-Jesteś kretynem, wiesz? –wydusiłam łamiącym głosem w tors
chłopaka mocniej zaciskając ramiona wokół niego. Dzisiejszy wieczór jedynie
utwierdził mnie w fakcie, iż w tym momencie nie ma nawet co zaczynać nudnej
gadki o powrocie do szpitala i przynajmniej odebraniu wyników badań.
Niechętnie, bo niechętnie ale nie zaczynam nawet tego tematu, gdyż moja
wyobraźnia produkuje właśnie niewyraźny obraz spotkania dwóch równie upartych
ludzi z różnymi poglądami i pomysłami. No
po prostu nie.
Kierujemy się na parking dla taksówek znajdujący się tuż przy szpitalu, gdzie samochody wraz z kierowcami cierpliwie oczekują wypisanych pacjentów, bądź takich jak my, którzy najzwyczajniej w świecie dają nogę. Devon otwiera mi tylnie drzwi i chce przejść na drugą stronę pojazdu, co utrudnia mu moja ręka, kurczowo zaciśnięta wokół jego, kiedy to przesuwam się na miejsce obok, ciągnąc go za sobą. Przez następną chwilę tłumaczymy starszemu mężczyźnie siedzącemu za kółkiem jak dojechać do Paresscot najkrótszą trasą lub przynajmniej tam dojechać, bo kierowca nie za bardzo orientuje się o położeniu akademii. W końcu taksówka ożywa wypluwając małą chmurę dymu przez rurę wydechową, powoli włączając się do ruchu zapełnionych mimo późnej pory ulic oświetlonych wysokimi latarniami. Jedziemy w ciszy, słysząc jedynie głuche dźwięki wydawane przez radio. Przyglądam się naszym złączonym dłoniom, leżącym obecnie na moim udzie, lekko balansującym pod wpływem symbolicznych drgań pojazdu. Chłód jego ręki wpływa na moją, powodując przyjemną gęsią skórkę biegnącą od nadgarstka, przez łokieć, sięgającą aż po ramię. Spoglądam na odbicie towarzysza, który oparty czołem o szybę wygląda przez nią w skupieniu, zostawiając na niej małe plamki zaparowanego oddechu, pokasłując co jakiś czas. Jest wyraźnie bledszy, oczy mimo, że wciąż zniewalająco magnetyzujące to jakby przykryły się leśną mgłą, a policzki straciły delikatny, naturalny kolor czerwieni dodający całej twarzy energii. Ścisnęłam mocniej jego dłoń z obawy, że gdy ją puszczę, bądź przez przypadek wyślizgnie mi się, on ‘odpłynie’ zostawiając mnie tu samą. Mój gest spotkał się z pytającym wzrokiem chłopaka, na który odpowiedziałam wzruszeniem ramion i niepewnym uśmiechem. Na poczekaniu, przypomina mi sytuacja odrobinę odwrotna do obecnej, gdzie to ja byłam na miejscu Deviego, a on na moim.
-Hej, teraz to ja będę twoją niańką. –rzucam ironicznie, aczkolwiek z zadowoleniem i niemałą satysfakcją. Ciemnooki markotnieje, wzdycha ciężko, wypuszczając powietrze przez usta, wprawiając wargi w przepełniony goryczą gest, ogólnie przypominający rżenie konia. Wygląda to tak prawdziwie i jednocześnie nędznie, że nie ma innej opcji, parskam gromkim śmiechem, nie mogąc się uspokoić przez dłuższy moment. Gdy taksówka zatrzymuje się przed bramą wejściową akademii udaje mi się opanować na tyle, by jeszcze z szerokim uśmiechem dać chłopakowi kuksańca w żebra. –I tak wiem, że się cieszysz. –Devon otwiera usta, żeby odpowiedzieć coś równie zaczepnego, co jednak ja uniemożliwiam mu władowaniem się na jego kolana i wyjściem z samochodu jako pierwsza. Następnie i on wypakowuje się z pojazdu nie puszczając ani na chwilę mojej dłoni. Otula nas rześkie, zimowe powietrze zmuszając ciało do gestu obrony w postaci ciarek. Nie jest to uciążliwe, przynajmniej nie dla mnie. Rozbudza mój umysł i pomaga szybciej ogarnąć teraźniejszość.
Płacimy, żegnamy się z kierowcą i kierujemy się do akademika słuchając odgłosów miasta nocą, równych kroków naszych butów i… zduszonego kaszlu ciemnookiego. Nie jest to już taki atak jak w restauracji, jednak nie umknęło mojej uwadze, że brzmi to dość uciążliwie. Posyłam chłopakowi współczujące spojrzenie mające na celu podnieść go na duchu, ostatecznie zapewne dające tyle, co nic, i ciągnę szybciej w stronę pokoju. Jego pokoju, rzecz jasna. Chce tego, czy nie, nie obchodzi mnie to. Zamierzam mu się wprosić, choćby i na chama i dopilnować, żeby przebrnął przez ten weekend.
Kierujemy się na parking dla taksówek znajdujący się tuż przy szpitalu, gdzie samochody wraz z kierowcami cierpliwie oczekują wypisanych pacjentów, bądź takich jak my, którzy najzwyczajniej w świecie dają nogę. Devon otwiera mi tylnie drzwi i chce przejść na drugą stronę pojazdu, co utrudnia mu moja ręka, kurczowo zaciśnięta wokół jego, kiedy to przesuwam się na miejsce obok, ciągnąc go za sobą. Przez następną chwilę tłumaczymy starszemu mężczyźnie siedzącemu za kółkiem jak dojechać do Paresscot najkrótszą trasą lub przynajmniej tam dojechać, bo kierowca nie za bardzo orientuje się o położeniu akademii. W końcu taksówka ożywa wypluwając małą chmurę dymu przez rurę wydechową, powoli włączając się do ruchu zapełnionych mimo późnej pory ulic oświetlonych wysokimi latarniami. Jedziemy w ciszy, słysząc jedynie głuche dźwięki wydawane przez radio. Przyglądam się naszym złączonym dłoniom, leżącym obecnie na moim udzie, lekko balansującym pod wpływem symbolicznych drgań pojazdu. Chłód jego ręki wpływa na moją, powodując przyjemną gęsią skórkę biegnącą od nadgarstka, przez łokieć, sięgającą aż po ramię. Spoglądam na odbicie towarzysza, który oparty czołem o szybę wygląda przez nią w skupieniu, zostawiając na niej małe plamki zaparowanego oddechu, pokasłując co jakiś czas. Jest wyraźnie bledszy, oczy mimo, że wciąż zniewalająco magnetyzujące to jakby przykryły się leśną mgłą, a policzki straciły delikatny, naturalny kolor czerwieni dodający całej twarzy energii. Ścisnęłam mocniej jego dłoń z obawy, że gdy ją puszczę, bądź przez przypadek wyślizgnie mi się, on ‘odpłynie’ zostawiając mnie tu samą. Mój gest spotkał się z pytającym wzrokiem chłopaka, na który odpowiedziałam wzruszeniem ramion i niepewnym uśmiechem. Na poczekaniu, przypomina mi sytuacja odrobinę odwrotna do obecnej, gdzie to ja byłam na miejscu Deviego, a on na moim.
-Hej, teraz to ja będę twoją niańką. –rzucam ironicznie, aczkolwiek z zadowoleniem i niemałą satysfakcją. Ciemnooki markotnieje, wzdycha ciężko, wypuszczając powietrze przez usta, wprawiając wargi w przepełniony goryczą gest, ogólnie przypominający rżenie konia. Wygląda to tak prawdziwie i jednocześnie nędznie, że nie ma innej opcji, parskam gromkim śmiechem, nie mogąc się uspokoić przez dłuższy moment. Gdy taksówka zatrzymuje się przed bramą wejściową akademii udaje mi się opanować na tyle, by jeszcze z szerokim uśmiechem dać chłopakowi kuksańca w żebra. –I tak wiem, że się cieszysz. –Devon otwiera usta, żeby odpowiedzieć coś równie zaczepnego, co jednak ja uniemożliwiam mu władowaniem się na jego kolana i wyjściem z samochodu jako pierwsza. Następnie i on wypakowuje się z pojazdu nie puszczając ani na chwilę mojej dłoni. Otula nas rześkie, zimowe powietrze zmuszając ciało do gestu obrony w postaci ciarek. Nie jest to uciążliwe, przynajmniej nie dla mnie. Rozbudza mój umysł i pomaga szybciej ogarnąć teraźniejszość.
Płacimy, żegnamy się z kierowcą i kierujemy się do akademika słuchając odgłosów miasta nocą, równych kroków naszych butów i… zduszonego kaszlu ciemnookiego. Nie jest to już taki atak jak w restauracji, jednak nie umknęło mojej uwadze, że brzmi to dość uciążliwie. Posyłam chłopakowi współczujące spojrzenie mające na celu podnieść go na duchu, ostatecznie zapewne dające tyle, co nic, i ciągnę szybciej w stronę pokoju. Jego pokoju, rzecz jasna. Chce tego, czy nie, nie obchodzi mnie to. Zamierzam mu się wprosić, choćby i na chama i dopilnować, żeby przebrnął przez ten weekend.
Dev? Chciałabym umieć 'psuć' piękne chwile tak jak ty to robisz. Nauczysz mnie, prawda?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz