Ułożyłam się wygodnie na miękkim łóżku i tępo gapiłam w
sufit. Ten moment, kiedy twój organizm jest wycieńczony po dniu pełnym
niespodzianek, powieki same opadają na zmęczone sztucznym światłem oczy, jednak
w głowie dosłownie szumią miliony myśli naraz, uniemożliwiając upragniony sen,
nie należy do moich ulubionych. Zdecydowanie bardziej odpowiada mi wersja z
natychmiastowym oddaniem się w objęcia Morfeusza. Niestety, na dziś dzień mój
umysł zaplanował inny scenariusz i robi wszystko, żeby przetestować moją
wytrzymałość, która i tak ostatnimi czasy jest lekko naruszona. Zamiast liczyć nieskończoną ilość oklepanych baranów
przeskakujących przez płot postanawiam obserwować przezroczyste krople deszczu
zatrzymujące się na szybie i przesuwane co jakiś czas przez chłodny wiatr po
jej powierzchni. Zapewne jeszcze chwilę temu były nadzwyczajnymi płatkami
śniegu i wysypywały się z szarych chmur na niebie szukając przygód na ziemi, do
której nie dotarły w pierwotnej postaci. Pogoda brutalnie odbiera im marzenia.
Aczkolwiek, nie mogę narzekać: od jakiegoś czasu czekałam tylko na biały puch
lecący z nieba zwiastujący prawdziwą zimę – ulubioną przeze mnie porę roku.
Następstwem po tym są żółte światełka ozdabiające ulice miast, przystrojone
choinki na rynku i w poszczególnych sklepach, nieziemski zapach pierniczków w
zimnym powietrzu i wesołe reklamy w telewizji z motywem Mikołaja, które każdy
ogląda z kubkiem kakao w ręce.
Pozwalam sobie na skromne westchnięcie uwalniające mnie od emocji związanych z nadchodzącą zimą, na co reaguje moja niańka.
-Śpij. –neguje mnie otwierając tylko jedno oko z siedząc w fotelu przy łóżku.
-Przecież śpię. –mamroczę w poduszkę rozdrażniona zachowaniem własnego organizmu. Dość płynnym ruchem jak na wyczerpaną istotkę podnoszę się do pozycji siedzącej opierając brodę o zgięte kolana –A przynajmniej bardzo bym chciała.
Chłopak wstaje z siedziska i leniwym krokiem rusza do kuchni, by po chwili wręczyć mi szklankę wody. Dziękuję mu cicho i kosztuję bezsmakowego napoju.
-A ty? Czemu nie śpisz? –pytam bez konkretnego celu. Jako odpowiedź dostaję wzruszenie ramion i zamyślony wyraz twarzy. Po chwili jednak słyszę krótkie wyjaśnienie.
-Mam się tobą zajmować, więc co byłby ze mnie za opiekun gdybym sam zasnął na zmianie? –uśmiecha się do mnie niepewnie.
Opiekun.
Wyskakuję jak poparzona z łóżka, gdy myśl wpada do mojej głowy. Może przynajmniej uda mi się lekko przekimać… Chwytam w biegu gitarę schowaną za biurkiem i szybko wręczam ją zdezorientowanemu chłopakowi. Następnie rzucam się wręcz na łóżko zmuszona do tego przez nieprzyjemne zimno podłogi i przykrywam się kołdrą tak, żeby leżeć twarzą do Devona, który patrzy na mnie zgubiony. Wzdycham i tłumaczę wszystko po kolei.
-Opiekun. Mój tata tak na siebie mówił, kiedy byłam małym łobuzem. –uśmiecham się na to urocze wspomnienie wesołego i roztrzepanego rodzica, który był w stanie zrobić wszystko dla swoich ukochanych córeczek. Zapalał w nas płomyki swoich pasji i bacznie obserwował jak stajemy się lepsze od niego. Zawsze był dumny. Z nas. Ze mnie. –Jak nie mogłam wieczorem zasnąć często siadał na brzegu łóżka i grał mi na gitarze piosenki z dzieciństwa. –wbiłam wzrok w moją rękę miętoszącą skrawek prześcieradła i dodałam półgłosem –A słyszałam, że też potrafisz brzdąkać na tym cacku.
Chłopak patrzył na mnie jeszcze przez moment i gdy upewnił się, że już skończyłam zaczął dostrajać instrument. Po chwili jego palce zaczęły tworzyć niewyobrażalnie magiczną melodię, której nigdy nie słyszałam. Była spokojna ale nie nudna. Stanowczo nie. Przymykam powieki i dostosowuję oddech do rytmu kompozycji. Nie wiem po jakim czasie ale Devon przestał grać i coś się mnie zapytał, jednak nie dotarło do mnie co. Mruknęłam coś nieświadomie w odpowiedzi.
Sory. Ivy odlatuje do krainy wyobraźni.
Pozwalam sobie na skromne westchnięcie uwalniające mnie od emocji związanych z nadchodzącą zimą, na co reaguje moja niańka.
-Śpij. –neguje mnie otwierając tylko jedno oko z siedząc w fotelu przy łóżku.
-Przecież śpię. –mamroczę w poduszkę rozdrażniona zachowaniem własnego organizmu. Dość płynnym ruchem jak na wyczerpaną istotkę podnoszę się do pozycji siedzącej opierając brodę o zgięte kolana –A przynajmniej bardzo bym chciała.
Chłopak wstaje z siedziska i leniwym krokiem rusza do kuchni, by po chwili wręczyć mi szklankę wody. Dziękuję mu cicho i kosztuję bezsmakowego napoju.
-A ty? Czemu nie śpisz? –pytam bez konkretnego celu. Jako odpowiedź dostaję wzruszenie ramion i zamyślony wyraz twarzy. Po chwili jednak słyszę krótkie wyjaśnienie.
-Mam się tobą zajmować, więc co byłby ze mnie za opiekun gdybym sam zasnął na zmianie? –uśmiecha się do mnie niepewnie.
Opiekun.
Wyskakuję jak poparzona z łóżka, gdy myśl wpada do mojej głowy. Może przynajmniej uda mi się lekko przekimać… Chwytam w biegu gitarę schowaną za biurkiem i szybko wręczam ją zdezorientowanemu chłopakowi. Następnie rzucam się wręcz na łóżko zmuszona do tego przez nieprzyjemne zimno podłogi i przykrywam się kołdrą tak, żeby leżeć twarzą do Devona, który patrzy na mnie zgubiony. Wzdycham i tłumaczę wszystko po kolei.
-Opiekun. Mój tata tak na siebie mówił, kiedy byłam małym łobuzem. –uśmiecham się na to urocze wspomnienie wesołego i roztrzepanego rodzica, który był w stanie zrobić wszystko dla swoich ukochanych córeczek. Zapalał w nas płomyki swoich pasji i bacznie obserwował jak stajemy się lepsze od niego. Zawsze był dumny. Z nas. Ze mnie. –Jak nie mogłam wieczorem zasnąć często siadał na brzegu łóżka i grał mi na gitarze piosenki z dzieciństwa. –wbiłam wzrok w moją rękę miętoszącą skrawek prześcieradła i dodałam półgłosem –A słyszałam, że też potrafisz brzdąkać na tym cacku.
Chłopak patrzył na mnie jeszcze przez moment i gdy upewnił się, że już skończyłam zaczął dostrajać instrument. Po chwili jego palce zaczęły tworzyć niewyobrażalnie magiczną melodię, której nigdy nie słyszałam. Była spokojna ale nie nudna. Stanowczo nie. Przymykam powieki i dostosowuję oddech do rytmu kompozycji. Nie wiem po jakim czasie ale Devon przestał grać i coś się mnie zapytał, jednak nie dotarło do mnie co. Mruknęłam coś nieświadomie w odpowiedzi.
Sory. Ivy odlatuje do krainy wyobraźni.
***
Kiedy otwieram oczy spostrzegam Devona drzemiącego na tym
samym fotelu, co wieczorem. Za oknem jest jeszcze ciemno ale to normalne dla
tego kwartału. Wyślizguję się cicho z łóżka, żeby nie obudzić przyjaciela i
ruszam do kuchni w celu zrobienia sobie herbaty. W gruncie rzeczy, poranny
napar wszedł mi już w nawyk – od ciepłego kubka zaczynam każdy dzień.
Pozostawiając go do wystygnięcia czmycham do łazienki, żeby się przebrać i
umyć. Wychodzę z pomieszczenia kończąc czesać luźnego kucyka i kieruję kroki do
chłopaka.
-Połóż się. –szepczę, nachylając się do jego ucha. Chciałam go tylko przebudzić, żeby był przytomny na moment, który pozwoli mu się przenieść do mojego –pościelonego już- łóżka. A ponieważ on szanował mnie, chciałam zrobić to bez użycia dotyku odwzajemniając ten szacunek. Nie wiem czy mi wyszło. Ale chłopak otwarł zaspane oczy i popatrzył na mnie zaniepokojony. Uśmiechnęłam się, dając znak, że wszystko okej, po czym powtórzyłam. –Połóż się. Ja już wstałam i jestem wyspana. Ty całą noc spędziłeś w jednej pozycji, co jest nie zdrowe dla Ciebie. A jeśli ty nie będziesz zdrowy, to i ja nie będę, bo nie będzie nikogo, kto by się mną zajął. Więc? –widząc rozdarte i nieprzekonane spojrzenie ciemnookiego, dodałam –Spokojnie. Poradzę sobie i będę grzeczna. Obiecuję.
Na nasze szczęście, chłopak się podniósł z fotela i ciężko opadł na łóżko. Przykrywam go kołdrą i kocem widząc jego zmęczone ruchy i gaszę lampkę dającą mało, choć wystarczająco światła. Następnie wracam po upragniony kubek z ciepłą herbatą. Opieram się o szary blat kuchenny i sączę powoli parzący napar. I znów moją uwagę przyciąga bukiet kolorowych tulipanów, szczerze zapomnianych przez kogokolwiek, co potwierdza widok usychających liści. Z pomiędzy trzymających się jeszcze jako-tako kwiatów wystaje biała karteczka. Łapię ją między palec środkowy i wskazujący i unoszę na wysokość, z której rozróżnię poszczególne literki składające się w jedną całość.
-Połóż się. –szepczę, nachylając się do jego ucha. Chciałam go tylko przebudzić, żeby był przytomny na moment, który pozwoli mu się przenieść do mojego –pościelonego już- łóżka. A ponieważ on szanował mnie, chciałam zrobić to bez użycia dotyku odwzajemniając ten szacunek. Nie wiem czy mi wyszło. Ale chłopak otwarł zaspane oczy i popatrzył na mnie zaniepokojony. Uśmiechnęłam się, dając znak, że wszystko okej, po czym powtórzyłam. –Połóż się. Ja już wstałam i jestem wyspana. Ty całą noc spędziłeś w jednej pozycji, co jest nie zdrowe dla Ciebie. A jeśli ty nie będziesz zdrowy, to i ja nie będę, bo nie będzie nikogo, kto by się mną zajął. Więc? –widząc rozdarte i nieprzekonane spojrzenie ciemnookiego, dodałam –Spokojnie. Poradzę sobie i będę grzeczna. Obiecuję.
Na nasze szczęście, chłopak się podniósł z fotela i ciężko opadł na łóżko. Przykrywam go kołdrą i kocem widząc jego zmęczone ruchy i gaszę lampkę dającą mało, choć wystarczająco światła. Następnie wracam po upragniony kubek z ciepłą herbatą. Opieram się o szary blat kuchenny i sączę powoli parzący napar. I znów moją uwagę przyciąga bukiet kolorowych tulipanów, szczerze zapomnianych przez kogokolwiek, co potwierdza widok usychających liści. Z pomiędzy trzymających się jeszcze jako-tako kwiatów wystaje biała karteczka. Łapię ją między palec środkowy i wskazujący i unoszę na wysokość, z której rozróżnię poszczególne literki składające się w jedną całość.
Jedna wiosna w życiu bywa,
kwiaty kwitną jeden raz.
Jedna miłość jest prawdziwa.
Tylko ta co pierwszy raz.
~G.
kwiaty kwitną jeden raz.
Jedna miłość jest prawdziwa.
Tylko ta co pierwszy raz.
~G.
-Acha? –mówię kpiąco wkładam karteczkę z powrotem wśród
wielobarwne tulipany, jednak ostatecznie decyduję się wepchnąć skrawek papieru
do wody w wazonie. Czemu nie? Dopijam ulubiony napój i na palcach przechodzę do
pokoju, z zamysłem nauki. Może jak zrobię to teraz to Devi odpuści mi
popołudniu? Otwieram książkę do historii, za którą faktycznie przepadam i
wertuję po kolei kartki zapisane ogromem malutkich literek i mało ciekawych obrazków.
Nie jest ze mną źle. Materiał łatwo wchodzi mi do głowy, dużo rzeczy już też
znam. W momencie, gdy zamykam podręcznik, jakby synchronicznie ze mną, słyszę
pukanie do drzwi. Odwracam szybko głowę, żeby sprawdzić czy dźwięk nie obudził
śpiącego przyjaciela, jednak zgaduję, że był naprawdę wyczerpany, bo spał jak
zabity. Podchodzę do drzwi wejściowych ale ogarnia mnie zdumienie, kiedy za
nimi nie spotykam żywej duszy. Za to pod nogami, przy progu leży opakowana w
czerwoną tasiemkę… bombonierka.
Serio?
Przecież to banalne.
Szybkim ruchem schylam się i zabieram pakunek rozglądając się jeszcze za tajemniczym nadawcą. Niestety, nikogo nie widzę, więc tylko zaryglowuję drzwi. Podchodzę do kanapy w salonie i przysiadając na niej lustruję opakowanie prezentu.
Czekolada gorzka z orzechami.
Ups.
Ktoś tu nie wie, że mam alergię.
Z bombonierką w ręku kieruję się do kuchni aby odłożyć ją w odpowiednie miejsce, za jakie uważam kosz na śmieci. Gdy przedmiot ma już odkleić się od mojej dłoni, słyszę za sobą zaspany (?!) głos i widzę jego właściciela opierającego się o framugę i przecierającego oko.
-Czemu to wyrzucasz?
Serio?
Przecież to banalne.
Szybkim ruchem schylam się i zabieram pakunek rozglądając się jeszcze za tajemniczym nadawcą. Niestety, nikogo nie widzę, więc tylko zaryglowuję drzwi. Podchodzę do kanapy w salonie i przysiadając na niej lustruję opakowanie prezentu.
Czekolada gorzka z orzechami.
Ups.
Ktoś tu nie wie, że mam alergię.
Z bombonierką w ręku kieruję się do kuchni aby odłożyć ją w odpowiednie miejsce, za jakie uważam kosz na śmieci. Gdy przedmiot ma już odkleić się od mojej dłoni, słyszę za sobą zaspany (?!) głos i widzę jego właściciela opierającego się o framugę i przecierającego oko.
-Czemu to wyrzucasz?
Devon? Tym razem tylko 1130 słów c;
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz