością to nie jest tak, że mnie nie lubisz"
Usiadłem na schodach odrywając w końcu wzrok od niedopałka.
- Hej to ty -głos, który niespodziewanie dotarł do moich uszu zmusił mnie do gwałtownego odwrócenia głowy w bok.
Nie wiem dlaczego ale gdy dotarło do mnie, że to nie Laurence, poczułem lekkie rozczarowanie. Znienawidziłem się za to.
- Głośno o tobie w szkole -posłał w moją stronę uśmiech odpędzając tym samym myśli, które zaprzątały moja głowę jeszcze kilka sekund temu.
- Ta... To raczej denerwujące -odparłem zadowolony, że nareszcie znalazł się ktoś w tej szkole z kim można normalnie pogadać.
- Radziłbym ci się przyzwyczaić. Zakadłam, że szybko to nie minie.
Uśmiechnąłem się krzywo, nie chętnie przyznając, że ma rację.
- Noah -wyciągnął w moją stronę dłoń.
Imię zdawało mi się dziwne znajome choć przysiągłbym, że nie znałem nikogo kto by takie nosił. Przynajmniej do tej pory.
"Jeśli szukasz towarzystwa to nie jestem odpowiednią osobą. Noah też nią nie jest"
Słowa Laurencego wdarły się nieproszone do mojego umysłu. Uśmiechnąłem się zadowolony, że robię coś zupełnie innego niż chciałby tego chłopak. Czułem się trochę jak dziecko, które ma niezmierną radość z tego, że robi coś zakazanego. Tyle, że Bentley nie mógł mi niczego zakazać. A już na pewno nie będzie udzielał mi rad co do znajomych.
- Ansel -uścisnąłem rękę odwzajemniając po raz kolejny uśmiech.
Spojrzałem przy tym w jego lśniące w blaski księżyca tęczówki. Jaskrawa poświata dodawała urody jego niezwyke jasnym włosom i musiałem przyznać, że był on przystojny. A jeszcze bardziej zaskoczyło mnie to gdy Noah rozprostował nogi opierając je kilka stopni niżej. Jak zahipnotyzowany wpatrywałem się w jego buty. Glany. Niemal identyczne jak te, które właśnie miałem na sobie.
- Widzisz, mamy ze sobą więcej wspólnego niż ci się wydaje.

Obudziłem się czując nieprzyjemny żar słońca na policzku. Dochodziła 7:30. Mimo tego, że spałem tylko 5 godzin i tak czułem się świetnie. Zostawiłem rozbebraną kołdrę na łóżku i tradycyjnie, jak co dzień udałem się do łazienki. Wziąłem szybko prysznic, osuszyłem skórę i włosy ręcznikiem po czym ubrałem się i umyłem zęby. Nie miałem ochoty jeść. Z resztą i tak zaraz zaczynam lekcje.
Zgarnąłem z parapetu torbę i zacząłem nakładać buty. Od razu na ich widok przypomniał mi się Noah. Wczoraj przegadaliśmy jakiś kwadrans po czym stwierdziłem, że pójdę jeszcze pobiegać. Chłopak nie chciał mi towarzyszyć, więc na tym skończyło się nasze spotkanie.
Pod salą jak zwykle kłębiła się grupka uczniów by zacząć zajmować swoje miejsca. Ja również ruszyłem w stronę drzwi.
- Mówiłem ci, że Noah nie jest odpowiednią osobą do towarzystwa.
Laurence.
Poczułem zbierający się we mnie gniew ale nie z powodu samej jego obecności a faktu, że najpierw mnie odpycha a na następny dzień udziela porad. I jeszcze ten jego ton. Tak jakby wiedział o Noahu wszystko.
Cofnąłem się kilka kroków w tył by móc spojrzeć mu w twarz i niechętny by w ogóle zaczynać tę rozmowę, spytałem.
- Obserwowałeś mnie?
- Lepiej się do niego nie zbliżaj -odparł ignorując moje pytanie.
- Bo co? -kolejne jego uwagi wzbudzały we mnie jeszcze większe rozdrażnienie- Ci ty możesz o nim wiedzieć? Nie znasz go. Nie znasz to nikogo. Jesteś zwykłym wyrzutkiem.
Usta Laurencego ścisnęły się w wąską kreskę ale słowa, które zaraz potem chciał wypowiedzieć zostały zagłuszone przez dzwonek.

Laurence? Wybacz ale szkoła zabrała mi wenę

czwartek, 29 grudnia 2016

Od Ansela cd Laurence

- Mam nadzieję, że pan Batley szybko cię oprowadzi po szkole.
Na sam dźwięk tego nazwiska zalała mnie fala nieprzyjemnych wspomnień. Było ono aż za bardzo podobne do nazwiska tego przeklętego dyrektora, który jak zakładam właśnie świętuje swój sukces, jakim jest moje odejście ze szkoły. Skupiony na tej nadzwyczaj nieprzyjemnej wizji nawet nie przyszło mi do głowy by zorientować się, który z rówieśników to Batley. Sprawa jednak sama się wyjaśniła i to kilka sekund później gdy z tyłu klasy rozległo się ciche lecz pełne poirytowania prychnięcie.
- "Super" -pomyślałem- "Czyli jednak to na jego towarzystwo będę skazany przez cały dzisiejszy dzień. "
W sumie nic do tego chłopaka nie miałem ale tylko ślepy nie zorientowałby się, że nie należy on do osób towarzyskich. Chyba, że to po prostu do mnie się uprzedził.
Zastanawiałem się nawet czy nie odmówić sobie pomocy ale szkoła była zbyt duża bym sam się w niej odnalazł. Po za tym wątpię by Laurence w to uwierzył po tym jak wczoraj nie mogłem trafić do własnego pokoju.
Nauczyciel zaczął uspokajać uczniów, którzy jak na moje oko byli zbyt podekscytowani obecnością kogoś nowego w klasie. Po tym jak historyk rozpoczął w końcu lekcje umilkły pytania i zniknęły wszelkie ukradkiem rzucane w moją stronę spojrzenia. W tamtym momencie jakaś cząsteczka mnie ucieszyła się z tego, że to Batley będzie moim przewodnikiem.
Historia okazała się być cholernie nudna i byłem pewien, że już nigdy nie zjawię się na niej tak wcześnie. Sukcesem będzie jeśli wogóle pojawię się na następnej.
Całe czterdzieści minut spędziłem na gapieniu się w okno, a pozostałe pięć w łazience. Przynajmniej tak przypuszczał profesor gdy zapytałem go czy mogę wyjść do toalety. Nie miałem pojęcia gdzie się ona znajduje ale i tak nie była mi w tym momencie potrzebna. Chciałem jedynie wyjść z klasy by móc rozprostować nogi. Przeszedłem się w zdłóż korytarza zastanawiając się jak mam przetrwać kolejną godzinę bez ruchu i jakiejkolwiek rozmowy. Zazwyczaj w takich momentach wychodziłem pobiegać ale w pierwszy dzień szkoły raczej nie byłoby dobrym pomysłem zrywać się z lekcji. Westchnąłem z cichą nadzieją, że w dzisiejszym planie zajęć znajdzie się wf i po odczekaniu jeszcze kilku minut wróciłem do sali.
Na dzwonek nie musiałem czekać długo. Gdy tylko ten nieprzyjemnie głośny dźwięk wypełnił klasę wrzuciłem swoje książki do torby i zarzuciłem ją na ramię. Pomimo pośpiechu i tak wyszedłem z sali ostatni, bo jak się okazało nie tylko ja z utęsknieniem czekałem na przerwę.
Po korytarzu krzątała się cała masa uczniów, a ja zamiast zostać wciągnięty w ten tłum poczułem jak ktoś ciągnie mnie w stronę pobliskiej ściany. Gdy już mój mózg ogarnął panujący wokół tłok i hałas zauważyłem przed sobą Laurence. Zdążył już puścić moje ramię a mimo to nadal czułem na nim mocny uścisk.
- Teraz jest długa przerwa -wyjaśnił- Miejmy to już za sobą.
Czułem bijącą od niego niechęć. Zdawało się, że robi mi łaskę tym, że oprowadzi mnie po szkole. Już miałem mu to wytknąć ale on zmył się gdzieś nim zdążyłem otworzyć usta.
- No idziesz czy nie? -dobiegł mnie jego głos z lewej strony.
Niechętny, ruszyłem za nim. Całe te "oprowadzanie" było gorsze niż lekcja historii. Pomijając niezręczną -w każdym razie dla mnie- cieszę, Laurence odzywał się tylko po to by nazwać obiekt obok, którego się znajdowaliśmy. Potakiwałem za każdym razem gdy wskazując na drzwi mówił: "Sala od biologii", "Sekretariat", "Drzwi wyściowe", "Łazienka - ale to chyba już odkryłeś". Przy tym ostatnim towarzyszył mu dziwny uśmieszek, który nie był ani trochę zaraźliwy. Przez chwilę nawet miałem wrażenie, jakby wiedział, że wcale w niej nie byłem. Po 10 minutach wkroczyliśmy na szeroki korytarz gdzie roznosiła się woń jedzenia. Zapach od razu przywołał we mnie uczucie głodu.
- Stołówka -znów opisał skrótowo Laurence.
- Dzięki, nie domyśliłbym się -odparłem ironicznie.
- Jak chcesz możesz iść coś zjeść -powiedział tonem sugerującym, że jeśli tam wejdę, to zmarnuję tym samym jego cenny czas, który mi poświęca.
- A ty nie idziesz? -zbyt późno zdałem sobie sprawę, że pytam o coś tak oczywistego.
Stałem w milczeniu czekając na sarkastyczną uwagę z jego strony.
- Idę -rzucił i wyminął mnie w drzwiach.
Zaskoczony podążyłem za nim do stołówki uprzednio rozglądając się na boki jakby chcąc sprawdzić czy ktoś widział tę niesamowitą scenę, w której to Laurence nie powiedział niczego wrednego, a co więcej jego ton był w miarę miły. Przypadkowo odkryłem w ten sposób powód zachowania chłopaka. Historyk. Stał kilka kroków dalej przyglądając się nam. Teraz już tylko mi, bo mój towarzysz zniknął w stołówce. Ja również wkroczyłem do wypełnionego zapachem jedzenia pomieszczenia.

Laurence? Nie ma sprawy. Początki są zawsze najgorsze.

wtorek, 27 grudnia 2016

Od Ansela

- Tak więc myślę, że wysłanie cię do tego akademika będzie najlepszym rozwiązaniem.
Prychnąłem nie kryjąc tym samym, jak bardzo iryruje mnie ta cała sytuacja. Oczywiście... Tego należało się spodziewać. Bo co innego drogi dyrektor Batley mógł zrobić po tym co odstawiłem? Wylanie mnie z tej szkoły było jego zdaniem jedynym wyjściem z sytuacji.
- Ansel, nie zachowuj się naburmuszone dziecko. I tak nie zdałbyś do następnej klasy -ciągnął dalej.
Zauważyłem, że jego głos nie był surowy jak zwykle. Teraz wyraźnie można było dosłyszeć w nim ulgę i skrywaną radość. Ale czy mogłem mu się dziwić? Gdybym był dyrektorem jednej z najpopularniejszych szkół w mieście raczej nie chciałbym mieć w niej ucznia, który napuszcza na nauczyciela historii stado ptaków, by te zesrały mu się na nową marynarkę za postawienie mi do dziennika kolejnej jedynki. Ale ja oczywiście nigdy w życiu nie zostałbym żadnym dyrektorem. To naprawdę miłe, że zamiast załatwić mi porządnych belfrów wolą mnie po prostu wywalić.
- Jasne -warknąłem- Z wielką przyjemnością opuszczę twój gabinet.
Wsadziłem dłonie do kieszeni i skierowałem się do wyjścia. Niestety nim zdążyłem opuścić znienawidzone miejsce dobiegł mnie jeszcze jego głos, który zaczynał mi działać na nerwy.
- To, że nie jesteś uczniem tej szkoły, nie oznacza, że możesz do mnie mówić na ty.
- I vice versa -uśmiechnąłem się sam do siebie po czym trzasnąłem drzwiami- Nie zapominaj, kto tutaj ma moce -dodałem szeptem gdy już znalazłem się sam na pustym korytarzu.
Miałem ogromną ochotę wrócić tam jako wilk i przygwoździć Batleya do jego biurka. Nie musiałbym mu nawet robić krzywdy. Zersrałby się ze strachu na sam mój widok.
Odegnawszy od siebie tą jakże kuszącą myśl ruszyłem pospiesznie do głównych drzwi. Według rozkładu najbliższy autobus miałem dziś wieczorem. Ekstra. Im szybciej się stąd wyniosę tym lepiej.
- Haski! -skrzywiłem się gdy tylko zrozumiałem do kogo należał ten głos.
Renn. Koleś o kruczoczarnych włosach, który od ponad roku zatruwa mi życie swoją obecnością. Większość uważała nas za dobrych znajomych jednak z mojej strony Renn był dla mnie jedynie towarzystwem na krótkie wypady do baru.
- Wywalili cię? -spytał zeskakując z ostanich stopni schodów nas dzielących.
- Tak -mruknąłem- Ale chyba cię to nie zaskoczyło?
- Nie no... Ale wiesz... Zawsze sądziłem, że to tylko takie strasznie. Że pozwolą ci zostać.
Westchnąłem. W sumie to teraz nawet czułem ulgę, że nie muszę siedzieć w tej szkole przez kolejne lata. Nie będzie mi brakowało tego miejsca. Ani trochę.
- Możemy zawsze iść do...
- Renn -przerwałem mu, bo nie miałem ochoty na dalszą rozmowę- Odezwę się później. Mam autobus za kilka godzin.

~ wieczorem~

Pakowanie walizek nie zajęło mi dużo czasu. Gdy skończyłem już opróżniać ostatnie półki w swojej szafie, zbliżała się 18:00. Czyli został mi jakiś kwadrans. Na szczęście do dworca miałem zaledwie kilka kroków, więc nie musiałem się spinać tym, że nie zdążę. Sięgnąłem po telefon. 3 nieodebrane połączenia. Wszystkie od Renn'a. Obiecałem mu, że się odezwę a jednak podczas pakowania miałem czas by wszystko sobie przemyśleć. Chciałem zacząć od nowa. Odciąć się od dotychczasowego życia i rozpocząć nowe. I nie spieprzyć go jak to robiłem do tej pory.
Pewnym ruchem, by się przypadkiem nie rozmyślić, skasowałem numer Renn'a oraz innych osób z mojej klasy po czym wsunąłem komórkę do kieszeni dżinsów.

Do akademii dotarłem około 22:00. Byłem już śpiący ale nie z powodu godziny a dlatego, że musiałem siedzieć przez 4 godziny w autobusie. Nie było to wygodne, a już szczególnie nie dla kogoś kogo non stop rozpiera energia. Wysiadłem na zewnątrz z radością wdychając świeże powietrze. Złapałem obie torby w ręce i skierowałem się do drzwi budynku, który jak musiałem przyznać, zrobił na mnie wrażenie. Pomimo, że nie słyszałem wcześniej o tym miejscu to już miałem dziwne przeczucie, że tutaj dość szybko się odnajdę. Ale najpierw przydała by się krótka drzemka.
Wkroczyłem niepewnie do środka akademii rozglądając się uważnie do okoła. Oczywiście na tyle na ile pozwalał mi mój otępiały brakiem snu wzrok. Pokój. To mój jedyny cel na tę porę. Już w autobusie zapoznałem się mniej więcej z regulaminem szkoły i dowiedziałem się, że przydzielono mi pokój nr 19. Tak więc skierowałem się korytarzem w lewo gdzie czekał na mnie obszerny hol. Po obu jego stronach aż do końca ściany ciągnęły się pokoje. Drewniane drzwi ze złotymi numerkami. Szybko odnalazłem te z odpowiednią cyfrą i pociągnąłem za klamkę. Zamiast jednak napawać się przytulnym ciepłem i wskoczyć do wyrka stałem jak wryty. Na środku pokoju stał zaskoczony chłopak zasłaniając nagą klatkę piersiową koszulką trzymaną w dłoniach. Poważnie. Miał na sobie spodnie a mimo to zakrywał tors koszulką jakby było to coś wsydliwego.
- Ekhm... -oderwałem w końcu wzrok od jego zaskoczonej twarzy I rozejrzałem się po pomieszczeniu- To chyba nie jest mój pokój...
A raczej na pewno nie był. Rozbebrana kołdra, książki na biurku, para butów walająca się gdzieś pod ścianą, tu z całą pewnością ktoś mieszkał.
- No z tego co wiem, nie miałem mieć współlokatora -mruknął po czym odwrócił się do mnie plecami by w spokoju dokończyć ubieranie się.
Z jakiegoś powodu mnie to rozbawiło ale powstrzymałem się od śmiechu. Na mojej twarzy pojawił się jednak lekki uśmiech.
- Sorki, musiałem się pomylić -odparłem rzucając chłopakowi krótkie spojrzenie.

Laurence? Ismael? Ivan?

Ansel Haskel

"Bolą mnie miłości, których nie przeżyłem. 
Przerażają mnie śmierci, w których nie brałem udziału. 
Lękam się światów, w których nie zamieszkam. 
Boję się siebie, którego nie znam."


Imię: Ansel
Pseudonim: An
Nazwisko: Haskel
Wiek: 19 lat
Płeć: Mężczyzna 
Orientacja: Homo
Moc:
*Jest silnie związany ze zwierzętami. Nie kontroluje ich jednak potrafi wpływać na ich zachowanie za pomocą drobnych sugestii a także rozmawiać z nimi. 
*Potrafi zmieniać się w wilka. Być może w przyszłości uda mu się przyjąć formę innego zwierzaka jednak w tej chwili opanował jedynie tę postać. 
Pokój: 19
Aparycja: Ansel jest wysokim (1.80m) chłopakiem o dość umięśnionej, a jednocześnie szczupłej sylwetce. Kolor jego skóry niczym się nie wyróżnia -nie jest ani zbyt blady ani zbyt opalony. Jego śliczne, błękitne oczy idealnie komponują się z włosami w odcieniu ciemnego blondu. Warto wspomnieć, że często są one rozczochrane i sterczą na wszystkie strony, choć zdarza się, że chłopaki poświęca dużo czasu na ich okiełznanie. Charakterystyczną cechą Ansela jest oczywiście sposób w jaki się ubiera. Nosi on przeważnie ubrania w ciemnym kolorze, glany -ogólnie mówiąc preferuje styl rockowy. Posiada także tunele w obu uszach oraz dwa kolczyki w dolnej wardze. 
Charakter: Już z samego wyglądu Ansela można wywnioskować, że nie należy on do grzecznych chłopców. Nastolatek przeszedł swoje i jak to osoba pozbawiona rodziny, czy chociażby bliskiej osoby, wyrósł na aroganckiego buntownika. Nie jest dupkiem bądź chamem jak przypuszcza wielu ludzi. Odkąd pamięta wychowywał się w domu dziecka w otoczeniu innych dzieciaków, których nikt nie chciał lub los odebrał im ukochane osoby. Młody Haskel nie miał pojęcia o tym czym jest rodzina. Przez pierwsze kilka lat naiwnie wierzył, że ktoś go pokocha i da mu ciepły dom. Gdy tylko do biedula przychodził ktoś dorosły, chłopczyk zupełnie jak przybłęda ze schroniska, łasił się i za wszelką cenę starał rozkochać w sobie, jak sadził, przyszłych rodziców. Nie przejmował się tym, że w szkole zawsze był obiektem kpin ilekroć kazano mu i jego "kolegom" narysować swoją rodzinę. Ansel zawsze rysował siebie, szczupłą blondynkę oraz silnego, uśmiechniętego mężczyznę. Wierzył, że kiedyś ktoś taki po niego przyjdzie...
Nikt się jednak nie zjawił. Gdy chłopak skończył podstawówkę zaczęło do niego docierać, że to marzenie nigdy się nie spełni. Przestał się wygłupiać, żartować -wszelkie ślady po roześmianym, pełnym złudnych nadziei ośmiolatku zniknęły. Stał się agresywny, nieraz pobił inne dzieciaki zupełnie bez powodu. Olewał szkołę, rzucał przekleństwami na prawo i lewo, nie miał szacunku do nikogo. Najczęściej jego ofiarami stawały się osoby pochodzące ze szczęśliwych rodzin. Robił to ze zwykłej zazdrości, choć sam przed sobą nie chciał się do tego przyznać. Z czasem mu to przeszło. Oczywiście nadal zdarza mu się wdawać w bójki czy zwyzywać kogoś jednak robi to rzadziej. Przed obcymi gra twardego faceta, któremu nikt nie jest potrzebny do życia, a w rzeczywistości nieraz siedział na barierce balkonu oglądając księżyc z szerokim uśmiechem i łzami zbierającymi się w kącikach oczu. Głównym jego problemem jest samotność. Bez trudu nawiązuje znajomości, jest zabawny i towarzyski, a jednak mało kogo jest w stanie nazwać swoim przyjacielem. Nie lubi okazywać swoich słabości, a już szczególnie leków, jak na przykład tego, że boi się ognia. Dobry z niego słuchacz, charakteryzuje się pomysłowością, szaleństwem oraz odwagą. Bądź też głupotą, jak kto woli. Zawsze najpierw robi, potem myśli. Nie znosi przyznawać się do błędu. Jeśli zamiast "sorki" usłyszysz z jego ust słowo "przepraszam" to wiedz, że albo bardzo mocno cię zranił albo bardzo mu na tobie zależy. Albo to i to. Po za tym Ansel często łamie zasady, nie znosi gdy mu się rozkazuje i jest strasznie niecierpliwy. 
Partner: Szuka
Rodzina: Wychowywał się w domu dziecka po tym jak jego rodzice go tam oddali kilka miesięcy po narodzinach. 
Zainteresowania: siatkówka, biegi, motory, zwierzęta, biologia, muzyka, rysunek, sztuka, filmy, aktorstwo. 
Inne: 
*boi się ognia oraz petard, 
*kocha żelki, 
*lubi przebywać na dworze podczas deszczu, 
*na prawym ramieniu ma małą bliznę - pamiątkę po tym jak w drugiej klasie jego "koledzy" próbowali mu wbić w rękę plastikowy nóż. 
Kontakt: anka0120