piątek, 9 grudnia 2016

Od Devona do Ivy

Wraz z końcem utworu ku końcowi dobiega i nasz taniec. Wysoki facet o długich palcach ogłasza przerwę muzyków i zachęca do skosztowania dzisiejszego dania szefa kuchni, na co wraz z Ivy przystajemy, dość entuzjastycznie. Wracając wolnym oraz przepełnionym elegancją krokiem do naszego stolika czuję czyiś wzrok na swojej osobie. Jak się okazuje, tajemniczym podglądaczem jest nie kto inny jak jasnowłosa, teraz uśmiechająca się od ucha do ucha. Zasiadamy do stołu, gdzie kelner uzupełnia już zawartość naszych kieliszków. Zauważając naszą parę prędko stawia przed nami menu, pyta o danie które chwielibyśmy skosztować jako drugie, przy czym nie może zabraknąć oczywiście wzmiance o szefie kuchni.
- Więc, czym zasłużył sobie ten szef, że tak wszyscy dziś go wychwalają? - pytam uprzejmie przerywając chwilową ciszę powstałą na wskutek zagłębienia się w lekturze. Przelatuję jeszcze raz wzrokiem po nieciekawych nazwach, po czym zatrzymuję go na niewiele starszym od siebie chłopaku.
- W zasadzie.. - zastanawia się nad sensowną odpowiedzią, przez sekundę waha się po czym wznawia rozmowę - W zasadzie dobrze gotuje. Niech państwo sami się przekonują - szczery uśmiech wysłany w kierunku przyglądającej się nam Ivy decyduje o zamówieniu dwóch dań szefa kuchni. W oczekiwaniu na potrawy rozglądam się po sali, a by jeszcze bardziej skrócić czas oczekiwania rozpoczynam pogawędkę z dziewczyną.
- Zatem.. Masz świrniętą siostrę bliźniaczkę - idealnie wybrany temat potrafi zaciekawić nawet najbardziej antyspołeczne ogniwa do rozmowy. Ivy nie jest takim utrudnieniem, toteż rozmowa wchodzi gładko i klarownie, pozostawiając jednocześnie posmak miłego dla ucha słownictwa oraz przystępnego towarzystwa. - Chorującego ojca i..? - dziewczyna potakuje głową na każde kolejne słowo, wiedząc już zapewne iż rozmowa toczyć się będzie wokół niej.
- I tyle - dokańcza posyłając w moją stronę chyry uśmieszek, ten z serii "jeszcze wiele o mnie nie wiesz". Odpowiadam zamyślonym wyrazem twarzy, faktycznie głowiąc się nad kolejnym, sensownym pytaniem. - Teraz coś o tobie - dziewczyna obraca rozmowę na dla mnie niekorzystną stronę, przez co na chwilę zapada cisza. Wypełniają ją głosy ludzi rozmawiających dookoła, sztućcy jeżdżących po zastawie oraz tej składanej i rozkładanej z coraz to nowszymi potrawami. Zapachy rozchodzące się w tym pomieszczeniu są niczym najdroższe olejki i świece, na co niewątpliwie stać ów lokal. Cała sceneria składa się na iście elegancką oraz "z wysokiej półki".
- Nie mam nikogo. Więc, wracając do ciebie.. - podejmuję próbę uratowania się, jednak to jeszcze bardziej mobilizuję Ivy do przerwania mi wpół zdania. Tonący brzytwy się chwyta.
- Jak to nikogo? Proszę, powiedz coś więcej - te maślane oczy i ten słodki głosik niejednego skłonił by do popełnienia największego przestępstwa, co na szczęście nie tyczy się też mnie. Może naturalnie zostałem obdarzony taką, wprost mówiąc obojętnością, a może doświadczenie samo przyszło na przestrzeni lat. Niewiele wiem, choć jedna rzecz, której byłem wtedy na sto procent pewny: obojętność jest bardzo przydatna.
- Normalnie, nikogo kochanie - zwrot na końcu maskuje niechęć do tematu z mojej strony, zaś na obu policzkach dziewczyny pojawia się różanie różowy rumieniec. Kelner, jakby czekając na odpowiednią chwilę podchodzi do nas z dwoma talerzami i ustawia je przed nami poczynając od Ivy i życząc smacznego. Dziękujemy i odciągnięci od tematu wzajemnie życzymy sobie tego samego. Upijając łyk wyśmienitego alkoholu, połączonego z czymś, czego nazwy nie pamiętam (a było cholernie dobre) powiedzieć można by było, iż w tym miejscu spożywają nektar oraz ambrozję w czystej postaci. Porozumiewam się wzrokiem z dziewczyną, która zachwycona jedzeniem równie jak ja przypomina sobie o pozostawionym temacie. I tym razem wyczucie czasu ucisza ją, gdyż na scenę powracają muzycy. Bez zbędnych ceregieli usadawiają się na swoich miejscach i wznawiają koncert. Idealnie dopasowane do siebie instrumenty smyczkowe oraz klawiszowe odgrywają pierwszą rolę, jednakże w tle usłyszeć można również ciche brzdąknięcia harfy. Muzyka na wysokim poziomie w lokalu na jeszcze wyższym poziomie z jedzeniem na jeszcze lepszym poziomie oraz alkoholem na najwyższym z możliwych poziomów. Raj na ziemi. I byłby on dalej naszym rajem, gdyby nie wzbierający w mych płucach kaszel. Uwolniłem się z jego objęć, by jego miejsce zastąpił kolejny, większy od poprzedniego. Zerkam na dziewczynę, jeszcze niczego nie świadomą i wstaję od stołu, by udać się do bocznego wyjścia szybkim krokiem, skupiając całą uwagę by nikogo nie potrącić bądź na nikogo nie wpaść. Tył restauracji nie wyglądał już tak przytulnie, czysto, jasno i zachęcająco, jednak było tam znacznie mniej ludzi. Właściwie byłem tam tylko ja, jakiś Burek goniący za własnym ogonem i pośpiesznie krocząca za mną Ivy. Kolejny raz kaszlę, odchrząkuję, znów kaszlę i nadal duszę się powietrzem. Klepanie w plecy nic nie daje, dopiero chwila na świeżym powietrzu zdaje się działać jakoś na ten dziwny napad. Utkwione we mnie pytające spojrzenie ignoruję wydając polecenie złapania taksówki. W moich planach było wkroczenie do środka, podziękowanie na wieczór i zostawienie napiwku obsługującemu nas kelnerowi. Obyło się bez pytań, podejrzliwych spojrzeń i innych głupich gestów, za co byłem wdzięczny. Dławiąc w sobie kaszel musiałem wyglądać jak burak ćwikłowy, ale cóż, zdrowie nie sługa. Wychodząc już poprawnym wejściem dostrzegam Ivy przed którą akurat zatrzymuje się taryfa. Dołączam do dziewczyny, otwieram przed nią drzwi jak na dżentelmena przystało, odkasłuję przechodząc na drugą stronę samochodu i również pakują się do środka. Wydaję polecenie zawiezienia nas do akademii, jednak dziewczyna protestuje i zmienia nasz kurs na szpital. Jej wymowne spojrzenie ląduje w szybie, gdyż obracam głowę tak, by ukryć całą swą twarz, a i móc poobserwować zatłoczone, kolorowe ulice na zewnątrz. Podróż nie trwa długo, wielki budynek znajduje się dość blisko a i kierowca dobiera ulice tak żeby uniknać tych największych korków. Płacę wysokim nominałem, nie zwracając nawet na to uwagi i wysiadam pospiesznie z pojazdu. Czując nagły zawrót głowy i ogólne przyćmienie mózgu wspieram się na kolanach, oddychając głęboko zimnym, grudniowm powietrzem. Drażni ono moje nozdrza aż po same płuca, a smród spalin nie rozpływa się przez kolejnych kilka sekund. Jasnowłosa dołącza do mnie, obejmuje moje ramie w geście pomocy, na co godzę się już bez większego namysłu. Zdarzenia zaczynają nabierać tempa: najpierw wleczemy się do środka, potem rejestracja w receplcji, kolejny raz duszenie się powietrzem, przyjęcie na oddział (wieźli mnie nawet na wózku pod samo łóżko), kilka nieprzyjemnych badań i kontrolnych pytań. Czas zwalnia kiedy przychodzi mi zostać samemu. Doktor prowadząca mnie zniknęła gdzieś za drzwiami, pielęgniarki zajęły się innymi pacjentami, a kroplówka powoli, stopniowo kapała, by rurką przedostać się do moich żył. Nagłe uczucie zmęczenia dopada mnie pośród miliona otaczających moją głowę myśli, przynosząc ulgę i ukojenie choć na te kilka sekund. Znów przeszkadzają ci lekarze, mówią coś głośno, jakaś reanimacja, nie wiem dokładnie o co chodzi bo właściwie przez kilka minut jestem nieprzytomny. Budzę się wraz z silnym uciskiem w płucach, kaszlą przez kilka sekund kiedy to mój stan stabilizuje się. Od razu, przy pierwszej okazji pytam o Ivy, na co lekarka odpowiada uśmiechem i wychodzi z białej sali, by wrócić za chwilę z dziewczyną. Od razu dostrzegam to przerażone spojrzenie, strach malujący się na jej pięknej twarzy a mój nos wyłapuje ten okropny, szpitalny zapach. Przy okazji: od kiedy leżę pod tą kołdrą? Strasznie tu gorąco, jednak ignoruję to by skupić się na odwiedzającej mnie. Ta przysiada bokiem na łóżku, ujmuje moją chłodną dłoń i świdruje wzrokiem. Robi to jednak łagodnie, troskliwie, próbując dowiedzieć się jak najwięcej, próbując zrozumieć. Biorę kilka głębszych wdechów, gdyż tak teraz przygotowuję się do rozmowy i jednym ciągiem przepraszam moje powietrze.
- To nie był wspaniały wieczór, a miał być - zacinam się by wziąć kolejny, większy oddech - wybacz, obiecuję ci to wynagrodzić - brak tchu ogranicza moje dalsze wyjaśnienia, z drugiej strony widzę jak jasnowłosa zbliża swoją twarz do mojej. Łączymy je w krótkim, acz przepełnionym miłością pocałunku. Nie mogę powiedzieć już więcej tej nocy, gdyż wskazujący palec mej towarzyszki ucisza mnie za każdym razem gdy próbuję złamać tą nowo powstałą zasadę. Oczekujemy w ciszy na lekarkę, są to może minuty, może i godziny, a ta nadal ukazuje się tylko przelotnie, przechodząc z jednego oddziału do drugiego. Kiedy dziewczyna usypia moje poirytowanie sięga zenitu, a w głowie rodzi się myśl. Pewna bardzo zła i pewnie nieodpowiedzialna myśl, którą w tamtym czasie popieram całym sobą. Odpinam od siebie każdy kabel po kolei, a kiedy i to zaczyna się robić denerwujące po prostu orywam je od swojego ciała. Zbudzam tym samym moje powietrze, które wybałuszonymi oczami zerka to na mnie, to na drzwi za swoimi plecami. - Wychodzimy stąd kochanie, nie będę dłużej czekał - kolejny raz zwracam się do niej w ten sposób, tym razem jednak nie kontrolując tego. To źle czy dobrze, mam się zacżąć przyzwyczajać? Nie ograniczany już przez żadne kable, kabelki i taśmy chwytam dłoń zaskoczonej dziewczyny, podnoszę się z łóżka i chwiejnym krokiem opuszczam budynek. Nikt jakoś specjalnie nie przejmuje się moją osobą, może przez dość "zwyczajny" wygląd. W sumie kaszel już nie męczy, czuję się dobrze, więc po co tracić tu czas. Muszę w końcu jakoś wynagrodzić te stracone.. godziny? Minuty? Nie ważne, i tak będę musiał to zrobić. Teraz jednak zatrzymuję się wraz z dziewczyną przed ruchliwą ulicą. Ivy staje naprzeciw mnie, obejmuje i przytula jak do pluszowego misia, co oczywiście odwzajemniam. Co będzie dalej, tego można się jedynie domyślać. Historia zatacza się kołem, keidy to jednak nastąpi.. Pożyjemy, zobaczymy.

Ivy? Co to się porobiło? Wiem, potrafię popsuć każdą piękną chwilę :D

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz