Błagam, niech mnie ktoś uszczypnie. Nawet w najśmielszych
snach nie wyobrażałam sobie mnie, stojącą przy boku jedynego mężczyzny, obok
którego miałam ochotę się znajdować, przed magicznym lokalem błyszczącym się
luksusem, jeszcze przed momentem siedząc w prawdziwej limuzynie, rodem gwiazdy
z Hollywoodu. Zaczynam się zastanawiać, jakim prawem ja się tu znalazłam. I skąd Devon wytrzasnął wszystkie te
niespodzianki.
-Tak, ten wieczór będzie świetny. –głos chłopaka odbija się echem w mojej głowie, wywołując kolejny szeroki uśmiech na twarzy. Nie wątpię w to. Czy w ogóle istnieje inna możliwość?
Wchodzimy do klimatycznie oświetlonej sali z wysokim sufitem, niewyobrażalnie dużą liczbą idealnie udekorowanych stolików i ludzi w najróżniejszym wieku. Pomieszczenie przypomina odrobinę stare amfiteatry – półkolista scena w centrum wnętrza, przyodziana w bordową, aksamitną kutynę, dookoła pełno eleganckich gości, przy ścianach odwzorowane kolumny i bajkowe światełka porozwieszane nad małymi okienkami współgrające z blaskiem świec na stołach. Całość zapierała dech w piersiach. Sympatyczna kobieta z brązową kitką na włosach po zweryfikowaniu numeru rezerwacji zaprowadziła nas na miejsca, gdzie mieliśmy spędzić dzisiejszy wieczór. Usiedliśmy w miękkich krzesłach, które wydawały się być chmurkami zerwanymi prosto z nieba i zaczęliśmy przeglądać wytworną kartę menu, również wydającą się urzeczywistnieniem luksusu. Ogólnie, sprawy miały się tak, że mój żołądek ze mną nie współpracował i z każdą minutą zaciskał się coraz bardziej. Nic na to nie poradzę. Zamówiliśmy oboje lekkie posiłki i butelkę wina i…
-Tu jest tak.. tak nieziemsko i zniewalająco. –rozmarzyłam się. Starałam wyobrazić sobie to miejsce jako ruiny, starą ruderę, którą trzeba dopiero odnowić, by powstało tu coś wartościowego ale nie potrafiłam. Nawet zlepek kamieni w tym miejscu wyglądałby dostojnie. Bardziej niż ja… Z cichym westchnieniem zaczynam ponownie rozglądać się po sali, zapisując w głowie obraz całokształtu. Po chwili podchodzi do nas młody kelner blond czupryny i trzęsącymi się rękoma nalewa bordowy alkohol do dwóch kieliszków. Dziwne zachowanie chłopaka sprawia, że oboje z Devonem zaczynamy się mu uważniej przyglądać, jednak ja osobiście nie dostrzegam nic, co miało by być niepokojące. Zwrócona uwaga na blondyna sprawia, że rozlewa on odrobinę wina na śnieżnobiały obrus, po czym z wybałuszonymi oczami zaczyna gorączkowo przepraszać wprawiając swoje dłonie w jeszcze większe drgania. Oboje z ciemnookim zapewniamy go, że wszystko jest w porządku, niestety na próżno. W końcu wyczytuję z białej blaszki umieszczonej na piersi kelnera jego imię i dopiero zwracając się do niego wprost, cokolwiek dociera do roztargnionego człowieka. Przeprasza już spokojniej, przeciera delikatnie plamę i odchodzi powoli. Spoglądam na Devona, śledzącego jeszcze wzrokiem nieporadnego pracownika, kiedy i jego oczy zwracają się w moim kierunku. To dziwne ale ile razy bym nie patrzyła na jego rysy, gubiła w ciemnych tęczówkach za każdym razem zatracam się w czasie, zapominam o wszechświecie. Chłopak uśmiecha się do mnie łobuzersko przez co zmuszona jestem odwrócić się chowając kolejny rumieniec. Mojej decyzji sprzyja fakt, iż za kurtyną dało się usłyszeć małe poruszenie, kroki i szepty. Korzystając z okazji przekręciłam się opierając podbródek na dłoniach złożonych jedna na drugą na oparciu krzesła. Ciężki materiał rozsunął się ukazując rzędy muzyków z najróżniejszymi instrumentami, uśmiechniętego dyrygenta wyglądającego jakby miał do pleców przyklejony sztywny kołek oraz zjawiskową kobietę w ciemnozielonej sukni, zapewne artystkę karmiącą dziś wszystkich obecnych swoim głosem. Zespół przywitał się, ukłonił, usłyszeliśmy też kilka ciekawostek, po czym miał się zacząć występ.
Gdy skrzypek przejechał powoli smyczkiem po strunach instrumentu rozpoczynając melodię wiedziałam, że to będzie znakomity dodatek do wieczoru. I nie zawiodłam się. Muzyka rozpraszająca się po całym lokalu rozdawała uśmiechy i pomruki zadowolenia. Cały zachowany rytm i kompozycja nadawały wieczorowi jeszcze więcej magii. Nie było to wcale nudne ani jednolite. Spokojne, jednak zmuszające do pracy najbardziej leniwe i najmniej potrzebne elementy słuchu. Na środek, przed sceną coraz to odważniejsi panowie, zapraszali swe partnerki do wolnego tańca. My natomiast, zajęliśmy się jedzeniem przyniesionym przez blond kelnera. Kiedy miał już odejść od naszego stolika, zatrzymałam go chwytając za ramię i… szepnęłam co nieco do ucha. Chwilę się zmyślił, po czym przytaknął i skierował się z uśmiechem popędzany przez napływ nowych obowiązków. Devon popatrzył na mnie zaintrygowany, ja jednak udawałam wielce skupioną na zielonym posiłku, przeżuwając kęsy w rytm nowej melodii.
-Tak, ten wieczór będzie świetny. –głos chłopaka odbija się echem w mojej głowie, wywołując kolejny szeroki uśmiech na twarzy. Nie wątpię w to. Czy w ogóle istnieje inna możliwość?
Wchodzimy do klimatycznie oświetlonej sali z wysokim sufitem, niewyobrażalnie dużą liczbą idealnie udekorowanych stolików i ludzi w najróżniejszym wieku. Pomieszczenie przypomina odrobinę stare amfiteatry – półkolista scena w centrum wnętrza, przyodziana w bordową, aksamitną kutynę, dookoła pełno eleganckich gości, przy ścianach odwzorowane kolumny i bajkowe światełka porozwieszane nad małymi okienkami współgrające z blaskiem świec na stołach. Całość zapierała dech w piersiach. Sympatyczna kobieta z brązową kitką na włosach po zweryfikowaniu numeru rezerwacji zaprowadziła nas na miejsca, gdzie mieliśmy spędzić dzisiejszy wieczór. Usiedliśmy w miękkich krzesłach, które wydawały się być chmurkami zerwanymi prosto z nieba i zaczęliśmy przeglądać wytworną kartę menu, również wydającą się urzeczywistnieniem luksusu. Ogólnie, sprawy miały się tak, że mój żołądek ze mną nie współpracował i z każdą minutą zaciskał się coraz bardziej. Nic na to nie poradzę. Zamówiliśmy oboje lekkie posiłki i butelkę wina i…
-Tu jest tak.. tak nieziemsko i zniewalająco. –rozmarzyłam się. Starałam wyobrazić sobie to miejsce jako ruiny, starą ruderę, którą trzeba dopiero odnowić, by powstało tu coś wartościowego ale nie potrafiłam. Nawet zlepek kamieni w tym miejscu wyglądałby dostojnie. Bardziej niż ja… Z cichym westchnieniem zaczynam ponownie rozglądać się po sali, zapisując w głowie obraz całokształtu. Po chwili podchodzi do nas młody kelner blond czupryny i trzęsącymi się rękoma nalewa bordowy alkohol do dwóch kieliszków. Dziwne zachowanie chłopaka sprawia, że oboje z Devonem zaczynamy się mu uważniej przyglądać, jednak ja osobiście nie dostrzegam nic, co miało by być niepokojące. Zwrócona uwaga na blondyna sprawia, że rozlewa on odrobinę wina na śnieżnobiały obrus, po czym z wybałuszonymi oczami zaczyna gorączkowo przepraszać wprawiając swoje dłonie w jeszcze większe drgania. Oboje z ciemnookim zapewniamy go, że wszystko jest w porządku, niestety na próżno. W końcu wyczytuję z białej blaszki umieszczonej na piersi kelnera jego imię i dopiero zwracając się do niego wprost, cokolwiek dociera do roztargnionego człowieka. Przeprasza już spokojniej, przeciera delikatnie plamę i odchodzi powoli. Spoglądam na Devona, śledzącego jeszcze wzrokiem nieporadnego pracownika, kiedy i jego oczy zwracają się w moim kierunku. To dziwne ale ile razy bym nie patrzyła na jego rysy, gubiła w ciemnych tęczówkach za każdym razem zatracam się w czasie, zapominam o wszechświecie. Chłopak uśmiecha się do mnie łobuzersko przez co zmuszona jestem odwrócić się chowając kolejny rumieniec. Mojej decyzji sprzyja fakt, iż za kurtyną dało się usłyszeć małe poruszenie, kroki i szepty. Korzystając z okazji przekręciłam się opierając podbródek na dłoniach złożonych jedna na drugą na oparciu krzesła. Ciężki materiał rozsunął się ukazując rzędy muzyków z najróżniejszymi instrumentami, uśmiechniętego dyrygenta wyglądającego jakby miał do pleców przyklejony sztywny kołek oraz zjawiskową kobietę w ciemnozielonej sukni, zapewne artystkę karmiącą dziś wszystkich obecnych swoim głosem. Zespół przywitał się, ukłonił, usłyszeliśmy też kilka ciekawostek, po czym miał się zacząć występ.
Gdy skrzypek przejechał powoli smyczkiem po strunach instrumentu rozpoczynając melodię wiedziałam, że to będzie znakomity dodatek do wieczoru. I nie zawiodłam się. Muzyka rozpraszająca się po całym lokalu rozdawała uśmiechy i pomruki zadowolenia. Cały zachowany rytm i kompozycja nadawały wieczorowi jeszcze więcej magii. Nie było to wcale nudne ani jednolite. Spokojne, jednak zmuszające do pracy najbardziej leniwe i najmniej potrzebne elementy słuchu. Na środek, przed sceną coraz to odważniejsi panowie, zapraszali swe partnerki do wolnego tańca. My natomiast, zajęliśmy się jedzeniem przyniesionym przez blond kelnera. Kiedy miał już odejść od naszego stolika, zatrzymałam go chwytając za ramię i… szepnęłam co nieco do ucha. Chwilę się zmyślił, po czym przytaknął i skierował się z uśmiechem popędzany przez napływ nowych obowiązków. Devon popatrzył na mnie zaintrygowany, ja jednak udawałam wielce skupioną na zielonym posiłku, przeżuwając kęsy w rytm nowej melodii.
Kelner idealnie zgrał się z czasem, z jakim zdążyliśmy zjeść
i odsapnąć po posiłku. Podszedł do mnie i postawił przy moich nogach czarne,
zamszowe buty na obcasie z cienkim rzemykiem mającym za zadanie okalać
delikatnie kostkę właścicielki. Zadowolona, ba! Dumna z siebie założyłam obuwie
uśmiechając się pod nosem. Widziałam, jak Devon stara się dyskretnie przyuważyć,
co się dzieje, jednak nie pozwoliłam mu na to wyciągając do niego rękę. Z
początku popatrzył na nią podejrzliwie, ostatecznie lekko przyłożył do niej
swoją. Klamka zapadła. Słysząc ciekawy utwór podniosłam się płynnie z krzesła
razem z chłopakiem, ciągnąc go w stronę parkietu. Odwróciłam się jeszcze tylko
na moment, żeby wyszeptać mu do ucha.
-Jakby było dla Ciebie tego za dużo to mi powiedz. Zejdziemy, dobrze? –ciemnooki kiwnął głową z lekkim uśmiechem i mocniej ścisnął moją dłoń, co i ja również odwzajemniłam.
Kiedy stajemy na parkiecie melodia zmienia się na spokojniejszą i… wolniejszą. Przystajemy na skraju niskiego, wypolerowanego podestu z przeznaczeniem do tańca i wtapiamy się w tło jasnych ścian pomieszczenia. Devon łapie mnie delikatnie w talii, a drugą rękę –tą, w której wciąż zamknięta jest moja- unosi lekko, zginając ją w łokciu.
-Ostrzegam, w kwestii takich tańców jestem prawdziwą ofermą. –mówię rozluźniając atmosferę. Ciemnooki unosi brew i wzdycha cicho, czym doprowadza mnie do kolejnej partii śmiechu.
-Chcesz mi powiedzieć, że wyciągnęłaś mnie tu nie umiejąc tańczyć? –przenikliwy wzrok chłopaka intensywnie wpatruje się we mnie. Cholera. Po raz kolejny czuję się… obezwładniona. On mnie hipnotyzuje lub coś w tym rodzaju, a ja nie mogę, nie potrafię się oprzeć temu, co skrywają jego oczy. Ciemne, jednocześnie posiadające jakąś tajemniczą iskierkę. Poważne ale z figlarnym błyskiem. Odchrząkuję, odrywając od niego spojrzenie i wpatrując się twardo w konkretny punkt nad jego ramieniem.
-Całkiem możliwe. –odpowiadam zaczepnie. Choć w sumie zgodnie z prawdą.
O dziwo, taniec nie był dzikimi plonsami, jakimi go sobie wyobrażałam. Był naprawdę cudowny. W pewnym momencie oparłam głowę o klatkę piersiową Devona i stawiałam kroki w rytm jego serca, zamiast w takt utworu. Nawet ludzie wokół nas jakby zniknęli, ni mieli znaczenia. Jakbyśmy stali się niewidzialni dla reszty świata.
-Jakby było dla Ciebie tego za dużo to mi powiedz. Zejdziemy, dobrze? –ciemnooki kiwnął głową z lekkim uśmiechem i mocniej ścisnął moją dłoń, co i ja również odwzajemniłam.
Kiedy stajemy na parkiecie melodia zmienia się na spokojniejszą i… wolniejszą. Przystajemy na skraju niskiego, wypolerowanego podestu z przeznaczeniem do tańca i wtapiamy się w tło jasnych ścian pomieszczenia. Devon łapie mnie delikatnie w talii, a drugą rękę –tą, w której wciąż zamknięta jest moja- unosi lekko, zginając ją w łokciu.
-Ostrzegam, w kwestii takich tańców jestem prawdziwą ofermą. –mówię rozluźniając atmosferę. Ciemnooki unosi brew i wzdycha cicho, czym doprowadza mnie do kolejnej partii śmiechu.
-Chcesz mi powiedzieć, że wyciągnęłaś mnie tu nie umiejąc tańczyć? –przenikliwy wzrok chłopaka intensywnie wpatruje się we mnie. Cholera. Po raz kolejny czuję się… obezwładniona. On mnie hipnotyzuje lub coś w tym rodzaju, a ja nie mogę, nie potrafię się oprzeć temu, co skrywają jego oczy. Ciemne, jednocześnie posiadające jakąś tajemniczą iskierkę. Poważne ale z figlarnym błyskiem. Odchrząkuję, odrywając od niego spojrzenie i wpatrując się twardo w konkretny punkt nad jego ramieniem.
-Całkiem możliwe. –odpowiadam zaczepnie. Choć w sumie zgodnie z prawdą.
O dziwo, taniec nie był dzikimi plonsami, jakimi go sobie wyobrażałam. Był naprawdę cudowny. W pewnym momencie oparłam głowę o klatkę piersiową Devona i stawiałam kroki w rytm jego serca, zamiast w takt utworu. Nawet ludzie wokół nas jakby zniknęli, ni mieli znaczenia. Jakbyśmy stali się niewidzialni dla reszty świata.
Dev? Pfle.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz