poniedziałek, 19 grudnia 2016

Od Nihili CD Shane'a

Chłopak, zdawał się taki nie pozorny, a jednak obronił się i w wyjątkowo imponujący sposób. Godne podziwu było to, iż mimo tego, że przed nim stał o połowę większy kolos, to nie dał za wygraną. ''Można powiedzieć, że wygrał walkę o terytorium i pokazał się jako dominujący samiec'' ~ jakby to powiedziała moja stara nauczycielka od biologii. Sama jednak, nie chcąc zostać wplątana w cały ten chaos, niespostrzeżenie ominęłam tłum, który otoczył dwóch chłopaków. Zdążyłam tylko kątem oka zobaczyć, jak ''olbrzym'', upadł na kolana przed tym niższym, który wcześniej wziął jakieś tabletki. Był to wyjątkowo pocieszny widok dla serca. Pokazywał to, jak bardzo pewny jest, co było widać na pierwszy rzut oka. Z kolejnej strony przykre jest jak idiotyzm i brak empatii, doprowadza ludzi do takich zachowań i drwin. Nie rozumiem ludzi, którzy potrafią kpić sobie z innych, którzy, przypuśćmy, tak jak ten chłopak, ma problemy z nogą. Jak oni by się poczuli na miejscu osoby nie pełnosprawnej? Myślenie o tym potrafi doprowadza mnie do złości, to też porzuciłam ten tok myślenia. A kolejnym zmartwieniem okazało się, szukanie poszczególnych sal, co było nie małym wyzwaniem. Ganiałam po korytarzach, analizując numery klas, szukając tych, w których miałam aktualnie zajęcia. Poświęcałam na to całe przerwy, ale cudem zawsze odnajdowałam je (lub one mnie z litości) idealnie, kilka sekund przed dzwonkiem. Cały dzień był strasznie stresujący, przez co zdążyłam pochłonąć już z dziesięć tabletek uspakajających. Zaczynałam odczuwać tego skutki, gdy po woli zaczynało mi się kręcić w głowie, ale i moje serce powoli zaczęło spokojniej bić.
Do końca dzisiejszych zajęć zostały dwie godziny z czego byłam wyjątkowo uradowana. Po raz kolejny ruszyłam od razu, w poszukiwaniu sali. Ludzi na korytarzach było naprawdę dużo i sztuką okazało się wymijanie ich.
Jako, że jeszcze tej sztuki opanować mi się nie udało, o mało nie wpadłam na... znowu jego? Zastąpiłam mu drogę, lekko zaskoczona. Przez ten ułamek sekundy, oboje zdążyliśmy zmierzyć się wzrokiem.
Znaczące było to, że wyższy był ode mnie o jakieś dobre dwadzieścia centymetrów. By spojrzeć na niego, musiałam unieść lekko głowę, on za to po prostu patrzył na nie z góry. Był strasznie wysoki. Przyzwyczaiłam się do tego, że inni patrzą na mnie lekko z góry, jednak to była zdecydowanie przesada. Solidna postawa ciała, kontrastowała z moją drobną i delikatną postawą. Włosy, jakby rozczochrane, był to ''chaos kontrolowany'', jak to mawiała moja mama. Jego oczy, były za szkłami ciemnych okularów, przez co nie mogłam ich dostrzec. Może nawet i lepiej? Jeszcze bym się zawstydziła.
Szybko go ominęłam, by nie zastawiać mu drogi. On także ruszył w swoją stronę, choć może trafniejszym słowem było by tu: pokuśtykał. Po tym jak odeszłam, czułam jeszcze na sobie dziwne uczucie, jednak szybko minęło.
Reszta dnia, minęła spokojnie. Jako, że byłam tu nowym nabytkiem, oszczędzono mnie - nie brano do czyśćca (le*tablica), nie zadawano pytań ważących moje życie lub śmierć. Byłam mile zaskoczona, gdy okazało się, że dziewczyna, z którą siedziałam na ostatniej godzinie, okazała się wyjątkowo kontaktowa i sympatyczna. Przyznam się, że całą lekcje z nią przegadałam.
Gdy lekcje skończyły się, myślałam tylko o tym, by odnaleźć mój pokój i walnąć się do łóżka. Ostatnią przeszkodą, okazało się, że totalnie nie pamiętam drogi by odnaleźć mój pokój. Nienawidzę mojej orientacji w pomieszczeniach, budynkach czy w czym tam jeszcze. Wydawało mi się, że po korytarzach krążę już wieczność. Większość ludzi, zdążyła już zniknąć. Na moje szczęście, trafiłam na w ogóle nie znaną mi część budynku. Aktualnie nie miałam szans na trafienie do mego ukochanego pokoju. Zatrzymałam się i westchnęłam zrezygnowana, sama na korytarzu.
Poczułam nagle, silne uderzenie w plecy. Zachwiałam się i gdy od ziemi dzieliły mnie centymetry. Mocne szarpnięcie spowodowało, że zatrzymałam się w locie. Trzymano mnie mocno za przed ramię. Odwróciłam głowę w stronę osoby, która mnie uratowała przed upadkiem. Stałam już pewnie na nogach, gdy znowu się zachwiałam, gdy zobaczyłam tego samego chłopaka. Uśmiechnął się do mnie lekko, gdy ja nadal stałam zmieszana.
 - Przepraszam... - wydukałam po chwili ciszy. Zdjął okulary i po raz kolejny zmierzył mnie swoimi zielonymi oczami. Na początku także wyglądał na zmieszanego, wręcz zaskoczonego, jednak po chwili jego zdziwiony wyraz twarzy przerodził się w lekko... złośliwy uśmiech? Nie wiedziałam jak to odebrać czy też określić. 

Shane? ;-; Wybacz, że takie mdłe, ale zmęczenie wzięło górę, błagam o przebaczenie ;-;

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz