sobota, 29 października 2016

Od Ivy cd. Devona

Jak zwykle wstałam całe piętnaście minut za późno. Kilka sekund więcej i nie zdążylibyśmy na autobus. Ale halo?! Szłam do ludzi c’nie? Trzeba jakoś wyglądać. Przez ten pośpiech nie zdążyłam rano zjeść śniadania, dlatego ucieszyłam się, kiedy Devon zaproponował pójście na śniadanie, bo mój brzuch zaczął wydawać coraz głośniejsze, niekontrolowane odgłosy. Mniej zadowolona byłam, gdy okazało się, że idziemy do punktu z chińskim żarciem. 

Panie i Panowie tak właśnie umiera moja dieta.
Mimo to, jedzenie było wyborne i nawet chyba przestałam żałować tych wagarów, bo –warto wspomnieć – nie poszłam na nie z wielkim entuzjazmem. Po zjedzeniu, kiedy już zapłaciliśmy i staliśmy przed wejściem jadłodajni, a dookoła nas było masa tych czerwonych, azjatyckich lampionów z czarnymi symbolami smoków Devon zapytał:
-To co teraz? –zrobiłam zaskoczoną minę. Spodziewałam się, że słynny Pan Zagadka, Pan Poważny zaplanował cały dzień na mieście. Postarałam się, żeby mój wyraz twarzy wrócił do obojętnego ale nie wiem czy mi wyszło. Musiałam chwilę pomyśleć, zanim w głowie zawitał mi pewien pomysł. Postanowiłam wykorzystać okazję i wstąpić do…
-Cóż… Pewnie Cię nie zdziwi moja decyzja ale proponuję iść na chwilkę do Centrum Handlowego. –widząc jego zniesmaczoną minę dodałam: -Ale tylko na momencik.
Nigdy nie widziałam, żeby Devon się tak… wlókł. Odniosłam wrażenie, że robi to specjalnie. Nie, nie myślałam. Ja to wiedziałam
Po dotarciu do galerii poczułam się przytłoczona. Nie przepadam za łażeniem po sklepach, przymierzaniem wszystkiego dookoła i spędzaniem w tym miejscu dwie trzecie swojego wolnego czasu. Dlatego też weszłam tylko do jednego –mojego ulubionego, tak na marginesie. Inaczej jest, kiedy włóczysz się po korytarzach nie wiedząc co ze sobą zrobić, a inaczej gdy wpadasz do konkretnego sklepu, zabierasz co potrzebujesz i wychodzisz. Tak właśnie zamierzałam zrobić tym razem. Przechadzając się między równo ułożonymi wieszakami z kolorową odzieżą, moim oczom ukazała się wyszukiwana od jakiegoś czasu czarna koszula w cienką, białą kratę. Ideał. Chwyciłam ją i parę leżących nieopodal jasnych jeansów z dziurami na kolanach i czym prędzej pobiegłam do przymierzalni, oglądając się za siebie czy mój towarzysz wciąż gdzieś się tu kręci. Stał w jednym miejscu i przypatrywał mi się z krzywym uśmiechem na twarzy. Kiwam głową w stronę przymierzalni i mówię bezgłośnie tak, żeby mógł wyczytać z moich ruchów warg: Chodź. Chłopak unosi brwi w geście niedowierzania, wzdycha ciężko i z miną skazańca idzie za mną. Droczy się… prawda? Za zasłoną przebieram się w pachnące nowością ubrania i wychodzę do Devona.
-I jak? –pytam i spoglądam na niego ze spuszczoną głową, delikatnie przygryzając dolną wargę. On jednak pokazuje mi wieszak z kruczoczarną bluzą bez kaptura z cienkim, równym, białym napisem Stubborn*. Spojrzałam na niego. Wbijał teraz twardo wzrok w błyszczącą podłogę. Parsknęłam śmiechem i momentalnie zakryłam usta dłonią, żeby to powstrzymać. Popatrzył na mnie z nutą zażenowania i wstydu, a ja nic sobie z tego nie robiąc podbiegłam do niego i z dziecinnym uśmieszkiem zabrałam wieszak z nową miłością. Ta bluza była chyba uszyta specjalnie dla mnie. Nie dość, że określała mnie w jednym, ścisłym słowie to jeszcze leżała idealnie. Wyszłam zza zasłony i popatrzyłam na Devona. Wyraz twarzy miał zdecydowanie obojętny i poważny, jednak zdradziły go oczy. Wyglądały jakby jakiś mały, energiczny ognik tańczył w nich nadając im błysku ekscytacji i zadowolenia. Niemożliwe. Zanotować: Pan Poważny ujawnia kolejne emocje. Wychodzę ze sklepu z ukochaną bluzą, spodniami, koszulą i ciepłym szalikiem w kratę, który równie dobrze mógłby robić za koc. Devon milknie.

***


Wchodząc do pokoju, pierwsze co zrobiłam po rozebraniu się z pierwszej warstwy to było –dosłownie- walnięcie się na łóżko.
-Mój ty skarbie najukochańszy. Wyjdziesz za mnie? –spytałam w poduszkę, mając oczywiście na myśli moje magiczne łóżko. Po wyjściu z galerii, którą opuszczaliśmy równie szybko, co do niej wchodziliśmy postanowiliśmy odwiedzić Starbucks’a, a następnie pójść do kręgielni. Wygrał. Byłam na niego zła, bo nie lubię przegrywać ale z drugiej strony cieszyłam się, że nie potraktował mnie jakbym była ostatnią ciotą, która może podciąć sobie żyły tylko dlatego, że została ograna. Myślę, że mogę zaliczyć ten dzień do zakładki ‘udane’. Naprawdę dobrze się bawiłam.Zobaczymy tylko co powiedzą nauczyciele. Ale teraz nie zawracam sobie tym głowy i odpływam w głęboki, twardy sen.
*Stubborn -uparciuch

<Devon? Żenująca kupa ale wierzę, że wybrniesz c; >

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz