Każdy zna ten moment. Chwila nieuwagi, która rujnuje nam całe życie. W ułamku sekundy przed oczami mamy wszystkie złe jak i dobre wspomnienia, każdego poznanego człowieka, miejsca które dane nam było odwiedzić. Wszystko to tylko po to, by uświadomić nam, że tak naprawdę umieramy. Każdego bez wyjątku czeka ta okropna chwila. Prędzej czy później - ona i tak nadejdzie, uderzając w nas swoją potęgą, by powalić nasze zimne ciała wprost do grobu.
Ziemia ukryta pod gęstą mgłą, porównywalną do kaszy manny okrywała tego dnia okolicę. Wczesny ranek witał niemiłym chłodem, pomimo ciężkich gramów niewygodnego okrycia. Śpiące drzewa nachylały się nad ziemią, jakby zaraz miały oprzeć się o nią swymi oskrobanymi z liśćmi gałęziami. I tylko jeden ptak śpiewał, nadając całości miłego, jesiennego klimatu. Jedno stworzenie, jedna dusza, a daje tyle radości. Przystaję by przysłuchać się dokładniej jego śpiewu. Melodia która wylatuje z jego ust pozostawia na uszach jakby miód oraz smaczek na coś więcej. Stworzenie ucieka jednak, spłoszone zimnym, porywistym wiatrem oraz zwiększającym się odgłosem stóp stawianych na żwirowanym podjeździe. Nie są to bynajmniej moje kroki, gdyż ja cały czas stoję w tym samym miejscu usilnie próbując odszukać rysy jakiegokolwiek budynku w tej białej nicości. Cały wysiłek na nic. Ruszam się przed siebie i niosąc ze sobą cichą nadzieję, iż dotrę do czegoś, co nie okaże się ogrodzeniem. Ból, pomimo iż towarzyszy mi każdego dnia nadal nie stał się moją codziennością. Ciężko się do niego przyzwyczaić, a szeleszczące w mojej kieszeni tabletki tak naprawdę zdają się na niewiele. Kroki ustają, a ja nadal błądzę. Kiedy mym oczom ukazuje się wysoki budynek, sięgający wysoko ponad tą poranną mgłę kolejny raz zatrzymuję się. Dokładnie studiuję każdy jego element, jednocześnie zdając sobie sprawę z jego ogromu. Kiedy przychodzi czas na wejście do środka przez trzy razy ode mnie większe wrota waham się. Pukać, spróbować sforsować giganta czy też pociągnąć za niewinnie wyglądającą klamkę jak największy luzak? Wypróbowawszy każdej z opcji stwierdzam, że jest za wcześnie na szkołę. Zegarek zawieszony na lewej ręce mówi, że jest za pięć piąta, zaś telefon - piąta zero zero. Tak czy inaczej na pewno jest jeszcze zamknięte. Zatem pozostaje tylko czekać. Czekanie jest najgorsze. Wyniszcza ludzką psychikę, zabija ją, póki całkiem nie zniknie. Dobrze że mam silną psychikę. Tak mi się przynajmniej wydaje. Dalsze przemyślenia nad tym tematem przerywa mi odchrząknięcie, dość głośne zapewne jakiegoś faceta. Podnoszę wzrok, by spotkać się z natarczywym spojrzeniem brodatego gościa. Pewnie jeden z nauczycieli, może nawet i dyrektor. Również odchrząkuję, a gdy ten wyciąga dłoń w moją stronę uściskam ją i słucham jego zachrypniętego głosu.
- Emeret Lancowski, zdaje się że ty jesteś Shane, prawda? - zostaję zlustowany wzrokiem od góry do dołu, przy czym spojrzenie jego zatrzymuje się na mojej niepełnosprawności. Czuję przeszywający ból, jednak zdaję sobie sprawę, że to nie robota stojącego mnie naprzeciw faceta lecz koniec działania leków. Cholera, one jednak coś dają.
- Zdaje się że tak - odpowiadam obojętnym tonem i poruszam przy tym lekko nogą na znak, że wszystko w porządku. Nie. Nie jest w porządku. Jak najbardziej nie jest w porządku. Potrzebuję tabletek.
- Chodź, wejdziemy do środka - zaprasza gestem ręki, na co ja odsuwam się na bok by dać mu dostęp do drzwi. Okazuje się, że facet posiada cały zestaw kluczy, okazały pęk, w którym jeden, tylko jeden odróżnia się od pozostałych. Ten znacznie większy i starszy, lekko podniszczony i zardzewiały pasuje akurat do wrót przed którymi stoimy. Kolejną niespodzianką okazują się mniejsze drzwi wycięte w tym całym gigancie. No tak, pomysłowe. Kuleję za Lancowskim na pierwsze piętro, ledwo dochodząc do pokoju nauczycielskiego bez pomocy tabletek. Tam, stanąwszy w miejscu wysypuję ich garść na dłoń, po czym zamaszystym ruchem wsypuję wszystkie do swoich ust. Z boku plecaka zarzuconego na prawe ramię wyciągam butelkę wody, którą przepijam tabletki. Facet nie widzi tego gdyż stoi tyłem, co dla mnie jest jednym powodem do tłumaczenia się mniej. Nie. Wróć. Ja nikomu z niczego nie muszę się tłumaczyć. Tak lepiej. - Tutaj mam wszystkie twoje papiery.. Plan lekcji, rozkład sal i kilka dokumentów do podpisania. - raczę go ciszą, wykonuję podpisy w wyznaczonych miejscach po czym opuszczam pokój. Wzrok swój skupiam na ścianie naprzeciw przez co nie zauważam kroczącego na wprost mnie chłopaka. Ten zaś równie ślepy wpada na mnie z impetem. Cudem utrzymuję się na nogach (a raczej nodze), wymachując przy tym rękoma dla zachowania równowagi. Złapawszy już tą obrzucam groźnym spojrzeniem tego durnia, który jak gdyby nigdy nic wlepia we mnie swoje tępe spojrzenie.
Alan? No, to zaczęłam ;x Nie bij za to, pliz...
Ziemia ukryta pod gęstą mgłą, porównywalną do kaszy manny okrywała tego dnia okolicę. Wczesny ranek witał niemiłym chłodem, pomimo ciężkich gramów niewygodnego okrycia. Śpiące drzewa nachylały się nad ziemią, jakby zaraz miały oprzeć się o nią swymi oskrobanymi z liśćmi gałęziami. I tylko jeden ptak śpiewał, nadając całości miłego, jesiennego klimatu. Jedno stworzenie, jedna dusza, a daje tyle radości. Przystaję by przysłuchać się dokładniej jego śpiewu. Melodia która wylatuje z jego ust pozostawia na uszach jakby miód oraz smaczek na coś więcej. Stworzenie ucieka jednak, spłoszone zimnym, porywistym wiatrem oraz zwiększającym się odgłosem stóp stawianych na żwirowanym podjeździe. Nie są to bynajmniej moje kroki, gdyż ja cały czas stoję w tym samym miejscu usilnie próbując odszukać rysy jakiegokolwiek budynku w tej białej nicości. Cały wysiłek na nic. Ruszam się przed siebie i niosąc ze sobą cichą nadzieję, iż dotrę do czegoś, co nie okaże się ogrodzeniem. Ból, pomimo iż towarzyszy mi każdego dnia nadal nie stał się moją codziennością. Ciężko się do niego przyzwyczaić, a szeleszczące w mojej kieszeni tabletki tak naprawdę zdają się na niewiele. Kroki ustają, a ja nadal błądzę. Kiedy mym oczom ukazuje się wysoki budynek, sięgający wysoko ponad tą poranną mgłę kolejny raz zatrzymuję się. Dokładnie studiuję każdy jego element, jednocześnie zdając sobie sprawę z jego ogromu. Kiedy przychodzi czas na wejście do środka przez trzy razy ode mnie większe wrota waham się. Pukać, spróbować sforsować giganta czy też pociągnąć za niewinnie wyglądającą klamkę jak największy luzak? Wypróbowawszy każdej z opcji stwierdzam, że jest za wcześnie na szkołę. Zegarek zawieszony na lewej ręce mówi, że jest za pięć piąta, zaś telefon - piąta zero zero. Tak czy inaczej na pewno jest jeszcze zamknięte. Zatem pozostaje tylko czekać. Czekanie jest najgorsze. Wyniszcza ludzką psychikę, zabija ją, póki całkiem nie zniknie. Dobrze że mam silną psychikę. Tak mi się przynajmniej wydaje. Dalsze przemyślenia nad tym tematem przerywa mi odchrząknięcie, dość głośne zapewne jakiegoś faceta. Podnoszę wzrok, by spotkać się z natarczywym spojrzeniem brodatego gościa. Pewnie jeden z nauczycieli, może nawet i dyrektor. Również odchrząkuję, a gdy ten wyciąga dłoń w moją stronę uściskam ją i słucham jego zachrypniętego głosu.
- Emeret Lancowski, zdaje się że ty jesteś Shane, prawda? - zostaję zlustowany wzrokiem od góry do dołu, przy czym spojrzenie jego zatrzymuje się na mojej niepełnosprawności. Czuję przeszywający ból, jednak zdaję sobie sprawę, że to nie robota stojącego mnie naprzeciw faceta lecz koniec działania leków. Cholera, one jednak coś dają.
- Zdaje się że tak - odpowiadam obojętnym tonem i poruszam przy tym lekko nogą na znak, że wszystko w porządku. Nie. Nie jest w porządku. Jak najbardziej nie jest w porządku. Potrzebuję tabletek.
- Chodź, wejdziemy do środka - zaprasza gestem ręki, na co ja odsuwam się na bok by dać mu dostęp do drzwi. Okazuje się, że facet posiada cały zestaw kluczy, okazały pęk, w którym jeden, tylko jeden odróżnia się od pozostałych. Ten znacznie większy i starszy, lekko podniszczony i zardzewiały pasuje akurat do wrót przed którymi stoimy. Kolejną niespodzianką okazują się mniejsze drzwi wycięte w tym całym gigancie. No tak, pomysłowe. Kuleję za Lancowskim na pierwsze piętro, ledwo dochodząc do pokoju nauczycielskiego bez pomocy tabletek. Tam, stanąwszy w miejscu wysypuję ich garść na dłoń, po czym zamaszystym ruchem wsypuję wszystkie do swoich ust. Z boku plecaka zarzuconego na prawe ramię wyciągam butelkę wody, którą przepijam tabletki. Facet nie widzi tego gdyż stoi tyłem, co dla mnie jest jednym powodem do tłumaczenia się mniej. Nie. Wróć. Ja nikomu z niczego nie muszę się tłumaczyć. Tak lepiej. - Tutaj mam wszystkie twoje papiery.. Plan lekcji, rozkład sal i kilka dokumentów do podpisania. - raczę go ciszą, wykonuję podpisy w wyznaczonych miejscach po czym opuszczam pokój. Wzrok swój skupiam na ścianie naprzeciw przez co nie zauważam kroczącego na wprost mnie chłopaka. Ten zaś równie ślepy wpada na mnie z impetem. Cudem utrzymuję się na nogach (a raczej nodze), wymachując przy tym rękoma dla zachowania równowagi. Złapawszy już tą obrzucam groźnym spojrzeniem tego durnia, który jak gdyby nigdy nic wlepia we mnie swoje tępe spojrzenie.
Alan? No, to zaczęłam ;x Nie bij za to, pliz...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz