- Jak mnie zaraz nie puścisz, to będziesz organizował kolejny pogrzeb. - wykrztusił.
Zrobił głęboki oddech, gdy tylko rozluźniłem mięśnie. Obdarzył mnie lekko przerażonym i podenerwowanym spojrzeniem wymieszanym z zaczerwienioną buzią.
- Wiesz, że nie mieszkam w Oslo. Dupa ci odmarznie. - zaśmiałem się jakby sam do siebie.
- Przesadzasz. - próbował zakryć radość karcącym spojrzeniem. - Lepiej idź się pakować.
- Już? - mruknąwszy, zmarszczyłem brwi, obserwując jak Ismael w odpowiedzi jedynie przytakuje głową.
- Jutro rano wylot. - kąciki ust szatyna zaczęły wędrować w górę. Wzrok wbił w ziemię, jak gdyby nie chciał pokazać, że coś go bawi. Miałem wrażenie, że powodem był mój strach przed lataniem.
Jednak nie miałem zamiaru się bronić. Pozwoliłem mu drwić i wziąłem się za zbieranie rzeczy.
Nie szczególnie rozmawialiśmy podczas lotu. Odpłynąłem po jakiejś godzinie.
- Dokąd go zabieracie? - burknąłem z lekką, poranną chrypką przecierając oczy. Niklas stał w drzwiach owinięty w ciepłe ubranie, a jedna z wychowawczyń pakowała kilka jego rzeczy do plecaka.
- Wyjeżdża. Nie mamy miejsca na tyle dzieciaków. - ciepły głos kobiety otulił moją twarz, gdy zbliżyła się do mojego łóżka. Przykucnęła i z niepewnym uśmiechem na buzi, przejechała dłonią po moim policzku.
- Dokąd? - jęknąłem jednocześnie oburzony i zdezorientowany.
Zacisnęła usta w wąską linię, wzrokiem błądząc po podłodze. Nie chciała mi odpowiedzieć, jak gdyby miało mnie to przestraszyć, czy urazić.
- Olek, to trochę daleko. Raczej nie będziecie się widywać. - mruknęła, podchodząc do chłopaka i układając rękę na jego ramieniu. Dostrzegłem, że w kącikach oczu Niklasa zbierają się łzy. Opiekunka bez słowa pociągnęła do za sobą.
- Olek... - po raz kolejny usłyszałem swoje imię, lecz nie do końca wyraźnie. - Olek...
- Kurwa Ekker obudź się! - wrzask Ismaela wyrwał mnie z transu, przez co gwałtownie zerwałem się z oparcia.
Emocje natychmiast opadły, tak jak i moje ciało. Odetchnąłem głęboko czując okropny gorąc. Możliwe, że spociłem się przez sen. Jednak ani nie pot, ani nie szatyn zaprzątał moją głowę. Z jednej strony miałem ochotę znów zobaczyć dom, a z drugiej nie byłem chyba gotów na konfrontację z przeszłością.
Nawet się nie pożegnaliśmy. Po prostu w jednej chwili wyparował z mojego życia.
- Idziesz? - nastolatek szturchnął moje ramię, po raz kolejny sprowadzając mój umysł na Ziemię.
Przytaknąłem i podniosłem dziwnie ciężkie ciało z miejsca. Uderzył mnie mroźny powiew wiatru. Tęskniłem za tym. Może nie było mi specjalnie ciepło, ale kochałem to uczucie. Prawdopodobnie w przeciwieństwie do drobnego towarzysza, który szczękając zapytał jak daleko do domu.
- Kawałek - prychnąłem pod nosem, wiedząc, że droga, która nas czeka nie jest specjalnie krótka. Taksówką podjechaliśmy do centrum Tromsø pod pretekstem kupienia czegoś do jedzenia, ponieważ mieszkanie rodziców zapewne świeci pustkami. Choć tak na prawdę chciałem wybrać trasę dzięki, której zobaczę po raz kolejny sierociniec.
Miasto tętniło życiem, mimo małej ilości mieszkańców. Wszędzie lampki, czerwonozielone szyldy, wszelkiego rodzaju ozdoby świąteczne i mikołaje. Od jakiegoś czasu ten okres nie kojarzył mi się zbyt dobrze. Od paru lat także nie specjalnie obchodzę święta. Pewnie ze względu na brak towarzystwa i chęci. Ten przepych nigdy do mnie nie przemawiał.
Niestety, czy stety zbliżaliśmy się do miejsca wspomnień. Nic się nie zmienił i to chyba bolało najbardziej. Do tej pory nikt go nie odnowił. Szarawe ściany już dawno popękały, mahoniowe drzwi na pierwszy rzut oka jakby nowe, ale zapewne nadal skrzypią okropnie i na dodatek te czarne, żelazne ogrodzenie zakończone ostrymi stożkami, przypominające bramki z horrorów. Brak ozdób potwierdzał, że nikt już tu nie mieszka. Może to i dobrze.
- Ej, o co chodzi? - zapytał, wtulając się pod moje ramię.
- Co? - oderwałem wzrok od budynku i powoli znów ruszyłem przed siebie. - Idziemy na busa.
Ismael chyba długo nie zastanawiał się nad naszym postojem.
Wszystko szło zgodnie z planem. Spokojnie zdążyliśmy na przystanek. Mimo, że pojazd był cały pusty, zajęliśmy ostatnie miejsca by móc spokojnie rozmawiać.
- Norweski to dziwny język - mruknął, opierając czoło o szybę i obserwując jak oświetlone miasto znika w oddali, ustępując pojedynczym domkom rodzinnym i lasom.
- Sam jesteś dziwny język - odburknąłem, ukazując przesadne oburzenie i zakładając ręce na piersi.
- Nauczył byś mnie czegoś - zerknął na mnie, po chwili powracając do analizy otoczenia.
Odetchnąłem ze swego rodzaju ulgą. Dopiero teraz do mnie dotarło gdzie i z kim jestem. Trudno mi było uwierzyć, że ktoś był gotów zabrać mnie tutaj i równocześnie być tak istotną częścią tego wszystkiego. Opadłem twarzą na włosy szatyna i delikatnie musnąłem ustami jego ucho.
- Jeg elsker deg - szepnąłem, zerkając przez szybę na niebo. Szukałem czegoś interesującego, ale najwyraźniej było zbyt zachmurzone.
- Hmm?
- Nic, nic - pokręciłem głową, kiedy kierowca wcisnął hamulec, a maszyna gwałtownie się zatrzymała, rzucając naszymi ciałami.
Brnęliśmy przez śnieg w środku nocy. Za oświetlenie służyła nam jedynie latarka w telefonie.
- Olek, nie sądzę, że to dobra droga. - wyglądał, jakby najchętniej stąd uciekł, choć ostatecznie wiedział, że inni żyją przynajmniej kilka kilometrów dalej, a po drodze, w pełnym mroku napotka jeszcze las.
Sam miewałem chwilę zwątpienia. Dawniej ścieżka była wydeptana, nawet zimą. Teraz szliśmy na ślepo. Szczęście dopisywało mi jak nigdy. Zarys drewnianej werandy ukoił niepokój. Domek nie był pokaźnych rozmiarów, pomijając piętro, był właściwie mały.
- Przecież, to kompletne zadupie - odparł, gdy otwierałem drzwi kluczami otrzymanymi na osiemnastkę, jako spadek po rodzicach.
- Witaj w innym świecie - kąciki ust powędrowały w górę, kiedy przepuściłem Ismaela w wejściu.
Temperatura w środku była podobna jak na zewnątrz. W końcu nikt o to już nie dbał. Rzuciłem wszystkie bagaże i zabrałem się za rozpalenie kominka.
- Nie ma prądu. - stwierdził przełączając włącznik.
- Prądu i prawdopodobnie wody. Nic nowego. Często tak bywa zimą. - odparłem, nadal próbując uporać się z drewnem.
- To... jak ja mam się umyć?
Zadowolony z efektu, który powoli zaczął ogrzewać moje dłonie, odwróciłem się do chłopaka i rzuciłem w niego butelką z wodą. Z przesadnym, drwiącym uśmiechem posłałem mu całusa. Nikt nie mówił, że to będą pięciogwiazdkowe wakacje.
Ismael?
Naszło mnie, tylko błagam nie wyjeżdżajmy jeszcze stąd :x
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz