wtorek, 25 października 2016

Od Devona do Lurenca

Wieczór był wyjątkowo piękny. Intrygujący swoją tajemniczością, zarazem odpychający wyjątkowym zimnem. Niebo zasnute było szarymi chmurami niosącymi deszcz. Natura dookoła, pomimo egipskich ciemności żyła własnym, wyjątkowym życiem. Nic nie zapowiadało spotkania ze sobą dwóch odmiennych światów w tak pięknym miejscu, tak niezwykłych okolicznościach. Pełnia księżyca rozpocząć miała się lada minuta.
Obserwowanie zaistniałej sytuacji z ukrycia okazało się nie lada wyzwaniem tym bardziej, iż miejsce na drzewie wydawało się wielce niestabilne. Kilkoro facetów otoczywszy jednego wymienili pomiędzy sobą kilka zdań, po czym w bardzo szybkim tempie odeszli. Podczas całego tego zebrania nie było mi ciężko dojrzeć kilku broni wystających zza pasów typów. Pozostawili oni jednak jednego, znacznie słabszego budową ciała. Wcześniej to właśnie on musiał stać pośrodku zgromadzenia. Po wszystkim stał w miejscu osłupiały, widocznie analizując to, co przed chwilą się stało. Minęło kilkanaście minut, nim ów osobnik postanowił opuścić teren. Moja osoba nie garnie się do opinii podglądacza, toteż miałem zamiar ulotnić się zostając niezauważonym. Jak drzewa. Jak trawa. Jak wiatr. Jak chmury. Jak niebo. Jak gwiazdy. Nawet jak sam księżyc, który właśnie tej nocy miał być moją główną atrakcją. Jak zazwyczaj to bywa, moje plany wzięły w łeb przez słabo opanowaną moc. Po raz kolejny. W ułamku sekundy przeniosłem się na ziemię, kilka metrów przed nieznajomym. Szybko stwierdziłem, iż jest już za późno na sensownie ulotnienie się, widzieć musiał mnie na pewno. Zdawało mi się, kiedy przyglądałem się jego nadchodzącej posturze, że za jego paskiem również ukrywała się jakaś śmiercionośna broń. Nie zwykła spluwa, coś, co posiadało sporą rękojeść oraz metalowe ostrze. Mógł być to zarówno zwykły nóż, jak i coś z większą klasą. Po przestudiowaniu tego czegoś wzrok przeniosłem na blondyna. Kroczył przed siebie pewnie, chodź na jego twarzy zawitała nutka niepewności. Błękitne oczy krążyły dookoła, nie do końca mogąc znaleźć swój cel we wszechświecie. Krok po kroku, sekunda po sekundzie zbliżał się do mnie, zaś ja stałem jak ten przysłowiowy słup i patrzyłem się w przysłowiowy słup. W końcu przeszedł obok mnie, trącając swoim prawym ramieniem moje lewe. Nie kontrolując dziwnego odruchu, który wezbrał we mnie przeniosłem się kilka kroków do przodu. Obejrzawszy się za siebie zauważyłem wlepiony wzrok w moją osobę. Cholera, musiał zauważyć. Szybko przywołałem się do porządku i jak gdyby nigdy nic odszedłem z tego okropnego miejsca. Resztę wieczoru przesiedziałem na dachu akademika obserwując pełnię księżyca jak i wschód słońca następnego dnia.
***
Południe po szkole najlepiej przesiedzieć w domu grając w gry czy chociażby śpiąc. Uważa tak znaczna część nastolatków, mogę założyć się o rękę. Któż by się spodziewał, że będę należeć to tej mniejszości, która woli wyjść na zewnątrz i cieszyć się tym co jest tu i teraz. Moim dzisiejszym planem było bieganie. Takie prawdziwe, bez cheatów. Ubrany w ulubionego rodzaju spodnie oraz grubą bluzę której kaptur zarzuciłem na głowę wyszedłem na zewnątrz. Brakowało jeszcze słuchawek w uszach, aby rozpocząć mały maraton. Rozpocząłem go o godzinie 17.23, zakończyć miałem o 19. 50. Takie były zamiary. Biegnąc trzeci kwadrans opuściłem teren akademii (co swoją drogą dozwolone było bodajże jedynie do godziny 19.00 w zimę oraz jesień) i udałem się do pobliskiego lasu. Na moje szczęście prowadziła tamtędy dość zadbana ścieżka - o ile ścieżkę leśną można w jakikolwiek sposób uznać za zadbaną - aż na drugi kraniec lasu, znajdujący się przy drugim wejściu do akademii. Skąd posiadam tak szeroką wiedzę o pobliskich terenach i nie tylko? Czysta magia. Tak więc biegłem wokół pomarańczowo-żółtej scenerii, rozdeptując z charakterystycznym szelestem każdy liść pod stopą, odsłuchując swojej kilkugodzinnej listy i pozwalając słonecznym promieniom, przedzierającym się aż tutaj aby otuliły moją twarz, nadając mi jednocześnie złudnego wrażenia ciepła bądź czyjegoś dotyku. Przyjemny bieg skończył się, kiedy skręciłem w lewą stronę, a zachodzące teraz słońce dawało mi prosto w oczy niczym szalone. Przecierpiałem te kilka minut, aż jasna gwiazda zniknęła całkiem za szerokimi drzewami, dość gęsto wyrośniętymi w tym terenie. W mgnieniu oka dookoła zapanowała szarówka, a drzewa i jeszcze niedawno temu wesoło opadające, szeleszczące, kolorowe liście nadały grozy temu miejscu. Wysoko umiejscowione korony tworzyły wrażenie ogromnego łuku stworzonego nad całym lasem, niczym czarne parasole. Te, które zabiera się na wszelkiego rodzaju pogrzeby oraz pochówki. Zajęty rozmyślaniem o tym wszystkim nie zwracałem zbytnio uwagi na drogę bądź to, co znajduje się przede mną. Dlatego też tak bardzo zląkłem się, kiedy na skraju mojego pola widzenia ukazał się jasny płomień. Automatycznie stanąłem jak wryty i wyciągnąłem słuchawki z uszu. Nie mogło mi się to przywidzieć, na pewno nie z moją zdolnością. Chłopak, ten sam, którego widziałem wczoraj obecnie w dłoniach dusił wiązkę ognia, którą potem na nowo wytwarzał. Moją obecność wyczuł kilka minut później. Oboje mierzyliśmy się wzrokami z oddali tak samo, jak ubiegłej nocy.

Laurence? 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz