Na plecach poczułam nieprzyjemne ciarki, a wzrok utkwiłam w oczach siostry. Brało mnie obrzydzenie, naciągało na wymioty. Otworzyłam usta, z których i tak nie wydobył się żaden dźwięk oprócz niewyraźnego mruknięcia nie słyszanego przez żadnego z obecnych. Mocny, jednorazowy ścisk mojej dłoni dodaje mi nieco odwagi, więc zamykam oczy biorąc głęboki wdech i ponownie skupiam uwagę na Camille.
-To miał być jakiś kiepski żart? –starałam się przemawiać łagodnie, jednak zdawałam sobie sprawę, że zachrypnięty głos podkreśla tylko oschłość tych słów. Bliźniaczka uniosła brwi w zapytaniu, na które nie chciałam odpowiadać. Kolejny raz opowiadać te samą chorą historię mogło wprawić mnie w złamanie psychiczne.
-Ale o co Ci chodzi? –poirytowany głos siostry dobija mnie jeszcze bardziej. Nie potrafię określić, co się dzieje ostatnimi czasy ze mną i moją zachwianą równowagą. W jedną dobę moje życie dosłownie wywróciło się do góry nogami. Złowieszczy uśmieszek zagościł na twarzy mojej kopi. –Chyba nie jesteś zazdrosna?
Poczułam jak w gardle narasta mi wielka gula, której nie mogły zlikwidować kilkukrotne przełknięcia śliny. Obrzydliwe. Zacisnęłam mocnie dłonie czując pokłady energii w całym ciele.
Poczułam jak Devon gwałtownie wyrywa rękę z mojego uścisku, załamana powstrzymywałam cisnące się do oczu łzy, kiedy zorientowałam się, że nie zareagował tak ze względu na słowa Camille tylko na szron pokrywający jego dłoń. Całkiem możliwe, że odrobinę tracę kontrolę nad sobą, gdy szarpią mną emocje. Posyłam chłopakowi przepraszające spojrzenie, a gdy skina głową w moim kierunku z ręką schowaną w bluzie, wracam uwagą do bliźniaczki pochłoniętej teraz podziwianiem burego żwiru dziedzińca. Złapałam ją za nadgarstki i przyciągnęłam tak, by nasze identyczne buźki dzieliły tylko centymetry, a moje słowa dotarły do niej wystarczająco.
-Nie waż się tak więcej mówić. –warknęłam. Dziewczyna próbowała się wyrwać, na co moje ręce zaciskały się coraz mocniej wokół jej. Czułam silne pieczenie pod skórą palców, narastającą moc z chęcią wydostania się na zewnątrz, jednak tym razem starałam się to zahamować – owszem, byłam zła i zdegustowana ale nie chciałam nikogo skrzywdzić. Przynajmniej nie tym razem.
-Ja nie mogę, Lil, o co ci chodzi? –udawała rozdrażnioną lecz drżący głos wyraźnie zdradził jej strach. Jesteśmy bardzo podobne z wyglądu, różne z charakteru, niestety mimo to, takie same z nas idiotki.
-O to, że ten zboczeniec nie miał wczoraj oporów, żeby się ze mną lizać. –syknęłam przez zaciśnięte zęby. Naprawdę miałam dość. Wszystko to mnie tak.. przytłaczało, wręcz zgniatało. Ścisnęłam dłonie w pięści, próbując wytrzymać, przynajmniej kilka chwil, gdy do moich uszu doszedł dźwięk plasknięcia. Ułamek sekundy zajęło mi pojęcie, że siostra mnie spoliczkowała.
-Myśl sobie co chcesz ale zabraniam ci go obrażać. Mam przypomnieć ile dla nas zrobił? –spuściłam wzrok czując pieczenie na twarzy i zastanawiając się nad jej słowami. Owszem, chciałam czy nie, uratował mi ojca. Dzięki niemu znowu mogę z nim rozmawiać i wpatrywać się w jego najwspanialszy na świecie uśmiech, przeglądać zdjęcia sprzed lat i grać duety na gitarze. To jest dla mnie bezcenne, jednak czy nie można by znaleźć innej drogi? Oszukał mnie. Jest pieprzonym kłamcą i największym bydlakiem jakiego znam. Każdy medal ma dwie strony. –No właśnie. Więc siedź cicho i przynajmniej okaż okruch wdzięczności. Wcale nie musiał tego robić. –Camille rzuciła mi groźne spojrzenie i odeszła w kierunku, w który przed momentem udał się Gabriel.
Stałam w miejscu nie rozumiejąc zupełnie nic. Jak to możliwe, że jesteśmy jednojajowe, posiadamy ten sam gen? Czy on jej wyprał mózg? Albo zahipnotyzował. Ale z pewnością nie była przy zdrowych zmysłach, nie moja siostra.
Śledziłam ją wzrokiem do czasu, gdy nie zniknęła mi z oczu za rogiem akademii, wtedy to moje nogi odmówiły posłuszeństwa, ugięły się pode mną, a jedynym, co powstrzymywało mnie przed upadkiem były silne ramiona Devona zaciśnięte wokół mnie. Po policzkach ponownie zaczęły spływać łzy tym razem zaistniałe wraz z cichym szlochem. Wtuliłam się w ramię ciemnookiego, pragnąc jedynie, by już nigdy mnie nie zostawiał. Przenigdy. Odkąd go poznałam moje życie zostało zachwiane. Czułam się, jakbym stąpała po cienkiej linie nad dużą przepaścią, a on był dla mnie środkiem ciężkości, dzięki któremu nie spadam. Wciąż mi pomagał, wciąż mnie pocieszał. Co ja dla niego robiłam? Te rozmyślenia nie schodzą w dobrą stronę, zaraz ucieknę od niego pod presją własnych myśli, czego okropnie nie chciałam, dlatego decyduję się wyłączyć.
Po raz ostatni otarłam wierzchem dłoni słone policzki i posłałam chłopakowi nieśmiały uśmiech, żeby go utwierdzić w przekonaniu, że wszystko w porządku.
-Chodźmy gdzieś. Gdzieś, gdzie nikogo nie będzie. –chłopak nie czekał na dalszy rozwój wydarzeń i złapał mnie jedną ręką w tali ciągnąc w stronę wyjścia z Paresscot, za co byłam mu wdzięczna.
Nie szliśmy w żadne konkretne miejsce – po prostu przed siebie. W końcu głosy ludzi umilkły, szum ulicy ustał, a zastąpił to cichy śpiew ostatnich z ptaków, które nie wyleciały do cieplejszych krajów. Mój umysł też się rozluźnił, zapomniałam o całej sytuacji z bliźniaczką i jej nowym… znajomym. Cieszyłam się, że mogę tu być z ciemnookim, czuć bijące od niego ciepło. Przysiedliśmy na drewnianej ławce na jakimś odludziu, znudzeni ciągłym błąkaniem po nieznanych drogach. Przynajmniej dla mnie nieznanych. Podkurczyłam jedną nogę, opierając ją o ciemne siedzisko i zapatrzyłam się w małą wiewiórkę przeskakującą między gałęziami drzew.
-Devon. –jego imię wypłynęło impulsywnie z moich ust. Bez wytłumaczenia. Nie zwróciłam uwagi na jego pytający wyraz twarzy. Zaczął wiać mocniej wiatr, rozrzucając dokoła pojedyncze liście i poruszając lekko trawą. Oddałam się mu zamykając oczy i nastawiając twarz pozwalając na rozwianie moich krótkich włosów. Chciałam tu zostać. Oparłam głowę o bark chłopaka wzdychając lekko. Chciałam z nim zostać.
Devvvi? Wybacz za porę...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz