czwartek, 29 grudnia 2016

Od Ansela cd Laurence

- Mam nadzieję, że pan Batley szybko cię oprowadzi po szkole.
Na sam dźwięk tego nazwiska zalała mnie fala nieprzyjemnych wspomnień. Było ono aż za bardzo podobne do nazwiska tego przeklętego dyrektora, który jak zakładam właśnie świętuje swój sukces, jakim jest moje odejście ze szkoły. Skupiony na tej nadzwyczaj nieprzyjemnej wizji nawet nie przyszło mi do głowy by zorientować się, który z rówieśników to Batley. Sprawa jednak sama się wyjaśniła i to kilka sekund później gdy z tyłu klasy rozległo się ciche lecz pełne poirytowania prychnięcie.
- "Super" -pomyślałem- "Czyli jednak to na jego towarzystwo będę skazany przez cały dzisiejszy dzień. "
W sumie nic do tego chłopaka nie miałem ale tylko ślepy nie zorientowałby się, że nie należy on do osób towarzyskich. Chyba, że to po prostu do mnie się uprzedził.
Zastanawiałem się nawet czy nie odmówić sobie pomocy ale szkoła była zbyt duża bym sam się w niej odnalazł. Po za tym wątpię by Laurence w to uwierzył po tym jak wczoraj nie mogłem trafić do własnego pokoju.
Nauczyciel zaczął uspokajać uczniów, którzy jak na moje oko byli zbyt podekscytowani obecnością kogoś nowego w klasie. Po tym jak historyk rozpoczął w końcu lekcje umilkły pytania i zniknęły wszelkie ukradkiem rzucane w moją stronę spojrzenia. W tamtym momencie jakaś cząsteczka mnie ucieszyła się z tego, że to Batley będzie moim przewodnikiem.
Historia okazała się być cholernie nudna i byłem pewien, że już nigdy nie zjawię się na niej tak wcześnie. Sukcesem będzie jeśli wogóle pojawię się na następnej.
Całe czterdzieści minut spędziłem na gapieniu się w okno, a pozostałe pięć w łazience. Przynajmniej tak przypuszczał profesor gdy zapytałem go czy mogę wyjść do toalety. Nie miałem pojęcia gdzie się ona znajduje ale i tak nie była mi w tym momencie potrzebna. Chciałem jedynie wyjść z klasy by móc rozprostować nogi. Przeszedłem się w zdłóż korytarza zastanawiając się jak mam przetrwać kolejną godzinę bez ruchu i jakiejkolwiek rozmowy. Zazwyczaj w takich momentach wychodziłem pobiegać ale w pierwszy dzień szkoły raczej nie byłoby dobrym pomysłem zrywać się z lekcji. Westchnąłem z cichą nadzieją, że w dzisiejszym planie zajęć znajdzie się wf i po odczekaniu jeszcze kilku minut wróciłem do sali.
Na dzwonek nie musiałem czekać długo. Gdy tylko ten nieprzyjemnie głośny dźwięk wypełnił klasę wrzuciłem swoje książki do torby i zarzuciłem ją na ramię. Pomimo pośpiechu i tak wyszedłem z sali ostatni, bo jak się okazało nie tylko ja z utęsknieniem czekałem na przerwę.
Po korytarzu krzątała się cała masa uczniów, a ja zamiast zostać wciągnięty w ten tłum poczułem jak ktoś ciągnie mnie w stronę pobliskiej ściany. Gdy już mój mózg ogarnął panujący wokół tłok i hałas zauważyłem przed sobą Laurence. Zdążył już puścić moje ramię a mimo to nadal czułem na nim mocny uścisk.
- Teraz jest długa przerwa -wyjaśnił- Miejmy to już za sobą.
Czułem bijącą od niego niechęć. Zdawało się, że robi mi łaskę tym, że oprowadzi mnie po szkole. Już miałem mu to wytknąć ale on zmył się gdzieś nim zdążyłem otworzyć usta.
- No idziesz czy nie? -dobiegł mnie jego głos z lewej strony.
Niechętny, ruszyłem za nim. Całe te "oprowadzanie" było gorsze niż lekcja historii. Pomijając niezręczną -w każdym razie dla mnie- cieszę, Laurence odzywał się tylko po to by nazwać obiekt obok, którego się znajdowaliśmy. Potakiwałem za każdym razem gdy wskazując na drzwi mówił: "Sala od biologii", "Sekretariat", "Drzwi wyściowe", "Łazienka - ale to chyba już odkryłeś". Przy tym ostatnim towarzyszył mu dziwny uśmieszek, który nie był ani trochę zaraźliwy. Przez chwilę nawet miałem wrażenie, jakby wiedział, że wcale w niej nie byłem. Po 10 minutach wkroczyliśmy na szeroki korytarz gdzie roznosiła się woń jedzenia. Zapach od razu przywołał we mnie uczucie głodu.
- Stołówka -znów opisał skrótowo Laurence.
- Dzięki, nie domyśliłbym się -odparłem ironicznie.
- Jak chcesz możesz iść coś zjeść -powiedział tonem sugerującym, że jeśli tam wejdę, to zmarnuję tym samym jego cenny czas, który mi poświęca.
- A ty nie idziesz? -zbyt późno zdałem sobie sprawę, że pytam o coś tak oczywistego.
Stałem w milczeniu czekając na sarkastyczną uwagę z jego strony.
- Idę -rzucił i wyminął mnie w drzwiach.
Zaskoczony podążyłem za nim do stołówki uprzednio rozglądając się na boki jakby chcąc sprawdzić czy ktoś widział tę niesamowitą scenę, w której to Laurence nie powiedział niczego wrednego, a co więcej jego ton był w miarę miły. Przypadkowo odkryłem w ten sposób powód zachowania chłopaka. Historyk. Stał kilka kroków dalej przyglądając się nam. Teraz już tylko mi, bo mój towarzysz zniknął w stołówce. Ja również wkroczyłem do wypełnionego zapachem jedzenia pomieszczenia.

Laurence? Nie ma sprawy. Początki są zawsze najgorsze.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz