- Mam się bać?- Uniosłam jedną brew. Ale zostałam bez odpowiedzi. Westchnęłam i schowałam głowę między kolana. Cicho się zaśmiałam, tak bez powodu. ale potem zachciało mi się płakać. Co się ze mną dzieje?! Czy to...no nie. Wstałam jak oparzona i oddychając głęboko znów kręciłam się tu i tam. Moje ręce zaczęły drżeć, robiąc się zimne jak lody. Urywki zdarzeń...Tych zdarzeń migały mi przed oczami.
- Musimy jechać.- Powiedziałam szybko, podchodząc do motoru, który, swoją drogą, był bardzo ładny. Zaczęłam zakładać kask, ale ze zdenerwowania założyłam go na odwrót i kilka razy musiałam go poprawiać.
- Czemu?- Chłopak spojrzał na mnie kątem oka. Mam ochotę wrzucić o do tego jeziora i utopić własnymi rękami.
- Bo tak!- Krzyknęłam przez zaciśnięte zęby. Nie rozumiał mnie. dalej leżał, ignorując moje polecenie. Chwilę stałam mając nadzieję, że w końcu się podniesie i pojedziemy do miasta. Ale po chwili złość dała górę, więc zbliżyłam się do niego. Miał zamknięte oczy. Pochyliłam się i głośno wypuściłam powietrze z płuc.- Jeśli się w tej chwili nie ruszysz, to na prawdę nie ręczę za siebie.- Posłałam mu gniewne spojrzenie. Bez słowa wstał i otrzepał się. Widząc jego leniwe ruchy, pospieszałam go.
- Czemu mam jechać?- Oparł się na swoim pojeździe.
- Daniel, ty nic nie rozumiesz!- Kopnęłam kamień leżący obok mnie. Ten, z dużą prędkością poleciał do wody.- Musimy jechać do miasta. JA muszę! Nie pytaj, czemu, nie pytaj po co, tylko jedź! Inaczej..będzie źle.- Wsiadłam na tylne miejsce, a on przede mną. Ruszył na pełnym gazie, lecz teraz nawet nie fatygowałam się by choć złapać się jego. Cały czas czułam tą narastającą złość, chęć rozwalenia wszystkiego co miałam w zasięgu wzroku.
Droga niemiłosiernie mi się dłużyła, mimo, iż jechaliśmy z dosyć dużą prędkością. Rozglądałam się mętnie na boki. W pewnym momencie się zatrzymaliśmy. Jednak, nie był to akademik, a jakieś uliczki. Minęło nas kilka osób.Czemu on mnie tu przywiózł?
- Co to za miejsce?- spojrzałam na niego niespokojnie.
- Akademik jest tam- pokazał na budynek, znajdujący się kilka przecznic dalej. Kiwnęłam głową i szybkim krokiem pognałam w stronę mojego ulubionego parku. Nie zważając na czerwone światło, przebiegłam przez ulicę. Kierowcom posyłałam przepraszające spojrzenia, choć to niewiele dawało. Po tym, już nie byłam sobą. Na skwerze, który był na środku tego miejsca. A tam? Jakiś dwóch chłopaków i dziewczyna, wyższa ode mnie. Gdy tylko spojrzałam w ich kierunku, wiedziałam wszystko co było mi potrzebne. Wiedziałam, czego się boją. Jak? To nie ma związku ze snami? Otóż ma. Większości rzeczy boimy się bardziej, gdy widzimy je w śnie...Gdy sami doświadczamy rzeczy, które nas przerażają. Cicho się zaśmiałam. Brunet z wytatuowaną prawie każdą częścią ciała, skórzanej kurtce i lekkim zarostem- klauni w przebraniach baletnic z "krwawymi" uśmiechami. Drugi chłopak, blondyn- pająki wielkości samochodów....I dziewczyna- śmierci rodziców, oraz ciemność. Nie ma czegoś lepszego?! Takie coś to ja w podstawówce umiałam. Ale, ale...Wysoki mężczyzna w marynarce. Wyglądał na takiego szczęśliwego i w ogóle...Idealny.
Podeszłam do niego z uśmiechem i się przywitałam.
- Dzień dobry, mogłabym zająć Panu chwilkę?- Zrobiłam minę małej dziewczynki, proszącej o cukierki.
- Nie, przepraszam. Śpieszę się.- Odparł beznamiętnie. Więc udaje miłego...
Zanim odszedł, złapałam go za ramię.- A może jednak??
W tedy, ten facet "zaciągnął" mnie w bardziej odosobnione miejsce. Odsłaniając przypadkiem rękaw, zobaczyłam tatuaż. Znany mi bardzo dobrze...teraz złość zmieniła się w strach. Zaczęłam się wyrywać, jednak to nic nie dało. Był zbyt silny...W końcu zatrzymaliśmy się pośród drzew.
Miałam ochotę krzyknąć. Ale zasłonił mi usta.
Wpatrywał się w moje oczy, do których zaczęły napływać łzy.
- Niem mów, że się boisz? Jesteś tak podobna do matki...- Zaśmiał się kpiąco.
- Zostaw mnie. Nie masz prawa o niej mówić- warknęłam i złapałam za jego rękę którą mnie przetrzymywał. Ten facet jest wcieleniem zła. Jest demonem. Przez niego moja mama nie żyje, przez niego moje poukładane życie legło w gruzach. Po chwili, poczułam ogromny ból na ramieniu. Spojrzałam tam- mała rana, za to nieźle krwawiąca. Skąd on się u wziął?
Myślałam, że nie dam rady, że całkiem się rozkleję...A tu proszę. Pan koszmar się obudził. Straciłam panowanie nad swoim ciałem, gdy w mgnieniu oka zamieniłam się z mężczyzną miejscami. Trzymałam go za kark. Gdybym była wyższa, zapewne ledwie dotykałby ziemi. Ale że nie jestem- Zmuszony był ugiąć kolana. Uśmiech zagościł na mojej twarzy. Wzrokiem wywierciłam mu głęboką dziurę między oczami. Po chwili, usłyszałam jego jęk. Próbował zamknąć oczy- nie udało się. Zmuszony był widzieć to, czego nienawidził. Wszystkie krzywdy, jakie go spotkały. W tedy, mój uścisk się poluźnił. Głód odszedł, lecz dalej miałam ochotę go zabić. W ostatniej chwili puściłam go, przez co osunął się na ziemię. Beznamiętnie odeszłam, zostawiając go. Ranę zasłoniłam kurką, sycząc co chwilę. Chciałam jak najszybciej dojść do mojego kochanego, cieplutkiego pokoiku i zostać tam na zawsze.
<Daniel?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz