piątek, 23 grudnia 2016

Od Devona do Ivy

Księżyc zerkał na świat z góry, rzucając na ziemię blade światło. Umożliwiał tym samym spokojny marsz, bez obawy potknięcia się czy błądzenia po omacku w ciemnościach wprost z najgłębszych czeluści. Gwiazdy towarzyszące mu, w ilości nie do zliczenia tworzyły obrazek na ciemnym niebie. Gdyby obudzić się tu, tak po prostu, nie jeden pomyślałby że to obraz wybitnie utalentowanego malarza bądź zdjęcie o świetnej jakości. Nic bardziej mylnego.
Siedząc w minus sześciu stopniach, otulony w grubą, zimową kurtkę oraz w wysokich butach wypchanych ocieplających futrem dałem się ponieść fantazji. Myśli krążyły wokół wszystkiego, rzeczy mniej i bardziej ważnych, kompletnych głupot czy brutalnej rzeczywistości. Nic jednak nie dawało mi takiej satysfakcji jak ułożenie się wygodnie na białym puchu, ciągle lecącym z nieba i utkwienie wzroku wysoko w górze. Nie wiem kiedy noc przerodziła się w poranek, ten zaś w dzień, księżyc zasnuły ciemne chmury, a jasne słońce wyglądało już zza linii drzew. Wszystko to jakby pojawiło się nagle, nie mają ku temu żadnych powodów. A przecież była to naturalna kolejność: noc, dzień, księżyc, słońce. Przytłoczył mnie również sam fakt pozostawienia bez żadnej wiadomości śpiącej Ivy. Najgorsza była jednak myśl, bardzo nachalna i nieustępująca o tym, że jeszcze trzy najbliższe dni trzeba iść na zajęcia i męczyć się przed bezsensownymi zadaniami, niezrozumiałymi formułkami oraz wytracać siódme poty na zajęciach z wfu. Chętnie zrobiłbym sobie najzwyklejsze wagary, jednak mój start w tym miejscu pozostawia wiele do życzenia. Zatem trzeba jakoś to wysiedzieć i co chyba najważniejsze: przeżyć.
- Devon? Devon! - krzyki oraz zapytania znanej mi osoby dochodzą do mnie z opóźnieniem, są jednak na tyle czytelne bym rozpoznał w nich strach i nutkę zawodu. Ivy podbiega do mnie, po czym rzuca się na kolana i sprawdza moje funkcje życiowe jak oddech czy trzeźwość myślenia pytaniami o ilości palców na jej dłoni. Naturalnie posiada ich dziesięć, chyba że w niewyjaśnionych okolicznościach kilka z nich straciła i ma ich mniej. Fantazja dzieci, coś czego Devon ma w nadmiarze samemu o tym do końca nie wiedząc. W końcu unoszę się z ziemi by dojrzeć zszokowaną twarz jasnowłosej, rozbiegane spojrzenie i mokre od łez policzki. - Boże, żyjesz! - zostaję uwięziony w bardzo mocnym uścisku, zastygamy tak na chwilę by zaraz dziewczyna pochwyciła moją twarz i złączyła nasze usta w wyjątkowo namiętnym pocałunku. Oderwawszy się ode mnie jeszcze raz przeskanowała moją twarz, jakbym nie był tym samym Devonem co zwykle. A byłem. Tylko trochę mniej wyspanym, bardziej zimnym i wyjątkowo mniej kaszlącym.
- Oszalałaś - skarciłem dziewczynę ujmując jej chude, nie okryte niczym ręce. Jej skóra zaszła cienką warstwą szronu który swoją drogą był cholernie zimny. Pomimo protestów jasnowłosej ubrałem ją w swoją, kilkukrotnie za dużą kurtkę i oddałem rękawiczki. Unieśliśmy się z ziemi i w ciszy ruszyliśmy w stronę pokoi. Przynajmniej ja wiedziałem że idziemy w dobrym kierunku. Ivy przytuliła się do mojego boku, dając mi tym samym szansę na otarcie już zasychających łez.
- To ty oszalałeś - zwróciła się do mnie łamiącym głosem, wpatrując się w głębie moich oczu. W zasadzie.. mogłem przyznać jej rację. Byłem jednak na tyle pochłonięty nią że wcale o tym nie myślałem i wzruszając ramionami skupiłem się na drodze przed nami.
***
Pokój powitał nas ciepłym powietrzem, zupełnym przeciwieństwem tego co znajdowało się za drzwiami wejściowymi. To jednak nadal było za mało, więc zgodnie ruszyliśmy w stronę kuchni, gdzie przyszykowaliśmy cały dzban gorącej czekolady, stos kanapek i kilka słodkości. Postanowiliśmy zjeść w łóżku, pod ciepłą kołdrą, na miękkim materacu. Jak zawsze nie obeszło się bez ubrudzenia wszystkiego dookoła i duszenia się śmiechem Ivy. Dzień zleciał wyjątkowo szybko, właściwie dziewczyna zaciągnęła mnie do roboty i kazała sprzątać, za czas kiedy sama załatwiała choinkę. Naprawdę, nie mam pojęcia po co komu ten chwast, choć w efekcie końcowym nie wyglądał tak źle. Kiedy po siedemnastej udało nam już z wszystkim wyrobić i zasiedliśmy na kanapie w salonie, oglądając efekt pracy to jest kolorowe bombki, jeszcze bardziej kolorowe lampki. raz świecące się a raz nie i rażącą w oczy gwiazdę na samym szczycie zrobiło się wyjątkowo cicho. Wszędzie dookoła panował półmrok, a cień jasnowłosej przytulonej do mnie stworzył na ścianie malowidło któremu teraz bacznie się przyglądałem.
- Lubię cię - dziewczyna ucałowała najpierw moje czoło, potem policzek, czubek nosa aż w końcu dotarła do samych ust. Następnie usiadła okrakiem na moich nogach, nadal nie przerywając namiętnego pocałunku, a dłonie swoje umieszczając na moich barkach. W obawie, że zechce czegoś więcej przerwałem pieszczoty, a swój wzrok skierowałem do pustej ściany z boku. Te działania jednak nie zniechęciły Ivy, wręcz przeciwnie - kierowała swoją głowę tam, gdzie aktualnie patrzyłem, za każdym razem jeśli odwróciłem ją czy chociażby zmieniłem obiekt swojego zainteresowania. - A ty mnie lubisz? - bawiła się przez chwilę moimi dłońmi, potem układając je na swojej talii. Nie wiedziałem co myśleć, co robić, wdychałem więc zapach drzewka roznoszący się po całym salonie i wpatrywałem się w błękit jej oczu.

Ivy? Poczuj magię świąt! :D Swoją drogą nie mam pojęcia co wstąpiło w tą Ivy ( ͡° ͜ʖ ͡°)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz