Kolejny emocjonujący dzień, pełen nowych doznań i mądrości, przesiąknięty
szczęściem i inspiracją. Po prostu nic, tylko śmiać się i bawić.
Ha. Żart. Gówno prawda.
Wytrącona z równowagi usiadłam na swoim miejscu w pustej dzisiaj ławce rzucając nauczycielowi jadowite spojrzenie, na co on zareagował cichym westchnięciem i wpisaniem srebrzystym piórem równiutkiej jedyneczki obok mojego nazwiska w dzienniku. Stary zgred. A mogłam zostać w domu, zakopana w cieplutkiej kołderce z kubkiem kakao obok łóżka i cichą muzyką wydobywającą się z radia. Ale nie, oczywiście musiałam zacząć stwarzać przynajmniej pozory nienagannej, pilnej uczennicy, nie wagarującej, nie pyskującej, uczącej się w szkole z pasją i poświęceniem. Cóż, na ten moment efekty są odwrócone od zamierzonych.
Przez połowę lekcji milczałam gapiąc się apatycznie przez okno, jednak czułam, że niedługo eksploduję psychicznie. Zgłosiłam się czekając cierpliwie na łaskawe zauważenie przez nauczyciela, który usilnie omijał mnie wzrokiem myśląc chyba, że tego nie widzę. Czekałam, czekałam i czekałam. I tyle z tego czekania miałam. Wzburzona spakowałam książki do torby i po prostu wyszłam z klasy lekceważąc zdumione spojrzenia kolegów i zatroskany wzrok profesorka. Chrzanić ich wszystkich.
Wracając do akademika zdałam sobie sprawę, że zapomniałam wziąć z szafki ciepłego okrycia, które przy obecnej pogodzie i temperaturze było naprawdę niezbędne. Weszłam ponownie do budynku szkoły pozwalając, by suche powietrze dopadło moje drogi oddechowe i osiadło na płucach, utrudniając jakąkolwiek wymianę tlenu. Zabrałam szybko swoje rzeczy i jeszcze przed dźwiękiem na przerwę ponownie opuściłam klatkę edukacyjną. Stanęłam na brukowej kostce podjazdu i przeczesałam włosy dłonią wzdychając ciężko. Co za dzień. Obudziłam się z pozytywnym, piątkowym nastrojem ciesząc się z najmniejszych nawet rzeczy ale ostatecznie coś się zepsuło i każda kolejna czynność wykonywana przez moją osobę runęła w niepowodzeniu niczym efekt domina. Całokształt dzisiejszych kilku godzin jest mało pocieszający, a świadomość pierwszej w życiu kolacji z płcią przeciwną, tak zwane sam na sam nie dodawało mi ani trochę więcej odwagi czy też śmiałości. Wręcz przeciwnie. Przerażało mnie.
Z ulgą zamknęłam drzwi od własnego pokoju opierając się o nie plecami. Znowu zwiałam z lekcji. Nigdy nie wierzyłam, że wagary ciągną za sobą następne i trzeba być idiotą, żeby dać się wplątać w ten syf, a teraz jakby już w pełni w tym siedzę. Nie żebym żałowała, po prostu zastanawia mnie jak to się stało, że z taką łatwością mi wychodzi opuszczanie tych mniej interesujących godzin.
Zaparzyłam herbatę, dodając do niej ilość cukru, która zmieniła jej postać z herbaty z cukrem na cukier z herbatą ale nawet to nie poprawiło mi humoru. Znudzona, zniesmaczona i zdemotywowana grą zwaną życiem położyłam się na kanapie puszczając w telewizorze żałosny serial, bardziej zwracając uwagę na kolorowe, migoczące obrazki niż na sam dźwięk czy jakąkolwiek treść. W końcu, gdy poziom cukru we krwi spadł dostatecznie, pozwalając mi się nieco uspokoić korzystam z szansy i oddaję się błogiemu snu.
Ha. Żart. Gówno prawda.
Wytrącona z równowagi usiadłam na swoim miejscu w pustej dzisiaj ławce rzucając nauczycielowi jadowite spojrzenie, na co on zareagował cichym westchnięciem i wpisaniem srebrzystym piórem równiutkiej jedyneczki obok mojego nazwiska w dzienniku. Stary zgred. A mogłam zostać w domu, zakopana w cieplutkiej kołderce z kubkiem kakao obok łóżka i cichą muzyką wydobywającą się z radia. Ale nie, oczywiście musiałam zacząć stwarzać przynajmniej pozory nienagannej, pilnej uczennicy, nie wagarującej, nie pyskującej, uczącej się w szkole z pasją i poświęceniem. Cóż, na ten moment efekty są odwrócone od zamierzonych.
Przez połowę lekcji milczałam gapiąc się apatycznie przez okno, jednak czułam, że niedługo eksploduję psychicznie. Zgłosiłam się czekając cierpliwie na łaskawe zauważenie przez nauczyciela, który usilnie omijał mnie wzrokiem myśląc chyba, że tego nie widzę. Czekałam, czekałam i czekałam. I tyle z tego czekania miałam. Wzburzona spakowałam książki do torby i po prostu wyszłam z klasy lekceważąc zdumione spojrzenia kolegów i zatroskany wzrok profesorka. Chrzanić ich wszystkich.
Wracając do akademika zdałam sobie sprawę, że zapomniałam wziąć z szafki ciepłego okrycia, które przy obecnej pogodzie i temperaturze było naprawdę niezbędne. Weszłam ponownie do budynku szkoły pozwalając, by suche powietrze dopadło moje drogi oddechowe i osiadło na płucach, utrudniając jakąkolwiek wymianę tlenu. Zabrałam szybko swoje rzeczy i jeszcze przed dźwiękiem na przerwę ponownie opuściłam klatkę edukacyjną. Stanęłam na brukowej kostce podjazdu i przeczesałam włosy dłonią wzdychając ciężko. Co za dzień. Obudziłam się z pozytywnym, piątkowym nastrojem ciesząc się z najmniejszych nawet rzeczy ale ostatecznie coś się zepsuło i każda kolejna czynność wykonywana przez moją osobę runęła w niepowodzeniu niczym efekt domina. Całokształt dzisiejszych kilku godzin jest mało pocieszający, a świadomość pierwszej w życiu kolacji z płcią przeciwną, tak zwane sam na sam nie dodawało mi ani trochę więcej odwagi czy też śmiałości. Wręcz przeciwnie. Przerażało mnie.
Z ulgą zamknęłam drzwi od własnego pokoju opierając się o nie plecami. Znowu zwiałam z lekcji. Nigdy nie wierzyłam, że wagary ciągną za sobą następne i trzeba być idiotą, żeby dać się wplątać w ten syf, a teraz jakby już w pełni w tym siedzę. Nie żebym żałowała, po prostu zastanawia mnie jak to się stało, że z taką łatwością mi wychodzi opuszczanie tych mniej interesujących godzin.
Zaparzyłam herbatę, dodając do niej ilość cukru, która zmieniła jej postać z herbaty z cukrem na cukier z herbatą ale nawet to nie poprawiło mi humoru. Znudzona, zniesmaczona i zdemotywowana grą zwaną życiem położyłam się na kanapie puszczając w telewizorze żałosny serial, bardziej zwracając uwagę na kolorowe, migoczące obrazki niż na sam dźwięk czy jakąkolwiek treść. W końcu, gdy poziom cukru we krwi spadł dostatecznie, pozwalając mi się nieco uspokoić korzystam z szansy i oddaję się błogiemu snu.
Chrapliwy głos komentatora sportowego opisującego obecnie
trwający zacięty mecz w telewizorze zbudził mnie zbyt gwałtownie. Ale na
szczęście w ogóle obudził. Zerwałam się spod koca jak poparzona i wparowałam do
łazienki, by po dwudziestu minutach wyjść z niej z mokrymi włosami i nowym
makijażem. Czułam czas przeciekający mi między palcami, każdą mijającą sekundę.
Z szafy wyciągałam coraz to nowsze ubrania dziewczęce, eleganckie, sportowe. Nie miałam pojęcia czego się spodziewać. Ostatecznie zdecydowałam się na białą sukienkę do kolan przykrytych ciemnymi rajstopami, na
stopy założyłam coś w stylu traperów za kostkę, tak dla przełamania banalnych
schematów i uwydatnienia kontrastów, ubrałam kurtkę i.. nie wiedziałam co
dalej. Usiadłam na skraju kanapy i tępo wpatrywałam się we własne odpicie w
czarnym ekranie odbiornika naprzeciw mnie, bawiąc nerwowo wilgotnymi palcami.
Wiedziałam, że najwyższa pora wychodzić, jednak coś usilnie mnie
powstrzymywało, jakbym się zakotwiczyła we własnych czterech ścianach i nie
mogła uwolnić. Czy to strach? Nie, nie u mnie. A może jednak?
Po dokładnie siedmiu uporczywych minutach zaciętej rozkminy wstaję dynamicznie wychodząc z mieszkania na jednym tchu. Znowu spóźniona. Z własnej głupoty i nierozgarnięcia. Kiedy wychodzę na chłodne powietrze od razu robi mi się lepiej, umysł jakby odrobinę trzeźwieje. Stawiam pierwszy krok, który utwierdza mnie w przekonaniu, że ten dzień jeszcze może się różnie zakończyć, na przykład tak, jak zaczął, ponieważ stawiam go w chyba największej kałuży pośniegowej ciapy, jaka istniała na terenie akademii. Ponownie wzburzona ruszam w kierunku dziedzińca, gdzie czekał na mnie Devon. Nie wyglądał na zestresowanego, przynajmniej nie tak jak ja ale nie umknęło mojej uwadze, że przestępował wciąż z nogi na nogę, co wyglądało jakby go coś parzyło w podeszwy butów. Podbiegłam do niego i rzuciłam się na szyję, sprawdzając najpierw czy się tego spodziewa. Najpiękniejsze w zasadach jest ich łamanie, czyż nie? Miałam cichą nadzieję, że w ramionach ciemnookiego pech mnie opuści, przynajmniej na ten wieczór, że jego ciepło rozpuści to zażenowanie tlące się w mojej podświadomości. Podniosłam podbródek napotykając spojrzenie chłopaka, w którym chowała się mieszanka niedowierzania, rozbawienia i czegoś jeszcze, czego nie byłam w stanie określić. Widząc ironiczny wyraz twarzy i otwierające się usta, przycisnęłam się mocniej do jego torsu, zamykając mocno oczy i na jednym tchu wydusiłam z siebie.
-Przepraszam, błagam nie pytaj, to nie jest mój najlepszy dzień, chodźmy już. –kiedy uchyliłam jedno oko, Devon już mnie obejmował i ciągnął delikatnie przed siebie z małym uśmieszkiem na ustach. –Ej, to naprawdę nie jest śmieszne. –moje negowanie sprawiło, że chłopak uśmiechnął się szerzej, na co i ja w końcu zareagowałam tym samym.
Tak jest, właśnie o to chodziło. Tylko on może sprawić, że zapomnę o tych wszystkich wpadkach, które mają choćby najmniejszą szansę się zdarzyć.
Nie myśląc już więcej o tym, pochwyciłam chłodną dłoń ciemnookiego i ruszyłam z nim na wspólny wieczór.
Devon? Ja nie.. poddaję się ;-;
Po dokładnie siedmiu uporczywych minutach zaciętej rozkminy wstaję dynamicznie wychodząc z mieszkania na jednym tchu. Znowu spóźniona. Z własnej głupoty i nierozgarnięcia. Kiedy wychodzę na chłodne powietrze od razu robi mi się lepiej, umysł jakby odrobinę trzeźwieje. Stawiam pierwszy krok, który utwierdza mnie w przekonaniu, że ten dzień jeszcze może się różnie zakończyć, na przykład tak, jak zaczął, ponieważ stawiam go w chyba największej kałuży pośniegowej ciapy, jaka istniała na terenie akademii. Ponownie wzburzona ruszam w kierunku dziedzińca, gdzie czekał na mnie Devon. Nie wyglądał na zestresowanego, przynajmniej nie tak jak ja ale nie umknęło mojej uwadze, że przestępował wciąż z nogi na nogę, co wyglądało jakby go coś parzyło w podeszwy butów. Podbiegłam do niego i rzuciłam się na szyję, sprawdzając najpierw czy się tego spodziewa. Najpiękniejsze w zasadach jest ich łamanie, czyż nie? Miałam cichą nadzieję, że w ramionach ciemnookiego pech mnie opuści, przynajmniej na ten wieczór, że jego ciepło rozpuści to zażenowanie tlące się w mojej podświadomości. Podniosłam podbródek napotykając spojrzenie chłopaka, w którym chowała się mieszanka niedowierzania, rozbawienia i czegoś jeszcze, czego nie byłam w stanie określić. Widząc ironiczny wyraz twarzy i otwierające się usta, przycisnęłam się mocniej do jego torsu, zamykając mocno oczy i na jednym tchu wydusiłam z siebie.
-Przepraszam, błagam nie pytaj, to nie jest mój najlepszy dzień, chodźmy już. –kiedy uchyliłam jedno oko, Devon już mnie obejmował i ciągnął delikatnie przed siebie z małym uśmieszkiem na ustach. –Ej, to naprawdę nie jest śmieszne. –moje negowanie sprawiło, że chłopak uśmiechnął się szerzej, na co i ja w końcu zareagowałam tym samym.
Tak jest, właśnie o to chodziło. Tylko on może sprawić, że zapomnę o tych wszystkich wpadkach, które mają choćby najmniejszą szansę się zdarzyć.
Nie myśląc już więcej o tym, pochwyciłam chłodną dłoń ciemnookiego i ruszyłam z nim na wspólny wieczór.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz