poniedziałek, 14 listopada 2016

Od Ivy do Devona


Patrzyłam jeszcze przez chwilę na znikające w korytarzu plecy przyjaciela, po czym odwróciłam się na pięcie i ruszyłam w kierunku szafki szkolnej, w której przechowywałam strój na następną lekcję ze sztuk walki.
Czy chcę się z nim zadawać? Pytanie chyba bardziej retoryczne, bo przecież jakbym nie chciała – nie robiłabym tego. Devon tworzy wokół siebie niewidzialną aurę, w której stara się szczelnie zamknąć przed świadomością świata zewnętrznego myśląc chyba, że nikt tego zauważa. Otóż, przykro mi ale ja to widzę – tak jakoś wyszło i nie zamierzam w najbliższym czasie nic z tym robić. Mimo tego, że mało kiedy otwiera się znaczniej  przed kimkolwiek, mogę śmiało stwierdzić, że jesteśmy przyjaciółmi na swój własny, oryginalny sposób. Dowodem na to jest choćby fakt, iż pozwala mi łamać ustanowione przez niego zasady.
Przerywam tę burzę tłoczącą się w mojej głowie wchodząc na przestronną halę z wysokim sufitem, drewnianymi drabinkami przy ścianach i wyłożonymi materacami na podłodze. Siadam na skraju jednego z nich i zaczynam lekką, nie męczącą rozgrzewkę przyglądając się przy tym ćwiczącym już duetom. Niektórzy z nich faktycznie wyglądają na utalentowanych i chętnych do dalszego treningu, w celu podszkolenia swoich umiejętności, jednak zdecydowana większość przychodzi na zajęcia tylko i wyłącznie z przymusu. Taką osobą jest na przykład Sara, która usadawia się obok mnie udając, że cokolwiek robi.
-Dawno cię nie widziałam. –mówi. Musi się zadowolić marnym ‘Mhm’ z mojej strony, co w nawet najmniejszym stopniu jej nie zraża. –Gdzieś ty była? I dlaczego… z nim? –wykrzywiła twarz wskazując ukradkiem palcem na ćwiczącego z boku Devona.
-Odpieprz się od niego, ok? Po prostu go lubię. –spojrzałam na chłopaka, który wykonywał energiczny wykop nogą napinając wilgotne od potu bicepsy. Wyglądał, jakby zaciskał przy tym zęby, co wywołało u mnie zduszony chichot.
-Lily? –głos nauczyciela sprawia, że momentalnie staję się niezwykle zainteresowana rozciąganiem. –Myślę, że możesz już zacząć ćwiczyć, najlepiej w parze z Sarą. – dziewczyna już zaczęła się podnosić wlepiając we mnie piwne oczy.
-No tak… tylko jest taka sprawa, że ja dzisiaj nie będę zbytnio ćwiczyć. Wolę popracować nad utrzymaniem… kondycji, ponieważ ostatnio mam małe problemy zdrowotne. –wytłumaczyłam się łapiąc się za idealnie ukryty pod koszulką bandaż okrywający ramię. Nauczyciel posłał mi wymowne spojrzenie i zaprowadził Sarę do nowej towarzyszki o ognisto rudych włosach.
Pozostając znowu sam na sam ze swoimi myślami zaczęłam lustrować uczniów. Co poniektórzy lądowali z hukiem na amortyzujących materacach powaleni przez silniejszych kolegów wyglądających na lekko znudzonych ciągłym wygrywaniem. No cóż. Życie…
Czyjeś ręce chwytają mnie powyżej talii i unoszą na wysokość, która umożliwia mi postawienie się do pozycji sztywno-pionowej. Kiedy się odwracam muszę lekko unieść podbródek, ponieważ stojąca przede mną postać jest ode mnie trochę wyższa. Moim oczom ukazuje się Devon wydymający dolną wargę z figlarnym, iskrzącym się wzrokiem. Całokształt sprawia, że parskam głośno, próbując uwiecznić ten obraz w mojej głowie. Nagłe napięcie mięśni chłopaka, uaktywnia moją ostrożność. I całe szczęście, bo w ostatniej chwili wykonuję unik ochraniając się przed dynamicznym atakiem przyjaciela.
-Tak pogrywasz? –pytam, udając urażoną, jednak od razu wraca do mnie obojętny wyraz twarzy i szybko kucam, podcinając go. Mój przeciwnik traci na moment równowagę ale ostatecznie nie przewraca się. Nie tracę nadziei, następnym razem mi się uda. –Chyba właśnie rzuciłam ci wyzwanie. –obrzucam go sugestywnym spojrzeniem uśmiechając się złowieszczo. –Przyjmujesz?

Devon?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz