poniedziałek, 12 grudnia 2016

Od Kayline cd. Kendall

Trzaskające z hukiem drzwi obiły mi się o uszy, zapewne nie tylko mi. Dobiegłam do łóżka, by chwilę później, twarzą spaść na twardy materac...już nawet ból nosa mi nie przeszkadzał.
Czy wszyscy muszą być tacy denerwujący? ~Idź do niej.~ 
- Nigdzie nie idę! To jej wina, miesza się w nie swoje sprawy- Wydarłam się, zaciskając pięści na pościeli, trochę rozładowując zdenerwowanie. ~Nie chciała! A ty czasem nie byłaś zazdrosna?!~
- A od kiedy tak się przejmujesz ludźmi, co?!- Tym razem krzyk zmienił się w łamiący się głos.
~Skoro ty tego nie robisz, ja muszę~ Zastanawiałam się nad wypowiedzią głosu, ale wmawiałam sobie, że nie ma racji. Zaprzeczał, ale trzymałam się swego. W końcu nie obchodzą mnie inni! Inni...inni...Ale ona tak. Jedyna taka osoba, która przyciąga mnie swoim charakterem, sobą.
- JEBAĆ TO.- Powiedziałam na głos, szybko stając na proste bogi. Bez zbędnego zakluczenia drzwi, czy innych czynności, skierowałam się do pokoju dziewczyny.Przystanęłam na chwilę, by pomyśleć, co właściwie mama jej powiedzieć. Jedno stuknięcie- nic. Dwa- nic. Aż lekkie pukanie zmieniło się w "walenie", wywołując donośny odgłos. Nie wytrzymując presji nacisnęłam klamkę, która ku mojemu zdziwieniu, nie dała za wygraną. Pokój był zamknięty.
Jeśli teraz gdzieś wyszła, w samej bluzie, SAMA, własnoręcznie ukręcę jej kark...Nie wiadomo kto o tej godzinie może się kręcić! Pewnie jacyś pijacy, gwałciciele...Aż strach pomyśleć, co mogliby zrobić z taką marną 17- latką.
Wyparowałam więc na zewnątrz, rozglądając się za jakimiś znakami, choćby śladami. 
- Kendall!- Zawołałam, ale nic nie wskazywało na to, iż mnie w ogóle usłyszy. Moją pierwszą myślą było pójście do parku, który był najbliższym miejscem gdzie chodząc ludzie. Dałam prowadzić się swoim nogom, które były zdecydowane podążać do bramu, wyłaniającej się zza płatków lecącego śniegu. Czarny, wielki, zdobiony kawał metalu skrzypiał, dodając tego strasznego efektu ciemnej nocy z jak horrorów. I po co ona by tu lazła? Zastanowiłam się, czy w ogóle warto tu wchodzić. 
Wzruszając bezsilnie ramionami, przekroczyłam tę granicę między parkiem a zwyczajną, białą drogą. Na horyzoncie pojawił się jakiś zarys dwóch postaci. Zignorowałam je, myśląc, że są...tak jakby..parą? Rodziną? Znajomymi? Ale nie. słysząc ten charakterystyczny, rozpaczliwy szloch i wołanie o pomoc, ruszyłam biegiem w ich stronę. W moim umyśle były same najgorsze scenariusze, że w tejże chwili, może robić z nią co tylko chce. Zero ludzi, a poza tym, mężczyzna jest silniejszy od takie drobinki jaką jest Kendall. Nogi, no szybciej, kurde! Zasłoniła mnie jedna z pobliskich ławek, dając mi możliwość przeanalizowania całej sytuacji. poczułam mocną woń alkoholu. Sposób, w jaki wyrażał się facet, był sam w sobie ohydny.Brunetka była widocznie przestraszona i żałowała decyzji o choćby wystawieniu głowy zza murów Akademii. Łzy, cały czas leciały jej z oczu, Szczerze, nawet mnie to ruszyło.
A widząc ostrze, odbijające się w świetle białego puchu, odruch wygrał. Niczym zawodowy parkour'owiec przeskoczyłam ławkę, by stanąć na przeciw memu wrogowi.
- Zostaw ją- warknęłam, cały czas mając na oku broń, która w każdej chwili mogła spocząć w mym ciele. Była to jedna, z wielu moich obaw które pojawiły się wraz z ukazaniem swojej obecności tej dwójce. Okulary, które przed chwilą spoczywały na nosie Ken, teraz potłuczone leżały na ziemi.
- Kay..-zaczęła, jednak mężczyzna pociągnął ją za włosy. Koniec tego dobrego...
Chcąc zbliżyć się, uniosłam ręce w pokojowym geście, jednak nie pomogło, gdyż napastnik kurczowo trzymał dziewczynę przy sobie, a tym samym kierując w nią ostrym narzędziem.
- NIE podchodź, bo ją zabiję- zagroził, brzmiąc "śmiertelnie" poważnie.
- I co zrobisz dalej? Zabijesz MNIE?- Prychnęłam z udawaną obojętnością- nie dasz rady nawet, gdybyś chciał.
- Aleś ty pyskata, wiesz?- Uśmiechnął się wrednie, po czym dosłownie rzucił dziewczynę na ziemię i nożem, na moje szczęście, przejechał po prawej ręce. Piekący ból, dawał o sobie znać na tyle mocno, że przez chwilę cały świat zawirował.Jeszcze kolejny cios, skierowany w tył głowy. Zachłysnęłam się powietrzem, po czym upadłam na zimną powierzchnię. Kątem oka widziałam ostrze, które w rękach pijanego mężczyzny wydawały się być niezmiernie niebezpieczne. Przymknęłam oczy, starając się opanować. Zahamować  jęk rozpaczy.
- Uważaj!- Krzyknęła Kendall, a po chwili, swą mocą, uniosła narzędzie i wbiła je w mężczyznę. Podniosłam się, by dać mu niezły cios najpierw w tors, a gdy to nie zrobiło na nim różnicy, dostał prosto szczękę. Żadne krzyki, czy nawet jego błagania nie robiły już na mnie wrażenia, nawet ona nie zwracała na niego uwagi. Wytarłam krew, lecącą z kącika ust i spojrzałam na niego, miotającego się na ziemi. Sięgnęłam ocalałą ręką do kieszeni, w której miał bransoletki, oraz jakieś pieniąc. Wiedząc, do kogo należą, wyciągnęłam i je schowałam. Chcąc zostawić go na pastwę losu, wzięłam zszokowaną dziewczynę, jednak ta stawiała upór.
- Musimy zadzwonić na karetkę!- Poleciła, odbierając ode mnie komórkę. W mgnieniu oka wytrąciłam jej ją z rąk, na co spojrzała na mnie krzywo.
- nigdzie nie dzwonimy! Rozumiesz?!
- Z--on zginie.
- A co im powiesz, hm? Że tak jakoś wyszło, że dwie gówniary zrobiły TAKIE COŚ, TAKIEMU mężczyźnie?
- Ale...ty nie jesteś..
- Nie ma ALE!- Przerwałam jej, podnosząc głos.
- Powiemy prawdę!- Jej kłótnie były zbędne, gdyż nie chcę mieć dodatkowo policji na głowie.
- Nie.
Nie słuchając mnie, sama chciała załatwić sprawę. Słyszałam wybieranie numeru, oraz jej pewny siebie głos. Nie zrobiła tego...
Pociągnęłam ją za sobą, jednocześnie przerywając połączenie. Stanęłam tuż przed nią, stykając się wzrokami. Mój, jak zawsze był przepełniony nienawiścią i chęcią mordu. Za to jej, zmienił się na stanowczy, czego wcześniej u niej nie widziałam.
- Co ci w ogóle przyszło do głowy, żeby tu się pałętać?! Jest późno, a ty leziesz nie wiadomo gdzie! Przez takie lekkomyślne rzeczy, wychodzą takie rzeczy!- Zauważyłam, że w kącikach jej oczu zbierają się łzy. Ostatni raz powiedziałam, żebyśmy szły stąd jak najdalej. Posłuchała. I tak już zadzwoniła, więc tu przyjadą...to całe namierzanie telefonów i tak dalej. A przez to, mogą znaleźć i nas... Szybkim krokiem doszłyśmy, bez słowa, do bramy. Miałam ochotę wykrzyczeć jej kazania na temat tego, iż w nocy nie łazi się samotnie po parku, zwłaszcza w tak młodym wieku. Czy to by coś pomogło? Raczej nie. Ale za o dałoby upust złości! A to jest jakaś tam część sukcesu.

<Kendall?>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz