- Proszę pana - rozpoczynam wypowiedź miłym akcentem, nie chcąc wyjść jednak na totalnego kretyna przestaję po tych dwóch słowach - mamy dziś sobotę. Zdaje się, iż w soboty oraz niedziele wolno nam opuścić teren - to właśnie zamierzamy zrobić. - mieszanka kwaśnej, zaskoczonej ale i rozbawionej miny nauczyciela detonuje mnie od środka. Mam ochotę parsknąć głośnym śmiechem, skutecznie jednak powstrzymuję napad i dodaję. - Będziemy grzeczni. Nikt nie musi nas pilnować - w tym momencie również Ivy rozumie o co mi chodziło. Dusząca się śmiechem dziewczyna za moimi plecami nie pomaga w negocjacjach, które tak czy owak wygrywam. Po pożegnaniu się ruszamy (obdarzeni w szerokie uśmiechy i dziwne skojarzenia) w stronę parkingu za głównym budynkiem akademii. Tak jak to załatwiłem - czarny, terenowy model auta marki BMW czeka na nas grzecznie zaparkowany w cieniu. Podchodzę do niego, zauważając przy tym brak dziewczyny obok.
- Chyba oszalałeś - śmieje się przez łzy w oczach, nadal stojąc w miejscu i tasując wzrokiem wóz.
- Jak najbardziej nie - rzucam z szelmowskim uśmiechem, szeleszcząc kluczami schowanymi w kieszeni. - Jak już jechać - to z klasą - dodaję otwierając tylne drzwi samochodu i pakując tam swoją torbę z rzeczami. Odbieram również bagaż Ivy, po czym otwieram dla niej drzwi i czekam aż wsiądzie do środka.
- Masz prawo jazdy? - pyta niepewnie wsiadając do środka, na co prycham z pogardą i również zajmuję swoje miejsce. Pierwszym ruchem jest włożenie kluczy do stacyjki oraz wybranie odpowiedniej muzyki. Kiedy gładko odpalam silnik stacja zmienia się. A raczej zmienia ją dziewczyna. Toczymy walkę o muzykę przez kilka minut, aż nie dochodzimy do kompromisu. W taki oto sposób zaczyna się trzygodzinna podróż do jej celu. Musi się jej spodobać, na pewno się spodoba.
***
Pewien mały incydent na drodze pojawia się pośrodku jakiegoś cholernego zadupia bez grosza przy tyłku - no nieźle. Miejscowy mechanik - o tyle łaskawy - pożyczył nam nieco benzyny, abyśmy mieli szansę dojechać do najbliższej stacji benzynowej, gdzie wypełniliśmy bak do pełna (a i Ivy miała przy tym nieco zabawy). Kiedy zorientowałem się o braku pieniędzy zagadnąłem o to dziewczynę, lecz ta również nic ze sobą nie wzięła. I tak, przechadzając się pomiędzy sklepowymi półkami, zapełnionymi przeróżnymi specyfikami w oczy wpada mi banknot leżący na ziemi, wsunięty za nogę jednej z szafek. Kiedy się po niego schylam, okazuje się iż banknotów jest więcej. Udaje nam się zapłacić, dokupić prowiantu (obrabować sklep z jedzenia) i ponownie ruszyć w drogę.. słuchając muzyki country, znienawidzonej przeze mnie jak i Ivy. Właściwie oboje znienawidziliśmy ją dzisiaj. Każdy o zdrowym rozsądku miał by to samo, jeśli musiałby słuchać tego samego przez tyle czasu, ile robiliśmy my tego dnia.
***
Leśny trakt prowadzący wprost do mej hacjendy otoczony jest przez gęsty las, w którym jak i wszędzie dookoła drzewa gubią liście. Każdy z nich jest inny pod względem kształtu i koloru. Na zewnątrz powiewa lekki choć ciepły wiatr, nietypowy dla jesieni. Ivy bacznie ogląda okolicę przez okno, a spokojna nuta lecąca z radia dodaje wyjątkowego klimatu. Poruszamy się powoli, jakby mając dużo czasu w zanadrzu, co poniekąd może być prawdą. W końcu wjeżdżamy na dużą połać pustego terenu, zapełnionego jedynie drewnianymi ogrodzeniami dla zwierząt, których na razie tu brak. Dookoła tego wszystkiego oczywiście sterczą drzewa, tworząc mur z dużych pni oraz parasol z gałęzi. Następnie droga zwęża się i rozchodzi się w dwie strony. Staję na moment, zerkając na dziewczynę.
- Trasa widokowa czy szybko do domu? - pytam ją, na co otrzymuję obojętne spojrzenie. Wybieram trasę widokową, w zasadzie samemu chcąc przypomnieć sobie piękno tego miejsca. W przeszłości udało mi się spędzić tu kilka dni oraz nocy, teraz jednak tęskno mi za tą okolicą i żałuję, że nie było mnie tu częściej. Skręcamy na lewo i już po chwili wyjeżdżamy na spore wzniesienie. Droga jest stroma i uboga w roślinność, jednakże widok na stare zamczysko zapiera dech w piersi. Wychodzę z auta i opieram się o maskę, obserwując mury dawnej siedziby królów majaczącej w oddali. Najwyższa wieża styka się z błękitnym niebem, reszta zaś otoczona jest przez kolorowy las. Jasne promienie słońca prześwitują pomiędzy ubytkami w zamku, oświetlając naszą trasę. Dołącza do mnie dziewczyna, również bez słowa na ustach. Tego widoku nie da się opisać czy pokazać na zdjęciu, to po prostu trzeba zobaczyć na własne oczy. Wznawiając podróż miejsce zbiera pochwały od dziewczyny, zaś ja słucham ich tylko i potakuję głową. Wkrótce zza gęstwiny lasu wyłania się niewielki, acz przytulnie wyglądający domek stworzony z jasnego drewna. Niewielki ganek przed wejściem i ławka, na której spędzałem godziny oglądając wschody i zachody słońca jak i pełnie księżyca przywraca miłe wspomnienia. Wysypany żwirem podjazd chrupie pod naciskiem opon, dopóki te nie zatrzymują się za domem. Jezioro sięgające samego lasu rozpoczyna się kilkanaście metrów za naszym tymczasowym lokum, z którego to wychodzi niewielka ścieżka aż pod samo molo. Prowadzi ono na środek spokojnie stojącego jeziora, odbijającego błękitne niebo tak dokładnie, iż stojąc pośrodku byłbyś pewien, że wisisz w powietrzu. Zabieram nasze rzeczy i wchodzę do domu. Od razu przynoszę z dworu trochę drewna na rozpałkę w kominku stojącym na środku salonu. W lodówce znajduję jedynie światło, więc zapełniam ją szybko przedmiotami zakupionymi na stacji benzynowej. Zmęczony podróżą przysiadam na kanapie przysłuchując się trzaskom spalanego drzewa i przyglądając się tańczącym płomieniom ognia. To będzie jeden z tych weekendów, którego potem będę tak bardzo żałował. Tak bardzo żałował, że już przeminął i nigdy się nie powtórzy.
Ivy? Jeden dom - jedno łóżko - zapowiada się ciekawie ;D
Leśny trakt prowadzący wprost do mej hacjendy otoczony jest przez gęsty las, w którym jak i wszędzie dookoła drzewa gubią liście. Każdy z nich jest inny pod względem kształtu i koloru. Na zewnątrz powiewa lekki choć ciepły wiatr, nietypowy dla jesieni. Ivy bacznie ogląda okolicę przez okno, a spokojna nuta lecąca z radia dodaje wyjątkowego klimatu. Poruszamy się powoli, jakby mając dużo czasu w zanadrzu, co poniekąd może być prawdą. W końcu wjeżdżamy na dużą połać pustego terenu, zapełnionego jedynie drewnianymi ogrodzeniami dla zwierząt, których na razie tu brak. Dookoła tego wszystkiego oczywiście sterczą drzewa, tworząc mur z dużych pni oraz parasol z gałęzi. Następnie droga zwęża się i rozchodzi się w dwie strony. Staję na moment, zerkając na dziewczynę.
- Trasa widokowa czy szybko do domu? - pytam ją, na co otrzymuję obojętne spojrzenie. Wybieram trasę widokową, w zasadzie samemu chcąc przypomnieć sobie piękno tego miejsca. W przeszłości udało mi się spędzić tu kilka dni oraz nocy, teraz jednak tęskno mi za tą okolicą i żałuję, że nie było mnie tu częściej. Skręcamy na lewo i już po chwili wyjeżdżamy na spore wzniesienie. Droga jest stroma i uboga w roślinność, jednakże widok na stare zamczysko zapiera dech w piersi. Wychodzę z auta i opieram się o maskę, obserwując mury dawnej siedziby królów majaczącej w oddali. Najwyższa wieża styka się z błękitnym niebem, reszta zaś otoczona jest przez kolorowy las. Jasne promienie słońca prześwitują pomiędzy ubytkami w zamku, oświetlając naszą trasę. Dołącza do mnie dziewczyna, również bez słowa na ustach. Tego widoku nie da się opisać czy pokazać na zdjęciu, to po prostu trzeba zobaczyć na własne oczy. Wznawiając podróż miejsce zbiera pochwały od dziewczyny, zaś ja słucham ich tylko i potakuję głową. Wkrótce zza gęstwiny lasu wyłania się niewielki, acz przytulnie wyglądający domek stworzony z jasnego drewna. Niewielki ganek przed wejściem i ławka, na której spędzałem godziny oglądając wschody i zachody słońca jak i pełnie księżyca przywraca miłe wspomnienia. Wysypany żwirem podjazd chrupie pod naciskiem opon, dopóki te nie zatrzymują się za domem. Jezioro sięgające samego lasu rozpoczyna się kilkanaście metrów za naszym tymczasowym lokum, z którego to wychodzi niewielka ścieżka aż pod samo molo. Prowadzi ono na środek spokojnie stojącego jeziora, odbijającego błękitne niebo tak dokładnie, iż stojąc pośrodku byłbyś pewien, że wisisz w powietrzu. Zabieram nasze rzeczy i wchodzę do domu. Od razu przynoszę z dworu trochę drewna na rozpałkę w kominku stojącym na środku salonu. W lodówce znajduję jedynie światło, więc zapełniam ją szybko przedmiotami zakupionymi na stacji benzynowej. Zmęczony podróżą przysiadam na kanapie przysłuchując się trzaskom spalanego drzewa i przyglądając się tańczącym płomieniom ognia. To będzie jeden z tych weekendów, którego potem będę tak bardzo żałował. Tak bardzo żałował, że już przeminął i nigdy się nie powtórzy.
Ivy? Jeden dom - jedno łóżko - zapowiada się ciekawie ;D
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz