Jak zwykle wstałam całe piętnaście minut za późno. Kilka
sekund więcej i nie zdążylibyśmy na autobus. Ale halo?! Szłam do ludzi c’nie?
Trzeba jakoś wyglądać. Przez ten pośpiech nie zdążyłam rano zjeść śniadania,
dlatego ucieszyłam się, kiedy Devon zaproponował pójście na śniadanie, bo mój
brzuch zaczął wydawać coraz głośniejsze, niekontrolowane odgłosy. Mniej zadowolona
byłam, gdy okazało się, że idziemy do punktu z chińskim żarciem.
Panie i Panowie tak właśnie umiera moja
dieta.
Mimo to, jedzenie było wyborne i nawet chyba przestałam żałować tych
wagarów, bo –warto wspomnieć – nie poszłam na nie z wielkim entuzjazmem. Po
zjedzeniu, kiedy już zapłaciliśmy i staliśmy przed wejściem jadłodajni, a
dookoła nas było masa tych czerwonych, azjatyckich lampionów z czarnymi
symbolami smoków Devon zapytał:
-To co teraz? –zrobiłam zaskoczoną minę. Spodziewałam się, że słynny Pan
Zagadka, Pan Poważny zaplanował cały dzień na mieście. Postarałam się, żeby mój
wyraz twarzy wrócił do obojętnego ale nie wiem czy mi wyszło. Musiałam chwilę
pomyśleć, zanim w głowie zawitał mi pewien pomysł. Postanowiłam wykorzystać
okazję i wstąpić do…
-Cóż… Pewnie Cię nie zdziwi moja decyzja ale proponuję iść na chwilkę do Centrum
Handlowego. –widząc jego zniesmaczoną minę dodałam: -Ale tylko na momencik.
Nigdy nie widziałam, żeby Devon się tak… wlókł. Odniosłam wrażenie, że robi to
specjalnie. Nie, nie myślałam. Ja to wiedziałam.
Po dotarciu do galerii poczułam się przytłoczona. Nie przepadam za łażeniem po
sklepach, przymierzaniem wszystkiego dookoła i spędzaniem w tym miejscu dwie
trzecie swojego wolnego czasu. Dlatego też weszłam tylko do jednego –mojego ulubionego,
tak na marginesie. Inaczej jest, kiedy włóczysz się po korytarzach nie wiedząc
co ze sobą zrobić, a inaczej gdy wpadasz do konkretnego sklepu, zabierasz co
potrzebujesz i wychodzisz. Tak właśnie zamierzałam zrobić tym razem. Przechadzając
się między równo ułożonymi wieszakami z kolorową odzieżą, moim oczom ukazała
się wyszukiwana od jakiegoś czasu czarna koszula w cienką, białą kratę. Ideał.
Chwyciłam ją i parę leżących nieopodal jasnych jeansów z dziurami na kolanach i
czym prędzej pobiegłam do przymierzalni, oglądając się za siebie czy mój
towarzysz wciąż gdzieś się tu kręci. Stał w jednym miejscu i przypatrywał mi
się z krzywym uśmiechem na twarzy. Kiwam głową w stronę przymierzalni i mówię
bezgłośnie tak, żeby mógł wyczytać z moich ruchów warg: Chodź. Chłopak unosi brwi w geście niedowierzania, wzdycha ciężko i
z miną skazańca idzie za mną. Droczy się… prawda? Za zasłoną przebieram się w
pachnące nowością ubrania i wychodzę do Devona.
-I jak? –pytam i spoglądam na niego ze spuszczoną głową, delikatnie przygryzając
dolną wargę. On jednak pokazuje mi wieszak z kruczoczarną bluzą bez kaptura z
cienkim, równym, białym napisem Stubborn*. Spojrzałam na niego. Wbijał teraz twardo
wzrok w błyszczącą podłogę. Parsknęłam śmiechem i momentalnie zakryłam usta
dłonią, żeby to powstrzymać. Popatrzył na mnie z nutą zażenowania i wstydu, a
ja nic sobie z tego nie robiąc podbiegłam do niego i z dziecinnym uśmieszkiem
zabrałam wieszak z nową miłością. Ta bluza była chyba uszyta specjalnie dla
mnie. Nie dość, że określała mnie w jednym, ścisłym słowie to jeszcze leżała
idealnie. Wyszłam zza zasłony i popatrzyłam na Devona. Wyraz twarzy miał
zdecydowanie obojętny i poważny, jednak zdradziły go oczy. Wyglądały jakby
jakiś mały, energiczny ognik tańczył w nich nadając im błysku ekscytacji i
zadowolenia. Niemożliwe. Zanotować: Pan
Poważny ujawnia kolejne emocje. Wychodzę ze sklepu z ukochaną bluzą,
spodniami, koszulą i ciepłym szalikiem w kratę, który równie dobrze mógłby
robić za koc. Devon milknie.
***
Wchodząc do pokoju, pierwsze co zrobiłam po rozebraniu się z
pierwszej warstwy to było –dosłownie- walnięcie się na łóżko.
-Mój ty skarbie najukochańszy. Wyjdziesz za mnie? –spytałam w poduszkę, mając
oczywiście na myśli moje magiczne łóżko. Po wyjściu z galerii, którą
opuszczaliśmy równie szybko, co do niej wchodziliśmy postanowiliśmy odwiedzić
Starbucks’a, a następnie pójść do kręgielni. Wygrał. Byłam na niego zła, bo nie lubię
przegrywać ale z drugiej strony cieszyłam się, że nie potraktował mnie jakbym
była ostatnią ciotą, która może podciąć sobie żyły tylko dlatego, że została
ograna. Myślę, że mogę zaliczyć ten dzień do zakładki ‘udane’. Naprawdę dobrze się bawiłam.Zobaczymy tylko co powiedzą nauczyciele. Ale teraz nie
zawracam sobie tym głowy i odpływam w głęboki, twardy sen.
*Stubborn -uparciuch
<Devon? Żenująca kupa ale wierzę, że wybrniesz c; >
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz