Chłopak ciągnął swój monolog w nieskończoność. Marzyłam tylko o tym, by puścił mój obolały nadgarstek. Czułam się jak na wykładzie na temat mojego życia, co ani trochę mi się nie podobało. Było mi zimno, a oczy bolały mnie już od płaczu. Ciepłe łzy spływały po zimnych policzkach, straszliwie piekąc. Cały obraz świata był aktualnie rozmazany, wraz z chłopakiem, który do mnie mówił i patrzył na mnie z góry. Z całych swoich sił, próbowałam ostać się na nogach by nie upaść na kolana. W rezultacie wisiała bym jak szmaciana lalka, czego bardzo w tej chwili nie chciałam. Czułam jak nogi zaczynają mi trząść, i nie bardzo wiedziałam czy to ze zmęczenia czy to z zimna, które już zaczynało przedostawać się przez mój płaszcz. Rozumiałam tylko po niektóre słowa, bo nie skupiałam się na słuchaniu go, tylko na ustaniu na nogach.
Momentem kulminacyjnym był moment, gdy sięgnął do kieszeni. Zabrał mi moje opakowanie tabletek. Z przerażeniem przyglądałam się jak wyrzuca je na cieniutką warstwę śniegu, wymieszanego z błotem. Po kolei każda tabletka spadała na ziemię, czułam jak oblewa mnie zimny pot. Było to moje praktycznie ostatnie opakowanie. W swoim pokoju mam jedno, ale starczy mi na zaledwie trzy dni, jeżeli w ogóle dożyje, jak to powiedział ciemnowłosy. '' Mów co chcesz, ale i tak nie dam ci się zabić.'' - słowa brzęczały mi w podświadomości. Dobrze wiedziałam, że gdy mówił je, myślał tylko o sobie. Byłabym jego problemem, a gdybym zmarła, on musiał by przechodzić przez codzienną serię pytań, czego nie chciał. Nie bardzo miał na to ochotę, więc to był jego jedyny powód. Bynajmniej ja to tak odebrałam. Jaką ulgą ukazało się, że po chwili puścił mój nadgarstek. Odruchowo sama delikatnie dotknęłam go nieobolałą dłonią. Natknęłam się na wiele wypukłości. Miejsce chwytu chłopaka pulsowało bólem. Wzrokiem odprowadziłam go, do momentu gdy zniknął mi z oczu. Rękawem próbowałam otrzeć łzy, a gdy udało mi się w choć większej mierze opanować łzy, schyliłam się i uważnie przyglądałam się tabletką. Żadna się nie nadawała. Rozpuściły się w śniegu tworząc tylko jedną małą papkę. Śnieg, kuł mnie w twarz, więc czym prędzej udałam się do drzwi.
Kiedy kolejnym cudem odnalazłam mój pokój, zdjęłam buty i płaszcz, plackiem padłam na łóżko. Nie miałam pojęcia ile przespałam, ale gdy otworzyłam oczy za oknem było już ciemno a na niebie błyszczał księżyc. Ziewnęłam i przeciągłam się leniwie na łóżku. Postanowiłam wziąć szybki prysznic, po czym spędzić resztę czasu przy laptopie.
Cały weekend minął mi podobnie. Całe te dwa dni spędziłam przy moim kochanym urządzeniu, robiąc tylko przerwy na łazienkę i na jakiś posiłek. Dziennie jadłam może ze dwie, trzy kanapki. Nie czułam się jakoś głodna, a na parapecie pojawiło się mnóstwo puszek po energetykach i kilka listków po lekach.
***
Poniedziałek przyszedł i zapukał do moich drzwi subtelnie, a gdy tylko je otworzyłam okrutnie się na mnie zwalił. Czemu sobota i niedziela, jako jedyne dni tygodnia tak szybko uciekają? One nie mają za grosz sumienia i taktu. Nie pozostało mi nic innego jak tylko, przejść poranną rutynę. Moim śniadaniem okazał się energetyk i mniejsza dawka tabletek uspokajających. Byłam pod wrażeniem jak podświadomie zmniejszyłam dawkę leku. Sztuczki psychologiczne są naprawdę skuteczne, ale działają bestialsko. Mój organizm wyczuł wyraźną zmianę. Wsypka co prawda nie znikła całkowicie, bo w jakieś mierze ciągle się utrzymywała i w najbliższym okresie czasu nie zapowiadało się na to by zechciała zniknąć. Prowadziłam walkę psychiczną, gdyż zmniejszenie dawki lekarstw powodowało moje większe lęki i roztrzęsienie, jednak organizm czuł się odrobinę lepiej. Zdenerwowana całą tą sytuacją, owinęłam sobie bandażem nadgarstki by o tym mi nie przypominały, jak i założyłam na siebie dużą szarą bluzę, która dosłownie na mnie wsiała. Spojrzałam na zegarek i byłam spóźniona dziesięć minut. Serce zabiło szybciej, jednak uznałam, że nie opłaca mi się iść a co dopiero znajdę klasę. Nie opłacało mi się iść na pięć czy dziesięć minut wykładu. Ruszyłam więc w stronę klasy biologicznej, która widniała jako druga w moim rozpisu zajęć. Zadowolona, że pamiętałam gdzie ona jest ruszyłam w jej stronę. Dojście zajęło mi chwilę, ale za to czekanie miało być najgorsze. Usiadłam zrezygnowana pod zimną ścianą, podnosząc lekko głowę by bez celu oglądać sufit. Wyjątkowo ambitne zajęcie. Czułam co chwile ogarniającą senność, przez zerwane dwie noce. Energetyk ani trochę nie postawił mnie na nogi, tak jakbym się na niego uodporniła. Gdy powieki zaczynały opadać, szybko je podnosiłam, by nie zasnąć na korytarzu... jak by to wyglądało? Jednak spokój nie trwał zbyt długo. Tuż przy moim uchu usłyszałam duży huk, który rozlał się echem po korytarzu. Moja reakcja, jak i zmniejszona dawka leków na uspokojenie dała się we znaki. Podniosłam się tak szybko, jakby ktoś przyłożył mi ogień do polika. Rozejrzałam się spanikowana po korytarzu, a moje szare oczy spoczęły na sylwetce chłopaka. I był to właśnie ten, który wykładał mi monolog na temat mojego życia. Trochę się we mnie zagotowało, gdy go zobaczyłam o czym świadczyły moje dłonie, które przybrały kształt pięści. On widząc moją spanikowaną reakcję, uśmiechnął się złośliwie.
- No witam panienkę - powiedział z tym jego złośliwym uśmiechem. Zmarszczyłam brwi lekko w geście zażenowania sytuacją. Nie odpowiadając mu, znowu klapnęłam ciężko na podłodze, opierając się o ścianę nadal go śledząc wzrokiem. On jakby niby nic zrobił to samo. Usiadł naprzeciw mnie opierając się o ścianę nieopodal drzwi od klasy historycznej. Czyżby los okazał się dla mnie taki okrutny? Mierzyliśmy siebie nawzajem wzrokiem. Nagle uświadomiłam sobie jakże banalną i głupią rzecz, która spowodowała u mnie lekki uśmiech a później zduszony chichot. Brunet spojrzał się na mnie jak na obłąkaną.
- Zabawne... - zachichotałam, na co on przechylił głowę. Nadal nie rozumiał. - Robisz mi wykład na temat mojego życia i pouczasz mnie... - zrobiłam chwilową przerwę, a ton mojego głosu zmienił się z roześmianego na obojętny, z czego nawet ja byłam zdziwiona - ...Nie wiem jak masz na imię chłopie. - powiedziałam i patrzyłam na niego, jak jego usta wykrzywiają się w uśmiechu. Zaśmiałam się raz jeszcze, odgarniając kosmyk włosów, które spadły mi na twarz, za ucho.
Shane? Przepraszam, że takie denne, ale ja także jestem chora i widzisz jakie bagno wychodzi, gdy człowieka dopada choroba ;_;
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz