wtorek, 20 grudnia 2016

Od Shane'a do Nihili

- Typowy objaw przedawkowania - wycedziłem głosem szorstkim niczym papier ścierny. Kiedy białowłosa stanęła już stabilniej puściłem jej przedramię, na którym swoją srogą moje palce wyglądały jak ogromne walce do prac na drodze. - Pozwolisz że opowiem historię... - dziewczyna uniosła pytająco brew, jednak dalej milczała. - Była sobie kiedyś mała, zmęczona swoim stresem... - zatrzymałem się by wybrać jakieś interesujące imię dla naszej głównej bohaterki - Natalie. Natalie lubiła małe, niebieskie i dość niepozorne tabletki które pochłaniała jak smok. Czuła się po ich zażyciu bardzo dobrze, ale stosując je od dłuższego czasu zaczęły niszczyć jej organizm - zerknąwszy w stronę słuchającej mnie uważnie dziewczyny została przyłapana również na bacznej obserwacji.. mnie. Kontynuowałem historię pomimo to, swoje spojrzenie zawieszając na twarzy pacjentki. - Zawroty głowy, wymioty - to tylko początek silnego zatrucia organizmu. Mała Natalie truje się jednak dalej, czego skutkiem jest napad drgawek i wesoła przejażdżka ambulansem na sygnale do szpitala - miejsce zaciekawienia zajęła frustracja zmieszana ze strachem. Najwidoczniej los Natalie bardzo ją poruszył. - Po szeregu badań dochodzi do wywiadu, gdzie urocza lekarka wypytuje ją o różne środki, uzależnienia, przeszłość i rodzinę. Natalie, jako iż jest małą idiotką kłamie, mówiąc że tylko od czasu do czasu bierze coś na spokojny sen. Spieszysz się gdzieś? - pytam nadal zerkając na drepczącą w miejscu dziewczynę. Ta kręci przecząco głową, ach, no tak, wszyscy kłamią. - Wysłuchaj historii do końca, ta wiedza może ci się kiedyś do czegoś przydać - przestrzegając ją wysypałem dwie tabletki z plastikowego opakowania, by zaraz zażyć je i wrócić do tematu. - O czym to ja.. a, tak. Natalie przeżyła zaledwie trzy dni, po czym zabił ją własny organizm - zakończyłem opowieść i odwróciłem się plecami od dziewczyny. Odszedłem kilka kroków, by zaraz odwrócić się i dodać - Zgłoś się lepiej do szpitala albo skończysz jak ona.
***
Świąteczne choinki, świąteczne ozdoby, świąteczne jedzenie, świąteczne ubrania, świąteczne nastroje, świąteczna pogoda - wszystko świąteczne. Miasto zapchane jak zawsze w tym okresie korkami składającymi się z samochodów osobowych, tirów, dostawczych, motorów i wszystkiego czego nie dane mi było jeszcze zapamiętać. Chodniki zaś - przykryte cienką warstwą białego puchu, coraz bardziej rozdeptywanego przez szaleńczy tłum - dla niejednego okazał się świąteczną ślizgawką. Ogólny gwar, ciągły szum i brak chwili ciszy doprowadzały mnie do szewskiej pasji. Jednak na zewnątrz dalej byłem tym "cholernie przystojnym" gościem z cholernie bolącą nogą.Zadupie wokół akademii rozciągało się na kilkanaście dobrych kilometrów, dalej zaś niespodziewanie wyrastała cała metropolia (bez przesady, po prostu większa mieścina od tej rudery do której zmuszony jestem uczęszczać) pokrywająca ogromne połacie terenu. Wybrałem się tu jedynie w celu uzupełnienia zapasów tabletek, o które starać się będę krócej niż kurs do tego miejsca w jedną stronę. Szpital przywitał mnie typowym zapachem chemii, który zdążył już wsiąknąć w wyżółkłe ściany tegoż budynku. W recepcji powołałem się na imię mojego drogiego przyjaciela ze studiów, po czym nie zważając na protesty recepcjonistki, która usilnie próbowała wytłumaczyć mi, że lekarz jest teraz zajęty ruszyłem w kierunku dobrze znanego mi gabinetu. Kobieta z szokiem malującym się na jej przemęczonej twarzy ruszyła za mną, wciąż nie przestając kłapać o wyjściu. W końcu rozmowa, a raczej jej monolog nabrał bardziej gniewnego tonu, a groźby o wezwanie ochrony wydawały się coraz bardziej realne. Stając przed drewnianymi drzwiami z pozłacaną jakimś sztucznym specyfikiem plakietka, na której zawarte było pełnie imię oraz nazwisko kątem oka dojrzałem sporych rozmiarów czarnoskórego faceta. Kroczył on w moim kierunku, nadal trując o wyjściu z budynku, jednak moja misja była o wiele ważniejsza i co lepsze - zaraz zostanę szlachetnie wybawiony, a zbiorowisko rozejdzie się z kwaśnymi minami. Pociągnąłem klamkę, a zza otwartych już drzwi padły na mnie dwie zaciekawione pary oczu - jedna mojego przyjaciela oraz druga dziewczyny której przyszłość ukazałem w iście uroczy sposób. Ironiczny uśmiech wpełzł na moją twarz, nie udało mu się jednak zagościć tam na długo gdyż silna dłoń pociągnęła mnie nieco do tyłu.
- Mam użyć siły czy pójdzie pan po dobroci? - głos zza pleców zmusił mnie o obrót i przybranie bolejącego wyrazu twarzy. Ludzie traktują cię jak kalekę, jeśli nią jesteś. Ja owszem,
- Jestem kaleką, mam prawo przyjść do mojego - podkreśliłem to słowo wyćwiczonym akcentem - lekarza po leki - gość cofnął się, recepcjonistka zmierzyła mnie wzrokiem, a Jason potwierdził wiarygodność mojej wypowiedzi. Najlepszy przyjaciel? Może.. Nie wiem.. Nie.
- Przepraszam panią, zaraz wrócę - blondyn zwrócił się do dziewczyny, a gestem ręki wskazał mi drzwi. Ten człowiek tak mało wie..
- Oh, no przestań my się z panią znamy - zerknąłem na albinoskę, która wzrokiem błądziła po sali. Znów była zestresowana i pewnie od mojego upomnienia nie widziała na oczy tych cudotwórczych tabletek. - Narkomanka, umrze za góra dwa tygodnie jeśli nie przestanie brać tych prochów, albo stanie się to samo jeśli odstawi je zbyt szybko. Wątroba wysiądzie a zakażenie przejdzie na pobliskie organy - wymieniałem kolejne następstwa aż do śmierci, po czym zaczynałem od nowa obierając inną możliwość. Jason uciszył mnie w obawie wystraszenia na śmierć jego pacjentki, za co on sam musiałby ponieść konsekwencje. Uwielbiam sprawiać ludziom problemy.
- Po co przyszedłeś? - wypowiedzi towarzyszy westchnienie, całkiem nie potrzebnie mówiące, że wie już o co chodzi. Wszyscy w tym pomieszczeniu już to wiedzą.
- Zapraszam cię na lunch - niedowierzające spojrzenie pada na moją twarz, a potem zmierza powoli ku plikowi karteczek gotowego do wypisania recepty. Blondyn podszedł do blatu, oderwał jedną z nich i zrobił to, co zawsze - dał mi lek, ugiął się pod moim ciężarem, nie przebił mojego uparcia i znów się poddał. Podoba mi się taki obrót spraw, mam przynajmniej darmowe leki, na dodatek ja nie cierpię ponad to co i tak muszę. Obejrzałem dokładnie podarunek, po czym ze słowami: - nie mogę tego przyjąć - oddałem go w ręce Jasona. Ten jeszcze raz przeczytał całą kartkę i zerknął na mnie spod byka. - Jedno nie wystarczy.
- Musi - wycedził nieco czerwieniąc się na policzkach, co było najlepszym objawem złości. - Ile tego chcesz? Jestem sprawdzany, ktoś się już domyśla, a jeśli plotka dojdzie do szefa.. - zaczął marudzić jak mała panienka, uciąłem więc to jak najszybciej się dało.
- Nie mam zamiaru wracać tu po więcej za tydzień, a w okolicy nie ma nic oprócz drzew. Chyba że poprosisz panią łosiową żeby co siedem dni przynosiła mi opakowanie z ludzkim wytworem w swoim zwierzęcym pysku - zakpiłem tym samym przekonując go do dopisania "x 2" przy nazwie leku. - Pani łosiowa będzie wdzięczna - wyciągam trzymany w jego ręce skrawek papieru po czym ruszam do tego samego wyjścia którym się tu dostałem. - A jej przepłukaj żołądek, pewnie zjadła dzisiaj całe opakowanie.
- Skąd...? - białowłosa przemówiła pierwszy raz, zaraz stopując wypowiedź by nie wyjść na całkowitą ofiarę. Nie dość że stoi na środku pola wojny tonie  ma na sobie nic oprócz szmat imitujących ubranie.
- Wysypka na nadgarstkach - i wyszedłem.

Nihili? Końcówka.. wiem, the best xD

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz