Wiatr pizgał w te i wewte, przez co moja nienawiść do pogody wzrastała z każdą sekundą. Błądząc po dworze w pół-mroku, ujrzałem delikatną sylwetkę. Zamazaną, niezidentyfikowaną. Nowy "uczeń"? Ciekawe. Ale co robi o tak wczesnej godzinie? W sumie...pewnie to samo co ja. Pierwszy dzień minął mi wczoraj, na zwiedzaniu tego miejsca. Czy było w tym coś wyjątkowego? Oprócz nadludzi z różnorakimi mocami?-nie. Oprócz tego przeklętego kierowcy, który przez swoją nieuwagę prawie zmiażdżył mnie na chodniku, w samym centrum miasta?-nie. Tak więc dzień wczorajszy uważam za nieudany. Brak roboty potrafi zdenerwować człowieka, jakim jestem. Ciągłe siedzenie w miejscu, całkowita nuda mnie zabija. Może jednak zmieni się to, po przyjrzeniu się nowemu obywatelowi tejże Akademii! W co, mimo to wątpię.
Przemierzając korytarz, w celu odnalezienia mech czterech ścian, potrąciłem kogoś. A może ten ktoś mnie, ale moje życiowe przemyślenia nie pozwalały skupić mi się na tej osobie. Jedyne, co zinterpretowałem wraz z uniesieniem wzroku, to złość chłopaka, który z trudem utrzymywał się na nogach. Znaczy nodze, o której dowiedziałem się chwilę później. Chciałem powiedzieć "przepraszam", te najzwyklejsze słowo, które nieraz przychodziło mi z trudem. Ale jego wzrok, który dosłownie zżerał mnie od środka przestrzegł mnie przed narastającą złością, jaka dosłownie buzowała w zielonookim. Bać się? Zwiewać, gdzie pieprz rośnie? Jednak co rzucało się w oczy to to, iż byłem od niego wyższy. Także nie mam się czym martwić, a w najgorszym razie, będzie...Hmm. Źle. I ze mną i z nim.Parę razy zdarzało mi się, że nawet niższe osoby z łatwością pokonywały mnie w czynnościach, zwanych powszechnie "bójkami". Przyznawanie się do tych porażek, zazwyczaj komentowałem jako skutki "alkoholu", bądź innych czynników odurzających, albo przez zwykłe niewyspanie. O dziwo, działało!
- Patrz jak leziesz- syknął krótko, ledwie nie wychodząc z "siebie". Zaciśnięte zęby, pięści i grymas na twarzy były oznakami tego, że jeśli w tej chwili nie odejdę, to początek jak i zapewne koniec tej "znajomości" nie będzie ciekawy. Chwilę stojąc, wpatrując się w niego, poczułem jak gorąc rozlewa się po moim ciele. W takich chwilach, zazwyczaj też nie byłem najspokojniejszy, ale ukrywałem to niczym zawodowiec.
- To ty na mnie wpadłeś, więc i TY powinieneś na siebie uważać.- Moje słowa, płynące z zaskakującą pewnością siebie dodały mi coś jak otuchy? Można tak powiedzieć. Bez zbędnej wymiany spojrzeń, wyminąłem chłopaka, kierując się w głąb podłużnego pomieszczenia, natrafiając na tabliczkę ze swoim imieniem.
Dalsza kłótnia o winę była moim zdaniem bezsensowna, więc wchodząc do pokoju, kompletnie zignorowałem osobę, dalej stojącą przed gabinetem.
Zamknąwszy drzwi, ujrzałem swoją czarną torbę, oczywiście zamkniętą, z wypełnioną zawartością. Aż odechciało mi się myśleć, stwierdzając iż wczoraj nie zawracałem sobie tym głowy, przez co dzisiaj ranek będzie zajęty. I jeszcze dodatkowy cios- na pierwszy plan idą zajęcia z wychowania fizycznego. Nie to, że nie lubię WF-u, tylko dzisiaj mam jeden z tych dni, gdzie cała moja życiowa energia po prostu uszła ze mnie jak powietrze z balonu. Wymachując z irytacją rękoma, przekląłem pod nosem by usadowić się tuż przy czarnej torbie. Wyładowywanie ubrań, oraz małych drobiazgów zrobiło niezły sajgon z mego pokoju. A frustracja nie pomagała w uporządkowaniu rzeczy, które wydawały się jakby było ich milion. po krótkim, uspokajającym westchnięciu, zabrałem się za nie.
~.~
Ręce, jakby zdrętwiały na tyle, że każdy najmniejszy ruch powodował zawał serca. Czemu? Możliwość czucia w obu kończynach dawała żmudne uczucie, jakbym nie posiadał ich w ogóle. Ale za to, teraz mój własny kąt wygląda o niebo lepiej! Teraz WF. Szepnąłem, biorąc pierwszą lepszą koszulkę i krótkie, zielone spodenki. Wychodząc, jeszcze upewniłem się o zamknięciu drzwi, gdyż nieproszeniu goście w każdym, czy innym miejscy mogliby zrobić nieco bałaganu. A myśl o ponownym ujarzmianiu tej sterty materiałów była tak męcząca, niż sama robota.
Wchodząc do szatni, spojrzenia padły w moją stronę. Skręciłem prędko w prawo, a tym samym zajmując jedną z szafek. Otwarłem ją, zaczynając przebierać się w sportowy strój. Zmieniając swą nawierzchnię, mimowolnie trzasnąłem żelaznymi drzwiczkami. Przy tym, odwracając głowę, utknąłem spojrzeniem na zielonookim, nieznajomym, nerwowym chłopaku. Widocznie nie był zadowolony z tego spotkania, tak samo jak ja.
- Stop! Wszyscy do mnie!- To były pierwsze słowa, jakie powiedział od rozgrzewki Peter Rohan, nasz nauczyciel. Łączone klasy? hm...Zawsze jakaś odmiana!- Gramy w siatkówkę- kolejne zdanie, które wywołało u większości pojękiwanie. Uciszanie dało swoje skutki, a już po minucie staliśmy w zbitych drużynach. Ja, oczywiście przez złośliwość losu, byłem z tymi "mniej zaawansowanymi". Mówi się trudno! Stanąłem na wybranej przez nauczyciela pozycji, znów się odwracając. Ciekawość dała górę, więc podszedłem do stojącego obok Shane'a, jak się dowiedziałem.
- Czemu nie grasz?- Ten jedynie z pretensją wskazał na swoją nogę. Przytaknąłem, zdając sobie sprawę z treści mego pytania. To przecież logiczne!
<Shane? Takie jakieś nic, ale jest D:>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz