niedziela, 30 października 2016

Od Devona do laurenca

Powlokłem nogami kilka kroków, po czym zboczyłem ze ścieżki wgłąb ciemniejącego lasu. Towarzysz imieniem Leurence nie przewidział moich planów co - szczerze - bardzo mnie uradowało. Zawędrowałem w  przód kilka kroków, po czym zwróciłem się w stronę w której kierunku jeszcze chwilę temu kroczyłem. Znów ogarnęło mnie przyjemne poczucie samotności, w którym od niedawna tak się miłuję. Ponownie natrafiając na tą samą ścieżkę słyszę głośny krzyk. Kolega Laurence chyba nie jest zadowolony z samotności. Pełen gniewu okrzyk mojego imienia obchodzi mnie tyle co dzisiejszy śnieg, który swoją drogą tak wcześnie padać nie powinien. W przeciągu kolejnego kwadransa chmury pociemniały o kolejne trzy tony, a nieoczekiwany deszcz otulił całą okolicę w przeciągu kilku mil. Nie było co próbować nie zmoknąć. Z doświadczenia wiem, że w taką pogodę nie da się nie zmoknąć. Krokiem wypełnionym nonszalancją napawam się okolicznościami przyrody. Wysoka górka, na której aktualnie znajduję się okazuje się idealnym punktem widokowym na duży skrawek lasu, pośród którego wyłania się akademia. Do deszczu dochodzi silny wiatr, targając koronami drzew w każdym możliwym kierunku. Tak samo jak moimi włosami. Wracam na teren akademii już po ciemku, będąc przemoczonym do suchej nitki, z lekkim bólem gardła oraz nieustającym katarem. Odnajdując drogę do budynku z pokojami natykam się również na czyjąś sylwetkę. Wysoka postać błądzi w ciemnościach, próbując jednak przy tym zachować pozory. Bez większego zainteresowania udaję się do swoich czterech ścian, gdzie spędzam resztę nocy. Poranek - choć ciepły - nadal niesie ze sobą ciągłe opady deszczu oraz silne porywy wiatru. Cały poranek przyglądam się jak uczniowie akademii biegają w jej kierunku próbując nie zmoknąć. Wychodzi na to, że nikomu się nie udaje. Kiedy godzina wskazuje za piętnaście dziewiątą zbieram się ze swojego lokum aby udać się na codzienne zajęcia. Idzie mi szybko, łatwo i sprawnie, toteż jestem na szkolnym korytarzu już za dziesięć dziewiąta całkiem suchy. Czekam pod jednym z okien cały czas obserwując pogodę, kiedy coś szarpie mnie za ramię. Natychmiastowo znikam z miejsca, pojawiając się z drugiej strony korytarza. Rozwścieczony wzrok chłopaka dobija się do mnie z każdej strony. Moim zadaniem jest obecnie zachowanie stoickiego spokoju, co jest ciężkie z powodów mojej małej fobii. Podchodzi do mnie i kolejny raz wyciąga dłoń w moim kierunku. Chciał się przywitać czy też dać mi w twarz - interesujące, jednak nie było dane żadnemu z nas tego sprawdzić bo kolejny raz znalazłem się za jego plecami.
- Devon -zaakcentował głośno moje imię, mając jednocześnie zaciśniętą szczękę z wściekłości - chodź no tu, nie uciekaj jak panienka. Boisz się? - ganiamy się po korytarzu niczym kotek i myszka, całym szczęściem na razie wygrywa mysz. - Nie lubię kiedy ktoś mnie wystawia - dodaje już ciszej, kiedy w końcu udaje mu się chwycić mnie za bluzę. Stoi cholernie blisko i ma jeszcze czelność mnie dotykać. Stawiam kroki do tyłu do czasu, aż nie napotykam ściany. Laurence idzie za mną, nie wypuszczając z objęć swojej zwierzyny. Zaciskam usta w wąską linijkę, nadal powstrzymując się od tego, co mogło by się stać, gdybym tego nie robił. Pałające furią oczy i ogniki w samych źrenicach chłopaka gasną w jednej chwili, kiedy głośny krzyk dobiegający z drugiej strony korytarza uderza w nasze uszy. Zostaję uwolniony, a Laurence odsuwa się ode mnie kilka kroków. Główny nauczyciel, no to chłopak wpadł.
- Co to ma znaczyć, panie Bentley? - ostre niczym brzytwa słowa tną Laurenca zmuszonego teraz do pokory pomimo swoich emocji. Cisza wyraźnie nie jest dobrą odpowiedzią dla pana Lancowskiego, toteż zwraca się do mnie - Może pan Bostick mnie oświeci - kiwam przecząco głową. Nie jestem typem kabla. - Nie? Zatem będzie pan musiał sam się tłumaczyć - kolejny raz wwierca swoim spojrzeniem chłopaka w ścianę. - Natychmiast, ze mną - wskazuje ręką dobrze znany mi kierunek tak zwanego gniazda smoków, czyli inaczej pokoju nauczycieli połączonego ze swoistym dywanikiem dyrektora. Dobrze znanego mi przez częste zmiany grafików, po które wiecznie trzeba się tam fatygować samemu. - A pan niech wraca na zajęcia - w całym tym zamieszaniu nie usłyszałem nawet dzwonka ogłaszającego rozpoczęcie lekcji. Kiwam potakująco głową i zmierzam do klasy.
- Jeszcze się spotkamy - dostaję na odchodne od chłopaka. Już się nie mogę doczekać, przebiega mi przez myśl.

Laurence? Proszę tylko bez żadnego mordobicia ;d

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz