W głowie została mi tylko ręka chłopaka, gnająca w stronę mojej twarzy. Nawet jaka-taka obrona na nic się nie zdała...Co ze mną jest nie tak? To pytanie zadawałem sobie od wieków, najczęściej leżąc na łóżku, zastanawiając się nad własnym życiem. Teraz, leżąc na ziemi z grymasem bólu, nic nie wydawało się być realne. Nawet to, bym teraz wstał i zapomniał o danym wydarzeniu. Zamiast tego, ta zimna, lekko oblodzona powierzchnia zdawała się jako jedyna mnie rozumieć. Ale ile można bezczynnie wgapiać się w niebo? Ano można, ale ból się nasilał. Czas wrócić do nawyku? O nie, nie. Nie tym razem.
Wstałem, zaciskając pięści na czarnym materiale, jakim była bluza. Jeden krok, który tak wiele znaczył, zakończył się wraz z bólem kolana, jakie mi towarzyszyło. No tak, zbite kolano to złe kolano. Nie takie rzeczy się miało...Podparłem się tą myślą i gnałem w kierunku wejścia. Czując metaliczną ciesz w kącik ust, przetarłem ją ręką, orientując się iż to krew. Rozglądając się za łazienką, uważałem by nikt nie przyłapał mnie w tym stanie. Jedna osoba, z którą pragnę teraz się zobaczyć, jest Fytch. I on widać się za mną stęsknił, gdyż po rozchyleniu drzwi mojego pokoju, wybiegł merdając wesoło ogonem. Pogładziłem go po pysku i znów zaprowadziłem do pokoju, by kontynuować szukanie toalety. Moja orientacja w terenie znacznie ostatnio osłabła, ale to nie stanęło mi na drodze znalezienia celu, który teraz stał przede mną. Nikogo nie było. Idealny układ.
Podszedłem do jednej z umywalek, by odkręcić wodę. Wpatrując się w swoje odbicie, zachciało mi się śmiać ze swojej osoby. Jak można być tak słabym? No, najwyraźniej można.
Ochładzając swoją twarz, poczułem ulgę. Jakby emocje opadły, zostawiając w duszy pustkę, której mi szczerze brakowało. Bo czy nie łatwiej wmówić sobie, że nie ma się uczuć? W tedy wszystko boli mniej. A jednak, czasem jest to trudne.
Drzwi za mną rozchyliły się,by pojawiła się w nich sylwetka. TA osoba, która z łatwością rzuciła mnie na łopatki. Nie dam po sobie tego poznać. Rozprostowałem się, z lekkim, zadowolonym uśmiechem wymijając Shane'a. Nie był mi dłużny, obarczając mnie swoim nienawistnym, aczkolwiek skrytym spojrzeniem. wychodząc na korytarz, miałem zamiar skierować się do sali lekcyjnej, przyrodniczej. Ale zamiast tego, poszliśmy w teren, co było złem samym w sobie. Jest zima! O jakiej przyrodzie my w ogóle mówimy?! No tak, młoda jest, ładna, sympatyczna...pewnie dla tego nikt nie narzeka na zimno. Przewróciłem oczyma, co zostało wychwycone przez nauczycielkę.- Masz coś do powiedzenia, chłopcze?- Od razu zaprzeczyłem, chwiejąc się na nogach.
- takim razie ty, i Pan Shane zrobicie razem projekt.- powiedziała miłym głosem, co w moim rozumowaniu wyglądało jak czysty sarkazm.- Nie!- Znów zaprzeczyłem- niczego z nim nie robię, nie lubię go!
- Zrobicie o...eliksirach na porost i odżywianie roślin.- Poza tym, Pan Shane, jak to się wyraziła nauczycielka, zmierzył mnie złowieszczym wzrokiem. Nie obyło się bez docinek, oraz błagań o anulowanie "kary", która była tak na prawdę za nic.- Ale co JA zrobiłem?!- Wydarł się chłopak, jednak szybko został uciszony.- To nie jest kara. Wszyscy to zrobicie.- O dziwo, połączyli się w pary z uśmiechem na twarzy.- Nie mogę być z kimś innym?- Jęknąłem, rozglądając się dookoła.- Nie, Alan. będziesz z nim. Musicie nauczyć się współpracować. A nie wydaje mi się, że macie dobry kontakt ze sobą.- W ogóle nie mamy. Prychnąłem w myślach, krzyżując ręce. No więc przez resztę lekcji kłóciliśmy się o to, co w ogóle mamy robić. Gdy ja, zastanawiałem się nad projektem, Pan Shan'e strzelał fochy o to, że nic nie robi. Koniec lekcji, dawał mi złudną nadzieję na chwilę spokoju...Ale czarnowłosy był innego zdania.
-Nie wiem jak ty, ale ja tego nie robię- Jęknął po raz setny, co nieźle mnie denerwowało. Wykorzystując jego nieuwagę, złapałem skrawek jego bluzy, by po chwili przywarł do ściany, wisząc kilka centymetrów nad ziemią.- Puść mnie, bo nie ręczę za siebie- Warknął przeciągle, próbując mnie walnąć. Nic z tego, kolego...
- Robimy ten projekt, czy ci się to podoba, czy nie. I tak nie idzie mi dobrze na zajęciach, ale w porównaniu do ciebie, księżniczko, staram się. Może byś też wziął to na poważnie? Pójdziesz do siebie, zrobić o poroście roślin, j o odżywianiu. A potem, łaskawie skleimy to w jedno. I nie będziemy musieli siedzieć razem pół dnia. Ok?- Syknąłem, zaciskając ręce n jego ramieniu. Mina mu zrzedła, a jednak przytaknął. Niemal niewidocznie, a jednak. Puściłem więc go, wypuszczając głośno powietrze z ust. Uśmiech wrócił na moją twarz, ale nie na jego. On miał taki...PokerFace. Zaśmiałem się cicho, na co się odgryzł. Uniosłem ręce w geście obronnym i pożegnałem się, chcąc wrócić w spokoju do pokoju. Ale słysząc szelest i obijanie się...czegoś, o coś...plastikowe, stanąłem przed drewnianymi drzwiami.- Nie powinieneś brać ich tylu..-Z mojego głosu nie dało się wyczuć ni krzty zmartwienia...to było takie...Sam nie wiem.
- A co, zabronisz mi?- Mruknął, łykając naraz kilka kapsułek.
- Możliwe- Wzruszyłem ramionami- Ale o potrafi nieźle siąść na psychikę...Wiem coś o tym. Poza tym, jedna w zupełności by ci wystarczyła.
- Nie.- Odparł, idąc do siebie- Nic o mnie nie wiesz...- Widocznie chciał powiedzieć coś dalej. Jednak nie było mu to do końca dane.
- Tak jak i ty o mnie- Przerwałem mu, wchodząc do swoich idealnych, czterech ścian- Jutro o 13 możesz dać co tam...zrobisz na projekt.
<Shane?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz